czwartek, 31 grudnia 2015

Puk, puk!

Między prasowaniem koszul dla moich chłopców  - tej w rozmiarze L i tej 92, a wymyślaniem kreacji dla nas dziewczyn.
Między barszczem a golonką.
Między pierwszym na prawdę mroźnym spacerem tej zimy a gorącą herbatą z miodem.
Między ścieraniem kurzy a malowaniem paznokci.
Między Klopsowym przytuleniem a rzucaniem się na podłogę.
Między kopniakami prosto w żołądek.
Między Wigilią a Sylwestrem. Jedną nogą w Nowym Roku.
Już puka do drzwi...
Myślę o Was. O wszystkich razem i o każdej z osobna.
I choć nie napiszę tak pięknie, jak Leśna (po której wpisie popłakałam się i nawet nie odpisałam, a jedyne, na co miałam ochotę to wsiąść w auto i pojechać do niej i mocno przytulić i żałuję, że do wielu z Was nie mam numeru telefonu).
I choć jak zwykle brakuje mi słów (żałuję, że nie mam czegoś, co zapisywało by moje myśli pod prysznicem, bo tam słowa składają się najlepiej) to jedno wiem na pewno. Jesteście dla mnie ważne. I wierzę, że i ja Wam nie jestem obojętna. Wiecie o mnie więcej niż ktokolwiek. Wspieracie mnie i rozumiecie. Kibicujecie naszej czwórce bardziej niż ktokolwiek. Rodzina mojego Ukochanego na ten przykład moją ciążę namiętnie ignoruje. Czy to dlatego, że to ja,czy też dlatego, że siostra U. ma termin na miesiąc przede mną i jest ważniejsza? Nie wiem.
Wiem, że bez tego miejsca byłoby mi ciężko.
Dlatego z przyjemnością przeznaczam część swego niedoczasu, by złożyć Wam życzenia noworoczne.
Niezależnie od tego, czy żegnacie ten stary z ulgą czy z żalem, czy też jesteście z niego zadowolone. Czy patrzycie w ten nowy ze strachem czy nadzieją. Pamiętajcie, że to, co będzie nie do końca jest w naszych rękach. Ale to, jakie jesteśmy już tak. A Wy jesteście wspaniałe. Jedyne. Niepowtarzalne. I zasługujecie na to, co najlepsze. Zawsze. Wszędzie.
A ten cały Nowy Rok to tylko data. Taki zwyczaj. Ale każda okazja jest dobra, żeby życzyć szczęścia. I tego Wam właśnie życzę. I spokoju.
:-*

czwartek, 24 grudnia 2015

Z najlepszymi życzeniami...

Wiele chcę Wam życzyć. Ale wszystkie słowa zdają mi się banalne. Więc polecę tekstem z czasów studenckich:

Żeby Wam się dobrze działo.
A że działo jest armatą, żeby Wam się armatało!

Wesołych Świąt
Mama, Klops i Wiercipięta (Ona:-))


sobota, 19 grudnia 2015

Misja kubek

Zachwalany Doidy Cup jest na wielu blogach i nie tylko. Wiedziona impulsem kupiłam takowy no i zobaczymy co z tego będzie. Kubek przyznam do tanich nie należy, 28zł za, bądź co bądź, kawałek plastiku. Tłumaczę sobie to tak: jakiś kubek dzieć musi mieć. No i użytkowników mam w perspektywie dwóch, więc powiedzmy, że i kwota mi się rozkłada na dwóch. Tak sobie mama tłumaczy swoje kaprysy ;-)

Dzień 1:
Picie około obiadowe. Woda smakowa. W 90% nie trafił kubkiem do ust, ale jak trafił to w 100% pił. Podobnie ode mnie z ręki. Trzy koszulki i jedne spodnie mokre. A jakie było jego zdziwienie przy tym oblewaniu się! Szkoda, że to nie lato.

Dzień 2:
Tata w domu. Z piciem z kubeczka porażka. Dwa łyki ode mnie z ręki. Ale się nie poddamy!

Dzień 3:
Popija do obiadku, rozlewa, ale nie na siebie, tylko podczas testów granic możliwości kubka, na stolik i podłogę. Do przodu!

Dzień 4:
Krok w tył powiedzmy, oblał się dokumentnie. Ale za to ile radości! No i jednak sporo wypił, tak 50/50.

Dzień 5:
Wypił ładnie do obiadu. Bardzo ładnie.

Dzień 6:
Znów krok w tył

I tak w kółko :-) mnie trochę brak systematyczności, Klops uwielbia swoją poranną herbatę z flachy.. Ale umie, a to dla mnie w tej chwili wystarczy. Potrafi też pić przez słomkę, z butelki 'bidonu' z zaworkiem, bez zaworka i ze zwykłej butelki (nawet takiej dużej 1,5 litrowej żywca, no bo przecież jak mama pije to i on ;-)). I tak sobie pije. Duuuużo pije.
Misja kubek zakończona powodzeniem, choć może i nie na 5 :-D.

czwartek, 17 grudnia 2015

Biorę udział w konkursie

Znalazłam fajny blog, a na nim konkurs :
 fajnie się czyta, więc postanowiłam zostać tam na dłużej i przy okazji wziąć udział w konkursie. Może się uda???

poniedziałek, 14 grudnia 2015

jakie to po...

i nie będzie o obecnej sytuacji politycznej w naszym pięknym kraju. ani o tym, co się dzieje na świecie.
nie.
będzie o mojej chorej głowie.

jakby nie było, w ciąży czuję się jak ryba w wodzie. jest mi czasem ciężko, ale trudno żeby było inaczej przy Klopsiku. wiem, jakie mam szczęście, dziękuję codziennie za to, co mam.

a jednak nie potrafię w pełni cieszyć się tym stanem. moje chore myśli mi na to nie pozwalają.
to głupie.
wiem, idiotyczne wręcz.
ale taka sytuacja: zajeżdżamy w góry. podróż, ok 300 km. co myślę? tworzę sobie analogię do wyjazdu latem nad morze. też 300 km, tyle, że trwało to połowę krócej. reszta - identyczna. i chodząc do kibelka, za n-tym razem pukam sie w czoło z przerażeniem. co ja robię? no co? - sprawdzam stan bielizny - norma. nie. bo ja nie sprawdzam, ja czekam. głupia baba.

i tak ciągle. pojawiły sie braxtony-hicksy. no wiem, przecież już raz byłam w ciąży, wiem jak to jest. nie ma tak łatwo - ja wyobrażam sobie najgorsze. przy każdym jednym.

ablo musiałam ostatnio wyjść wcześnie z domu do i nie zdążyłąm na dwójeczkę (wybaczcie bezpośredniość). cały dzień mnie później cisnęło w jelitach, ale moja wyobraźnia lokowała to odczucie gdzieś indziej i podsuwała czarne scenariusze. oczywiście po zaspokojeniu podstawowej potrzeby wszystkie dolegliwości minęły.

myślałam, że po 12 tc mi przejdzie i się uspokoje, ale nic z tego. i wiem, że już nie przejdzie, bo jak dojdziemy bliżej końca będę miała czarne wizje w związku z wspomnieniem porodu  narodzin Klopsika.

nawet jak to czytam, widzę jakie to absurdalne.

trzymajcie mnie, bo oszaleje.

środa, 2 grudnia 2015

Wróciliśmy!

Pralka wciąż się kręci, torby czekają na powrót na pawlacz, a ja oddaję się wspomnieniom i staram się w końcu odpocząć. Bo odpoczynek na wakacjach stał się równie spotykany jak Yeti odkąd pojawił się Klops :-)
Jak było? Cudownie!
Na początku powiem o nosidełku... Ekhmmm no cóż, nabyliśmy drogą kupna nosidełko Manduca TAKIE, no i... Nie użyliśmy go ani razu. Cóż, Klops woli chodzić i tyle,  a i większych górskich przeszkód nie zaliczylismy. Więc będę je testować z drugim maleństwem (które nota bene nie chce się ujawnić co do płci).

Na początku było nas 4+ Klops w domku 8 osobowym, supe,, dużo miejsca, łóżeczko wcisnelismy, cudem! rozstawiliśmy, Klops zasypial bez problemu, nie zważając na hałasy zza cienkiej jak papier ściany. Później dojechało jeszcze 4 dorosłych i zrobiło się trochę tłoczno (i nie raz nerwowo),  ale daliśmy radę i staram się wymazać z pamięci wszystkie spięcia. U którejś z Was popatrzyłam pomysł brania sprzętu do mycia łazienki na wakacje i to był też strzał w dziesiątkę, miałam pewność że Klops nic nie złapie a i nam było przyjemniej korzystać. Tyle, że jedyny domowy obowiązek od którego udało mi się odpocząć to gotowanie.
Tyle o organizacji, a co widzieliśmy?
Czechy. Trzy wyprawy, w tym jedna nie udana (tam w niedziele nie ma zwiedzania, a pogoda nie nadawała się na spacer), dwie do Aderspach do Skalnego Miasta, raz w śniegu :-)

Uwielbiamy to miejsce, z Klopsem na czele. 
Byliśmy też w Złotym Stoku - idealne miejsce dla dzieci, program zwiedzania do nich dostosowany,; w pałacu w Kamieńcu Ząbkowickim - a raczej jego ruinach, z kiepskim przewodnikiem; w Bystrzycy Kłodzkiej, w samym Kłodzku - ja, kumpela i Klops, bo panowie zapili i kładli się spać gdy my wstawałyśmy. I tu zaskoczenie - Twierdzy nie da się zwiedzić z takim dzieckiem jak Klops. Na górze same schody, do podziemi nie wpuszczają. Dlaczego? Nie wiem. Do kopalni wszedł, w Srebrnej Górze nie ma takich obostrzeń (nie dotarliśmy, ale sprawdzałam w razie w). Nawet na dziedziniec nas nie wypuścili żeby sobie zdjęcia porobić jak już się tam wspięłyśmy z młodym! No nie fajnie. Ale za to kościółek zobaczyliśmy (z okrzykiem Klopsa na widok każdej lampy - takie ma małe zboczenie)  i kawiarnię z pyszną szarlotką, no i galerię hehe bo nie warto nam było wracać, chłopacy jeszcze spali a i młody przyjął drzemkę na czas zakupów. 
A rezydowaliśmy w Polanicy Zdrój, więc i tu sporo zobaczyliśmy (np park, ale też knajpy i biedronke hehe). W drodze powrotnej zaliczyliśmy Wrocław, jarmark świąteczny skutecznie nas tam zwabił (i nie tylko nas, bo ludzi było mnóstwo, aż Klops nie do końca ogarniał). W drodze powrotnej trochę pokrążyliśmy, bo był wypadek na moście którym akurat mieliśmy jechać i trzeba było pokombinować. Na szczęście udało się. W domku byliśmy po 22, Klops trochę pograndził i poszliśmy razem spać. 


Dodam jeszcze, że w Klopsie obudził się tancerz, tańczy cały, nie tylko rączki :-) i chętnie spaceruje z wujkami czy ciocia, nie koniecznie musi być mama i tata. No i gaduła z niego, choć głównie po swojemu. I apetyt go na wyjeździe nie zawiódł :-) 
To tyle chyba, mam nadzieję że dotrwałyście. Teraz zaczyna się robić świątecznie i ja już wyjęłam różne gadżety gwiazdkowe, choć aura za oknem (nie umytym olaboga) raczej jesienna.

poniedziałek, 9 listopada 2015

Olaboga czyli połowinki


Na pewno?
Na prawdę?
Tak, 20tc in progress!
I co? No cóż, II trymestr jest jak reklamują, z Klopsem też tak było.
Nie jest mi niedobrze, zgaga męczy tylko raz-dwa dziennie (nie non-stop), przyjemnie sobie rosnę i jestem na etapie 'mogłabym chodzić w ciąży całe życie'. Włosy ładne, z cerą gorzej (czyli bez zmian). Na plusie jakieś 5 kilo, głównie w newralgicznym punkcie, chcecie zobaczyć? Zaszaleje:
Niestety obawiam się, że tych kilogramów może szybko zacząć przybywać - wilczy apetyt mode is on! I na prawdę nie wiem, co jeść, żeby móc ciągle coś jeść, na owoce nie mam ochoty (zresztą ich też niby się za dużo nie powinno, cukier i te de). Ale narzekać nie będę - a w życiu!
Udało mi się dosztukować garderobę ciążową, doszły spodnie - nowe, mama-licious za całe uwaga 10PLN. Więc brak mi już tylko kurtki/płaszcza na zimę (pewnie na tym nie skończę, ale już nic nie jest mi na gwałt potrzebne). Jednak w tej kwestii ciąża latem jest łatwiejsza. Połowa z kiecek się nadawała.
No i najważniejsze! Od prawie 2 tygodni mamy kontakt! :-)

Za niecałe dwa tygodnie jedziemy odpocząć! Cieszę się jak dziecko, głównie z tego że mój zapracowany mężczyzna będzie z nami 24h (oby nie było z tego katastrofy ;-))

A i nosidełko wybrałam! Dziękuję Wam za pomoc! Napiszę o nim po crash testach w górach.

A co u Klopsika? Jest cudowny. I zasługuje na osobny wpis :-)

poniedziałek, 26 października 2015

Ja w sprawie nosidełka

Tak sobie myślałam, że w temacie nosidełka będę się musiała zorientować gdzieś w styczniu. No, wymyśliłam sobie, że może to być dobre rozwiązanie na to moje czwate piętro.
Ale wczoraj od słowa do słowa doszło do tego, że okazuje się, że potrzebujemy nosidełko na wczoraj! No, może ma wczoraj to przesada, ale w ciągu miesiąca. Widzicie, plan jest taki, że pod koniec listopada jedziemy w góry. Tradycyjnie już :-) Planujemy Kotlinę Kłodzką. No i Tata wpadł na to, że nosidło się przyda. Ma rację.
Tylko teraz mamy problem: które? Wiem, że ma być ergonomiczne, że dzieć nie ma wisieć. Że musi się nadać i dla pierwszego i dla drugiego. Że w związku z tym wszystkim nie musi być najtańsze. Ale i nie musi być najdroższe ;-). Chusta odpada, bo do niej Taty nie przekonam. Jakieś opcje rozważam, ale chciałabym prosić o pomoc! Coś polecacie? Albo absolutnie odradzacie?



wtorek, 20 października 2015

Cuda wianki

Na szczęście nie po szczepieniu. Klops jakby wcale nie zauważył, że to miało miejsce. Za to zęby, te to zauważa. Znów jakieś idą. A mamy dopiero sześć. Myślę, że idą dolne dwójki.  Przeżyjemy.

Za to ze mną dzieją się dziwne rzeczy. W niedzielę wydawało mi się, że nadwyrężyłam sobie jakieś mięśnie w stopach przez to, że nie dopięłam butów.. Ale lewa boli mnie tak, że momentami nie mogę chodzić,  spuchła,  jest zaczerwieniona. Druga też, ale dużo mniej. Na wysokości kostki, ale bardziej z przodu. Czy to 'wina' ciąży? Nie wiem, w piątek mam kontrolę to zapytam gin, chyba, że nie wytrzymam to pójdę do rodzinnej.
W związku z piątkową kontrolą byłam wczoraj oddać krew do badań. Nie jest to dla mnie łatwe, zdarzało mi się mdleć. Ot taki strach przed czymkolwiek związanym z żyłami. Ale do brzegu. Wyszłam, ubrałam się, poczułam dziwne ciepło w miejscu kłucia, pomyślałam 'masz schizy' i wyszłam. Prosto do apteki. Kolejki brak, pani daje mi resztę a ja jej nie widzę. Ciemno
Wyszłam, usiadłam na schodach na dworze, 10 minut i przeszło. Wróciłam do domu, zdjęłam płaszcz, a tam sweterek i bluzka zaplamione krwią. No taka plama 10x10cm była na bluzce. Wtf?
Tymczasem ZUS postanowił, że jednak mi zapłaci za l4, dzięki za kciuki! Co prawda nie wiadomo kiedy, ale czekam 2,5 miesiąca, poczekam jeszcze, a co tam, jest przecież energia kosmosu nie?
A i Klops się odstawił od piersi. Ach... Mój duży chłopak ;-)
Tak że ten, na nudę nie narzekam.

poniedziałek, 12 października 2015

TO MNIE WKURZA: o karmieniu piersią

Ta złość rośnie we mnie od marca. Myślałam sobie: zdarza się. Ale dziś historia się powtarza. Może ktoś powie, że jestem laktoterrorystką. Że nie przeżyłam to nie wiem. Ale ja swoje zdanie mam.

I nie będzie o tym, co ja się nasłucham o karmieniu Klopsa piersią(wciąż). Będzie raczej o tych, co nie karmią.

Dziewczyny, które nie karmią swoich dzieci piersią dzielę na trzy grupy.
Pierwsza to te, którym, z bardzo różnych względów, nie zależy. Nie chcą, nie lubią, z różnych przyczyn (poza samymi piersiami, mlekiem i dziećmi)  nie mogą. Mówią o tym otwarcie, czasem pokarmią piersią kilka dni, może tygodni, nie odpowiadają o jałowym mleku, żyją swoim życiem. Są szczere, za to ogromny szacunek. Reszta, moim zdaniem, to nie moja sprawa.

Druga grupa to te dziewczyny, które na prawdę chciały, ale nie dały rady. Z różnych powodów, zazwyczaj sprowadzających się do braku odpowiedniej pomocy kiedy była potrzebna. Ale walczyły, tygodnie, miesiące, no nie udało się. Trudno, ściskam je mocno, nie samym chlebem żyje człowiek, spokój mamy i dziecka też jest ważny.

Mnie wkurza trzecia grupa. No cholera mnie bierze, znów mnie wzięła. To dziewczyny, które całą ciążę opowiadają, jak to one koniecznie będą karmić. Że to jest najważniejsze z naj, i w ogóle nie ma opcji, żeby nie. Dostają w prezencie laktatory, wkładki, herbatki, staniki i piżamki. A później już w szpitalu słyszę płacz 'nie chce się przyssać ',  'płacze' itd itp. I już w drodze do domu występują do dyskontu z robaczkiem po kartonik najtańszego mm. I zasypują później opowiadaniami o bolących sutkach (ano bolą, poczekaj na sześć zębów),  o jałowym mleku (bull s) o źle przysysającym się dziecku (no, też jest to dla niego nowość) i o braku opieki w szpitalu (nosz cholera też tam rodziłam u na prawdę to bzdura). I narzekają na kolki, nieprzespne noce i ile to mm kosztuje (bo to najtańsze akurat ich dzieci uczula).

Ja wiem, że nie każdy ma tyle szczęścia, co ja z Klopsem, że bywa ciężko i że czasem się nie udaje. Ale budowanie tych miejskich legend o tym dlaczego tak bywa...błagam! Litości! Po cholerę się tak zarzekały, skoro tak serio to chcą zapalić papierosa czy zjeść kebab i wypić piwko? (akurat te moje dwie bliskie dość znajome chyba głównie na fajkę ochotę miały). No i luz. Pal. Tylko nie kłam! Bo to mnie do szału doprowadza. I nie pomaga następnym młodym mamom, tym, którym na prawdę zależy i które spotykają się z prawdziwymi problemami z laktacją.

Dziękuję za uwagę.

czwartek, 1 października 2015

Papryka, dynia, mięta

Czyli jesień w kuchni :-)
Nastał ten piękny i długo wyczekiwany (no dobra, z tym to bez przesady) czas, kiedy to Klops je to co my, pod warunkiem, że my jemy zdrowo. Na przykład pomidory z mozarellą na śniadanie (caprese się to zwie? Tylko bez octy winnego). A dziś na obiad papryki faszerowane w sosie pomidorowym. Mmmm jak pachną! Muszę się tylko zorganizować, żeby obiad gotować w drzemce, czyli przed spacerem,  żeby zakupy zrobić dzień wcześniej i żeby ktoś to mi wniósł na to moje czwarte...
Klops pokochał bułki dyniowe, a konkretnie wyżera pestki dyni. Nie dziwię mu się ;-) nie przepada za to za kakaem, ani na ciepło ani na zimno, no nie ciągnie go. A szkoda, bo po pierwsze - karmię go już tylko wieczorem przed snem, tak to on w ciągu dnia nie chce, a w jakiejś formie chciałabym żeby miał więcej mleka w diecie. Pod drugie - sama chętnie bym piła, ale tak tylko sobie robić to lipa ;-( ale on to w ogóle z tych, co ze słodyczy to najchętniej golonkę (nie narzekam na ten brak ciągot do cukrów, a w życiu!).
A dlaczego mięta?  bez niej miałabym problem z przetrwaniem dnia :-) jakaś zgaga czy coś mnie męczy.
W piątek byłam u doktorki, usg prenatalne czy genetyczne (ona sama mówi raz tak, raz tak) - wszystko na miejscu :-) p-ci nie znam, za wcześnie, co?
W przyszły wtorek Klops ma MMR,  trzymajcie kciuki. W ogóle to szczepionki u nas nie ma, przyszło kilka, łapiemy się ze względu na ciążę. Inaczej też by mi się nie spieszyło, spokojnie poczekałabym do wiosny.

Pozdrawiam jesiennie ale słonecznie :-)

wtorek, 22 września 2015

Nie będę oryginalna...

...inspiracją do pisania jest jesień :-)

Pachnie nią powietrze, widać ją na drzewach, kasztany uatrakcyjniają Klopsikowi spacery, jabłka spadają z drzew na działce, ukochane porzeczki zniknęły z krzaczków.

W niedzielę postanowiliśmy dla odmiany wybrać się na spacer do lasu. A konkretnie do parku narodowego ;-) Niestety piękne słońce, które nas do tego natchnęło schowało się jak tylko wysiedliśmy z auta. Las zaliczyliśmy, jeziora już nie. Ale szyszki były więc dla młodego super :-)


A pomyśleć, że jeszcze przed chwilą marzyliśmy o lekkim ochłodzeniu i ledwo żywi rezydowaliśmy na działce...



Róże sadzone na wiosnę, z czterech krzaczków przyjęły się dwa. I zakwitły! A teraz trzeba sprzątać, grabić, przycinać... A ja znów nie mogę za dużo pomóc...

No nic, pozostaje kupić dynie i czekać na moje ukochane Halloween :-) a w przyszłym roku posadzę sobie swoje dynie. O. :-)

Przestawiłam Klopsa na drzemki w domu, żeby móc w pełni wykorzystać spacery i mam nagle mnóstwo czasu.

I jest tylko jedna mała (duża) sprawa, która mnie martwi. Trzymajcie kciuki, żeby mnie nie wyrolowano.


poniedziałek, 14 września 2015

13 wcale nie pechowa

Miało już nie być podsumowań co miesiąc. Zdjęcia z numerkiem zakończone. Ale się podziało zmian, więc muszę!
Po pierwsze: Klopsik chodzi! W niedzielne popołudnie tydzień temu wstał o poooooszedł. I tak mu zostało. Wiąże się to z kontuzjami, ale mały Rambo daje radę. Gdyby urodził się w terminie, miałby rok i dwa dni :-)
Po drugie: lęk separacyjny w odwrocie. Można iść do sklepu / toalety u babci / gdziekolwiek bądź bez akompaniamentu wrzasku o decybelach wchodzących na skalę delfina.
Poza tym - bez większych zmian. To znaczy te dwa przełomy zmieniły i formułę spacerów i moją swobodę i wiele więcej.

A ja? Drugie maleństwo dziś ma 11t4d. Czyli do przodu. Mocno do przodu. Zamiast mdłości mam lekką zgagę. Z tym łatwiej się uporać. Tego nie zjem, po tamtym walnę sobie miętę. Wszystko mnie wzrusza. Tak do łez. Nawet
reklamy. Ciągle jestem głodna. Śpię trochę mniej. Nadal pcham w siebie luteine.

Tyle. Miłego dnia :-)

poniedziałek, 7 września 2015

Już czas, już czas, umyć zęby i iść spać

Przychodzi wieczór, nie za późny. Klops zasypia. Mama ma plany.
Że posprząta. Kuchnię. Albo łazienkę.
Albo, że poprasuje.
Albo porobi 'koło siebie'.

W telewizji głupi serial. Siedzę. Pyszna gorąca herbata. Serial się kończy, nie chce mi się wstać.
Wezmę chociaż prysznic. Ok. To mogę zrobić.
Wracam przed tv, coś jem, kolejna herbata, malinowa. Coś tam leci, a mi lecą powieki. Przyklejają się do gorącego kubka. A może do podłogi?
Myję zęby, idę spać.
Sprawdzam, czy Klops się nie rozkopał. Mówię mu, że go kocham.
Idę do łóżka. Rozplątuje skotłowaną przez małego wariata kołdrę. Po co robić rano łóżko?
Kładę się i myślę, kiedy wrócą mi siły?
Ale pod zamkniętymi powiekami oczy się cieszą.
Bo tego szczęścia będzie więcej.
A siły wrócą.
A i bezsenność może się przyplątać dla równowagi.
Łapię tą radość. Czas przestać się zamartwiać.
Dobranoc!

środa, 2 września 2015

Przychodzi baba do lekarza

Kontrola.
Jak zwykle trzęsę gaciami.
Położna kręci głową nad wynikami badań.
Waga cholernie niska.
Czekam na swoją kolej.
...
Wszystko dobrze. Dzidzia rośnie prawidłowo.
Co z luteiną?
Odstawić.
Tak po prostu?

I tu mam problem. Czy na pewno jest to bezpieczne? Brałam dwa razy dziennie setkę. To dużo czy mało?
Czy to można tak 'rzucić'?
Doktorka mówi, że tak.
Intuicja mówi mi, że nie.
Na razie zeszłam do jednej dziennie.
Nie wiem co robić. Zaufać lekarce?
Czy sobie?

czwartek, 27 sierpnia 2015

Dylematy na początek

Pomału staram się wyjść z szoku. Pomału staram się ogarnąć nową rzeczywistość.
Nie tylko ja, zresztą. Tata Klopsika jest w jeszcze większym szoku. Chyba liczył, że i tym razem to trochę potrwa i nie przewidywał, że się uda wcześniej niż... Za dwa lata pewnie. Cóż, życie lubi zaskakiwać i wiem, że jak już (w końcu)  ochłonie, to uzna, że to miłe zaskoczenie ;-)

Pomału zaczynam się zastanawiać, jak to będzie. Na początek:

Jak ja ogarnę spacery z dwójką mieszkając na tym naszym czwartym piętrze?
Zwłaszcza jeśli będę rodzić przez cc?
Jaki mam w ogóle wybór jeśli chodzi o poród? I czego chcę?
Czy będzie nam potrzebny nowy wózek? Czy wystarczy ta taka platforma do stania dla Klopsa?
Chusta czy nosidełko?
Czy nowe łóżeczko zmieści się w pokoju? (to akurat mały problem, ale też jest do przemyślenia. Jakie łóżko kupić Klopsikowi?)
Czy Klopsik zyska czy straci na byciu starszym bratem?
Jak to będzie z karmieniem Klopsika?
Jaki będzie nowy dzidziuś? Taki jak Klops?  czy zupełnie inny? Czy dam radę, jak trafi nam się high need baby?

To tylko kilka pytań kołaczących mi w głowie... Jak widać są większej i mniejszej wagi...

Nic tylko cytować klasyka 'co to będzie? '.
Jedno wiem. Będzie wielkie szczęście. Tylko niech będzie dobrze.
Bo przestałam plamić, ale nie przestałam się martwić. I jeszcze boje się cieszyć, cholera. I boje się chwalić. Prawie nikt jeszcze nie wie. Ani moja mama, ani tym bardziej teściowa. Tylko trzy moje psiapsióły. No i Wy.

środa, 19 sierpnia 2015

Mijają dni, tygodnie... Czyli niesamowita dwunastka!

Rok temu, w dramatycznych okolicznościach, bladym świtem, w wielkim deszczu, przyszedł na świat mój malutki Klopsik. Był bezbronną kruszyną, a dziś?
- mówi do mnie mama :-)
- przesyła całusy
- pokazuje gdzie mama ma nos i oko
- wstaje bez podtrzymania i bardzo się z tego cieszy
- rozumie 'daj ' i 'masz'
- sam się położy - a miał z tym problem
- zakręci butelkę
- 'sprząta' klocki
- nie chce iść do nikogo poza mamą i tatą
- nadal robi aferę przy przewijaniu
- zrobił się jeszcze większą gadułą
- potrafi się buntować. I to jak...
- uwielba dzieci, psy, wypatrzy każdy samolot na niebie
- z powodu upałów nauczył się sam zasypiać (jak trzeba)
- z powodu odrzucenia mamy od zupek zaczyna jeść to co my (przed mocnym doprawieniem i nie smażone)
- akcja miesiąca : jedzenie porzeczek prosto z krzaczka :-)

Dzień po urodzinach odbyła się impreza. 24 osoby, działka. Udało się bez ofiar, choć nie bez kopa w tył (zadanego na drugi dzień, bez komentarza). Było tak duszno, że to cud, że daliśmy radę. Basen ratował temat dla dzieciaków (i mnie ;-)). Klops zachwycony - najważniejsze. Wybrał monetę. Tort był z pieskiem. Truskawkowy, mniam. Po wszystkim Klopsik spał do 8.30, z mamą w dużym łóżku.

Teraz mamy misję 'zakup pierwszych butów'. Jakieś polecacie?


wtorek, 11 sierpnia 2015

Uff...spieszę donieść

6t5d
7,7 mm
Luteina 100 2x dziennie
L4

Dziękuję za wszystkie kciuki!
Teraz mogę w miarę spokojnie czekać do 12tc i zastanawiać, jak ja to wszystko ogarnę :-)

poniedziałek, 10 sierpnia 2015

Wakacyjna telenowela

Będzie w odcinkach.

PODRÓŻ 

Ciasno, choć auto spore. Masa bagażu, w tym fura żarcia. Nadzieja na to, że w drodze powrotnej będzie luzniej, bo w 4, nie 5 i żarcia nie będzie, więc bagaż zmieści się w bagażniku.
Zapomnij. Bagaż urósł
Nie wiem jak towarzystwo z drugiego auta wróciłoby gdyby nie my.
Grunt, że Klops zniósł to dzielnie
Nawet korki. I wahadła. Najgorsza była końcówka powrotu. Kiedy to mama prowadziła, a tata miał moment, że nie ogarniał.

WYMARZONA LOKALIZACJA 

Plan był. Że Klops wykąpany będzie drzemał w wózku wieczorem na plaży. Wieczorne spacery to przecież kwintesencja wakacji. A guzik.
Pierwsza podróż na plażę. 'raz dwa lasem'. Idziemy. I idziemy. Czuję się jak osioł ze Shreka. Daleko jeszcze?  'spacerek' trwał około godziny. Na szczęście można było też iść chodnikiem. Nadal, wyprawa dla nas z Klopsem i teściowej - po sześćdziesiątce z nadwagą i nadciśnieniem... Jeździliśmy samochodem.

GOŚCIE

Wieczorem tego dnia, co my zajechaliśmy, dojechali do nas znajomi (moi i taty Klopsa). Do następnego dnia wieczorem. Plan na ten wspólny dzień - śniadanie, plaża, lody - gofry, plaża, obiad i pojadą.
No i akurat tego dnia udało nam się wybrać w miarę wcześnie (tak,11 uznaję za wcześnie). No i właśnie tego dnia teściowa koniecznie musiała zjeść obiad o 12. Choć nikt nie był głodny. Znajomi poszli na plażę. Mieliśmy do nich dojść, ale siostra taty k.  poszła do innego zejścia i trzeba było znajomych ściągać tam, gdzie ona siadła. A teściowa wolała zostać na ławce przy zejściu niż z nami, przez co nie mogliśmy wszyscy razem posiedzieć, bo trza było jej towarzyszyć. No i, choć wiedziała że chcemy posiedzieć,  bo ostatni dzień wakacji znajomych, to zarządziła wczesny powrót. Tu na szczęście ukochany zgodził się ze mną, że zostajemy ze znajomymi. Tyle w temacie gościnności.

O RETY 

Kotlety. Przywiezione zamrożone i podane usmażone po czterech dniach powolnego rozmrażania w lodówce. Ja podziękowałam. Cud, że nikomu nic się nie stało. I że nie zostałam zmuszona do jedzenia. Jak to było z lodami. Takimi, za którymi akurat nie przepadam. Cóż...

O MOJEJ ANATOMII 

Jakby ktoś miał wątpliwości, moje piersi,  a raczej 'cyc', jest: stary, zwiędły, obwisły i jałowy. Się nasłuchałam. A gdy próbowano podać dziecku coś 'zamiast' na kolacje, to zjadł łyżeczkę i ją ulał. That's my boy!

TEŚCIOWA 

(jedyny odcinek tej telenoweli, którego nie można było obrócić w żart)
Rozmowy między mną a ukochanym nie zawsze są słodkie i miłe. Wszystkie to znamy, prawda?
Sytuacja 1:
Klops zrobił dwójkę na plaży, trzeba go przewinąć, drugi dzień więc ani wprawy, ani organizacji. Ukochany daje mi dziecko, trzyma do zdjęcia pieluszki, po czym czmycha do mamusi (przypomnę, która siedzi samotnie na ławce). Wołam, żeby wrócił. Raz. Drugi. Wysyłam jego brata. Gdy w końcu przyszedł z łaską, już mocno poirytowana mówię, co myślę na ten temat. Po chwili jest normalnie.
Sytuacja 2:
Śniadanie dla Klopsa. Kanapki z serkiem. Z bułki. Pierwszy raz. Więc tłumaczenie ukochanemu jak to zrobić nie jest łatwe. Bo za dużo skórki nie może być, ani za grubo serka, bo jak on to zje? No i nie może jeść tego sam bo ufajda cały świat. Emocje rosną, pyszczymy na siebie. Po chwili Klops je, jest normalnie.

Takie trochę włoskie małżeństwo z nas, małe burze.

Sytuacja 3:
Mijam wjazd na parking.
U: nie rozumiem, co ty robisz?  hamulec i wsteczny (ton pana i władcy)
Ja: (staram się spokojnie, ale stanowczo, teściowa na siedzeniu obok) jak ty będziesz jechał to tak zrobisz, ja tu nawrócę i wyjdzie na to samo.

I po tej sytuacji, ukochany wysiadł zapłacić, teściowa:
Nie podoba mi się, jak go traktujesz. Ciągle na niego krzyczysz. Myślałam, że to (?) będzie inaczej. On by dla was zrobił wszystko. Źle go traktujesz, źle. Przepraszam, że ci to mówię, ale nie podoba mi się to.

Wtf?

Nie przyjmuje krytyki od osoby, która... No cóż nie będę wywlekać brudów, ale niech spojrzy na siebie, jak wyglądało jej małżeństwo, jakiea ma metody wychowawcze, podejście do żywienia, roszczenia i jak dba o siebie. Jak będzie idealna to niech zadzwoni. ( nigdy nie dzwoni).

Wraca u. Jest normalnie.

WYCIECZKA SZKOLNA 

Znacie to uczucie z wycieczek szkolnych, że nie wiecie po co jesteście w muzeum czy na przeprawie promowej w ulewę (osobiste wspomnienia ze Świnoujścia) i czekacie tylko, aż się skończy i będziecie mieć czas wolny na zakupy?  ja tak miałam niemal codziennie. Pomijam to, że Klops wstawał o 6, a z domku wychodziliśmy po 12. Jeździliśmy do miasteczka obok na: lody, na które nikt nie miał ochoty, latarnie morską na którą były za duże kolejki, po ryby, na które nie czekaliśmy jednak. A na plażę docieralismy kolo 14-15, bo tu nie, i tu też nie. A o 16 oburzenie, że Klops musi dostać obiad. Organizacja na poziomie -10.

ZNACZYMY TEREN 

Byliśmy gośćmi siostry ukochanego i jej faceta. Dla nas był ich domek, oni dobrali sobie mniejszy. Ale wszędzie u nas były ich rzeczy. I nie mówię o szafie czy lodówce, nie. Każdy wieszak w łazience obwieszony ciuchami (nie noszonymi na codzień), każdy wolny kąt,  a my? Na walizkach upchanych w jednym miejscu (na 5 osób!). Płaciliśmy za domek normalnie. Znaj swe miejsce w szeregu.


Możecie mi teraz nie wierzyć, ale ja na prawdę się świetnie bawiłam! Klops pokochał plażę, wodę. Powiedział do mnie prawdziwe 'mama'. Dla niego to był raj, więc i dla nas. Na koniec:

ZNAK...?

Obiad, dzień wyjazdu, miła knajpka, smaczne jedzenie. Syn siostry ukochanego zajada na przeciwko mnie i mówi tak:
- chyba będę miał jeszcze jednego kuzyna
Teściowa : jak to?
- no od cioci (wskazuje na mnie)
Ja: tak się objadłam?
- nie...
- to skąd ten pomysł?
Wzruszył ramionami i się uśmiechnął. Ma niecałe 6 lat.

Gratuluję wytrwałym ;-) jutro d-day...

czwartek, 6 sierpnia 2015

Nie dane mi było wyluzować na wakacjach...

Dziewczyny!
Wasze domysły na temat poprzedniego wpisu są słuszne. Ale, jak wiecie równie dobrze jak ja, dwie kreski na teście to jeszcze nie sukces. I choć spać bym mogła za pieniądze, choć co noc wstaję na siku, dopóki nie usłyszę pukania, nie będę spokojna. Tym bardziej, że nie może być normalnie i nudno.
W sobotę pojechaliśmy nad morze. Towarzystwo już przybliżyłam, nie będę się powtarzać. W niedziele zaczęłam plamić. Jest tego malutko, ledwie brudzę wkładkę na kolor szaro-bury ale... Boję się. Nie czytam nawet googla, za długo w tym siedzę żeby nie znać najgorszych scenariuszy. Te optymistyczne też znam, ale boję się ich trzymać...
A o wakacjach wysmażę posta długiego jak tasiemiec. Bo choć było super, to z rodzinką więc mam duuuuużo do wyrzucenia z siebie, co trzymałam w sobie by nie psuć wakacji Tacie Klopsika. Tymczasem skorzystam z faktu, że Klops drzemie i zrobię to samo w nadziei, że moja senność to dobry znak...

wtorek, 28 lipca 2015

Wyjątkowa niedziela i plany.

Pogodą nie zachwycała. Klops obudził się (i mnie) jakoś po 6. Ale przewinięty i nakarmiony został odesłany z tatą do salonu. Mama spała do 9. Dobry początek :-).

Przy kawie zarządziłam
Rozmawiałam wczoraj z S., jedziemy do nich w odwiedziny.
I to był klucz do wyjątkowości tego dnia. Mogłam się ładnie ubrać, pogadać z kimś, kto nie jest z rodziny Taty Klopsa,  posiedzieć gdzieś indziej niż na działce. Nie zrozumcie mnie źle, cenie sobie naszą działkę ale niekiedy... No cóż mam jej powyżej, razem z towarzystwem, które się nie zmienia, a tak na prawdę nie ma nikogo, z kim mogłabym sobie pogadać o d. Maryny. Nie mam wspólnego języka z siostrą Taty K. (cóż, nie ufam, nawet na pierdoły).
Mogliśmy też przetestować nową brykę Klopsa - parasolkę lekką i małą po złożeniu - prezent od babci. Powiem tak - super sprawa, i da się złożyć / rozłożyć jedną ręką, w drugiej dzierżąc Klopsa.
Wracając do tematu - spędziliśmy u S i B cały dzień, Klops był zachwycony, my się zrelaksowaliśmy.

A w sobotę jedziemy nad morze. Na kilka dni. Stąd potrzeba parasolki. Łóżeczko turystyczne pożyczone. Pralka kręci się non-stop, prasowanie rośnie. Jestem ciekawa, jak to będzie. Dodam, że jestem przerażona, bo jedziemy z teściową, szwagrem, do szwagierki, jej m i synka. Masakra. Ale może morze to morze? Żeby tylko pogoda dopisała.

Czy jest coś, co powinnam koniecznie zabrać ze sobą (poza standardowym zestawem niezbędnym do życia). Jakieś nietypowe patenty na wakacje z małolatem?

piątek, 17 lipca 2015

wielka jedenastka

Jest późno i padam z nóg, ale jak nie zrobię tego teraz, to boje się, że połowa mi umknie. Zresztą w tle leci Sex and the City, to i spać od razu nie pójdę. Więc podsumujmy kolejny miesiąc:
- Klops waży równą dyszke. Jest co dźwigać na czwarty hak plus zakupy.
- stoi pewnie, mama dostaje zawału gdy stojąc przy, jakby inaczej, rogu stołu kawowego podrzuca obie (!) ręce w górę, by uderzyć z hukiem w stół. Czasem się przewróci, ale dzieje się to jakby w zwolnionym tempie i raczej krzywdy sobie nie robi.
- nauczył się zamykać szufladę tak, żeby nie przytrzasnąć palców. Nauczył się doświadczeniem niestety, ale za to skutecznie.
- wędruje przy meblach i ścianach.
- bawimy się w berka - raczkuje sprintem.
- umiejętności komunikacyjne przeszły na level hard. Pokazuje 'nie ma,  'lampa', 'nosek', pokazuje palcem na różne rzeczy, a jak coś chce (najlepiej do jedzenia), to pokazuje to, a później na siebie. Jest przy tym tak przesłodki...
- zapala i gasi światło. Zabawa na wszystkie smutki.
- nie dostaje cyca koło północy. I śpi do rana. Karmie go rano i wieczorem. Poza tym w ciągu dnia je wszystko. WSZYSTKO (co mu się da oczywiście. Choć do oreo sam się dorwał, musiałam interweniować). Raz dałam mu spróbować ogórka małosolnego (sama zrobiłam:-)) i nie chciał go puścić. Przy jego śniadaniu można myć naczynia. Nie zawsze, oczywiście, ale daje rade sam. I jeszcze się nie zakrztusił ;-) (dziękuję tu Isie za wyłożenie tematu odruchu wymiotnego u niemowląt)
- myje ząbki. W końcu ma aż dwa. Lubi mielić szczoteczkę w buzi, niech się przyzwyczaja.
- mamy problem z piciem. Wkrecilo mu się picie z flachy na leżąco. Nie umie sobie wziąć i się napić, potrzebuje kogoś do pomocy.
- nie przewraca się z brzucha na plecy. No nie umie albo mu się nie chce. Zrobił to trzy razy w życiu.
- przewijanie to katastrofa. Wymyśliłyście coś na to? Of course zabawki w łapkę nie działają.

A dziś zasnął w wózku na siedząco. Z pozdrowieniami dla ciotki Leśnej. :-)

środa, 8 lipca 2015

o pogodzie

Lubię upały.
Pisałam o tym chyba jeszcze w ciąży. Nigdy nie jest tak ciepło, żeby było za ciepło.
Swoją drogą znoszę je o wiele lepiej niż reszta społeczeństwa. Dokoła wszyscy wyłączeni,  a ja zastanawiam się który ultra-letni ciuch wrzucić na siebie.

Najbardziej lubię upalne noce
W jednej z książek Musierowicz była taka scena, jak w upalną czerwcową noc dziewczyny gotowały gazpacho. Zawsze mi się to przypomina.
Upalne noce to też najmilsze chyba chwile spędzane z moją mamą. To po niej odziedziczyłam miłość do upałów. W takie noce często siedziałyśmy w kuchni i rozmawiałyśmy o wszystkim. Rzadko kiedy nam się udawało tak pogadać. Piłyśmy herbatę (tak, gorącą) i gadałyśmy.
Brakuje mi tego teraz, jak nie mieszkamy razem. Tata Klopsika źle znosi upały. Narzeka, męczy się, a w nocy, no cóż - śpi.
Za to Klopsik ma kłopoty z zaśnięciem. Dopiero koło 22 pada.

A teraz przyszła burza. taka porządna. Taka tu, nad moją głową. Uwielbiam. Kwintesencja lata.

Dobranoc.
Ja pewnie jeszcze posiedzę.
Może zadzwonię do mamy? Pewnie nie śpi.

czwartek, 25 czerwca 2015

never ending story

To będzie typowy wpis 'dear diary moments'.

Zaczęło się jak Klops miał miesięcy pięć. Najżałośniejszy płacz jaki słyszałam. Sprint taty do apteki gdy wszystkie domowe sposoby zawiodły.
Żel na dziąsła zadziałał cuda. Gryzaki tylko sprawiały większy ból. Nawet te z lodówki. Dobrze robił lód podawany w siateczce do nauki jedzenia owoców, ale na krótko. Gdy ból nie dawał spać, w ruch poszła camilia. Wierzę w homeopatie, bo nie sądzę żeby na niemowlę mogło działać placebo. A ta homeopatia pomogła. I tak walczyliśmy. Gdy nic nie pomagało na marudzenie, żel. Gdy była już tragedia - krople.
Nie było szalonego ślinienia czy pakowania łapek do buzi. Było za to odrzucenie niekapka, bo za twardy w nim plastik. Raz było trzeba podać krople więcej niż raz dziennie,  raz nie było nawet mruknięcia z bólu. I tak długie miesiące. Aż do dziś. Po 10 miesiącach,  11 dniach, 9 godzinach i 39 minutach, smarując dziąsełka Klopsa żelem wyczułam go. Delikatnie się wychylił. Jak wierzchołek góry ponad chmurami.
Mamy pierwszy ząb. Dolna prawa jedynka. A już myślałam, że się nie doczekam.

:-)
I żeby nie było, wiem, że to dopiero początek.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

parafrazując

Zdążyłam wypić gorącą kawę.
Zdążyłam pomyć wszystkie lustra.
Zdążyłam zjeść z dzieckiem śniadanie.
Zdążyłam wymyślić prezent na dzień ojca.
Zdążyłam pojechać z Klopsem na basen.
Zdążyłam wjechać komuś w zad. Tak. Pierwsza stłuczka, a prawo jazdy mam od 9 lat.

A Ty? Co Ty zdążyłaś zrobić dziś przed 13?

czwartek, 18 czerwca 2015

dyszka

Kolejny miesiąc za nami, nie do wiary (mówię to co miesiąc, nie?)
Tym razem jednak zmieniło się sporo. Cały czas nie mogę uwierzyć, że czynności o które nawet bym go nie posądzała jednego dnia, drugiego już próbuje, a na czwarty - ma opanowane, może nie do perfekcji, ale dość by je wykonywać z żabim rechotem. Więc czas podsumować:

- Klops raczkuje w trybie turbo. Śmiga po całych sześćdziesięciukilku metrach mieszkania.
- Wstaje w oparciu o cokolwiek. Nawet się szczególnie nie obala, chyba że za podporę odbierze sobie moje spodnie - dresowe. Albo spódnicę.
- Bawi się przy grającym stoliku, rzuca kubeczkami bez celu i piłką do celu - mama lub tata (mniej więcej ;-))
- Resztę zabawek generalnie olewa. Ciekawszy jest dekoder i telewizor - a konkretnie guziczki. Kontakt też jest ciekawy, ale mama przegania. I drzwi od szafek, i szuflady. Tylko szczypią w palce. I pralka, oooo pralka jest super.
- Wita się machnięciem rączką jak ktoś mu przypasi. 'papa' raczej nie ogarnia. Od wczoraj bije brawo.
- Kręci głową 'nie, nie, nie'. Z szeeeeeerokim uśmiechem.
- sam zje parówke (przekrojoną na pół)  czy truskawki. Mniam, mniam, ale najbardziej lubi jajecznice na parze z pomidorem. Aż się trzęsie. Cały, nie tylko uszy.
- Przeszedł na jedną drzemke po tym, jak dwa razy dobił do godziny 21.30. Już wróciliśmy do spania około 19.
- wszystko go interesuje. Pies szczekajacy na ulicy. Śmieciarka. Tramwaj. Samoloty! (ach pokazy oglądane z działki :-)). Swoje zainteresowanie pokazuje patrząc na mnie wymownie i mówiąc 'u, u, uuuu'.
- Zdarzy mu się wyartykułować 'mamama'. Raczej rzadko i na pewno przypadkiem, ale i tak jestem dumna.
- Wyjada nam obiad z talerza. Konkretnie tacie (takie ich 'thing'. Ja tylko pilnuje jakości wyjadanych cudów - żeby nie było tłuste, smażone i sztuczne)
- Żeby nie było za kolorowo robi dantejskie sceny przy przewijaniu. Mostki, wygibasy, zwijanie się,  wszystko przy akompaniamencie ryku ze-skóry-obdzierają-mnieeeeeeeee!
- Rano wita mnie na stojąco w swoim łóżeczku opuszczonym na sam dół. Kombinuje nie reagować od razu żeby nauczył się tam chwile sam bawić. I wprowadzam zasadę,  że jak ktoś śpi,  to się nie budzi go bez powodu. To może zaprocentować... Ale to takie małe próby.
- złości się jak diabli jak mu coś nie pasuje. No tupałby nogami gdyby umiał na tyle stać.
- daje buziaki. Mi, tacie, odbiciu w lustrze. Zabawkom.

Jest moim małym cudem, największym szczęściem. Cieszę się, że mogę go codziennie obserwować i towarzyszyć mu. Przeraża mnie myśl o powrocie do pracy. Mimo wszystko. Jutro idziemy na konferencje. Mam nadzieję, że wytrzyma :-)

Dobranoc!

niedziela, 7 czerwca 2015

wreszcie pada!

Miało być 'mamy alergię', ale radość z dłuuuugo oczekiwanego deszczu jest większa, bo od jakichś dwóch tygodni razem z Klopsem smarkamy, kichamy i kaszlemy. On dostaje Zyrtek, ja niestety tylko wapno, więc ze mną jest gorzej.

Zaczęło się oczywiście na działce, bo tam pyłków więcej, ale i w domu nie jest łatwo. Na początku leciała woda z nosa, ale po dwóch dniach gile zrobiły się zielone, co mnie zmartwiło nie na żarty. Do lekarza. Pani dr mówi, że to przez zapalenie spojówek. Ok. Krople do oczu i heja. Nie ma poprawy, dochodzi kaszel (u Pink czytam o zapaleniu płuc, panikuje). Dr ogląda Klopsika na prawo i lewo i wydaje werdykt, który ja, sądząc po sobie, sugerowałam już za pierwszym razem. No i sobie tak jedziemy na tym Zyrteku, jest dużo lepiej, nabyliśmy też drogą kupna nebulizator, z którym mamy zgłosić się do pani dr. Nie wiedzieć czemu uznała, że musi nas nauczyć obsługi zanim zleci czym inhalować. No ale prawdziwa ulga przyjdzie z deszczem, który zmyje to tałatajstwo. I mam. Doczekałam się :-)

Mam jednak nadzieję, że popada krótko, aczkolwiek porządnie i wyjdzie słońce. Bo chętnie pojedziemy dziś również dziś na działkę, gdzie spędzamy ten, i właściwie wszystkie inne weekendy. Dla Klopsa to prawdziwy raj.

piątek, 22 maja 2015

lepiej niż myślałam...

...gorzej niż bym chciała.
Jeśli wierzyć testom, w ciąży nie jestem. A szkoda...
Ani cienia cienia. Nie było o 5 rano. Nie ma teraz (czy tylko ja wyjmuje to ze śmieci żeby się upewnić, tak na wszelki wszelki?). Na szczęście. Żadnych historii pt. biochemiczna, spadania z różowej chmurki na ziemię.
Czyli smutno, ale mogło być gorzej.
Wychodzi na to, że znowu mi się cykl rozpieprza totalnie.


Ale czegoś się jednak doczekałam! Mam swoje 'klap klap' po podłodze, i pierwsze, choć wiem, że niezbyt świadome 'mama'.

I tak sobie jestem. Rozdarta. Między smutkiem i radością, między żalem i dumą. Paranoja.

Ale zaraz wstanę, otrzepie się, i pójdę dalej. Jak zawsze.

poniedziałek, 18 maja 2015

'stoję, czekam, boję się oszaleć...'

Boję się pomyśleć. Ciągle myślę.
Boję się powiedzieć. Nie mówię nic.
Boję się sprawdzić. Muszę sprawdzić. Nie mogę tak tkwić. Niepewność. Ale przecież ignorance is bliss... 
Co, jeśli sprawdzę, jeśli nawet się okaże, a później, za kilka dni się wszystko zmieni?
Nie wiem, po co to piszę.
Nie wiem, czy powinnam to publikować.
Niby to mój mały cyrk...
No właśnie, niezły cyrk...
Może sprawdzę jutro. Poczekam jeszcze jeden dzień. Czekam już cztery.


Oszaleje.



Wisiała na ścianie mojego pokoju przez całe liceum. Inaczej ją wtedy rozumiałam.

piątek, 15 maja 2015

9 i 348

Tyle miesięcy skończyliśmy odpowiednio Klopsik i ja jednego i tego samego dnia. Tradycyjnie obyłam się bez wielkiego świętowania. Niezgodnie z tradycją - bo bez nawet jednego bukiecika konwalii. Ale to nic. Bo niczego się nie spodziewałam na ten dzień (może oprócz jednego, co też się nie stało, czy to dobrze - jeszcze nie wiem). A im mniej oczekujesz, tym mniej się zawiedziesz.

Ważniejszy jest kolejny miesiąc Klopsa. Przywitał go jajecznicą na śniadanie i zwiększeniem liczby posiłków nie - cyckowych o jeden. Raczkowaniem z radosnym rechotem w kierunku dekodera/gniazdka/kabla od tv/you name it. Podskakiwaniem na pupce i machaniem obiema łapkami. Wykrzywianiem ust w żałosnym grymasie gdy mama mówi 'Klopsiku! Nie wolno!'.
W związku z nowymi umiejętnościami i zwyczajami Klopsa lista zakupów się wydłuża. Trzeba kupić przedłużacz, aby zabrać niektóre sprzęty z zasięgu małych rąk. Zatyczki do kontaktów by nie dłubały w nich małe palce. Osłonki na narożniki mebli by chronić małą głowę. I zasłony zaciemniające by dodać choć pół godziny snu.

Widzę na innych blogach tendencję w kierunku zwiększania przyrostu w naszym kraju. I kolejny raz utwierdzam się, że blogi które mi towarzyszą są blogami bratnich dusz. Ja o moich więcej - niż - rozważaniach w tej kwestii nie jestem gotowa pisać szerzej. Może napiszę później. Może nigdy? W każdym razie z okazji moich 348 miesięcy życzę sobie, żeby Wam się spełniło.

wtorek, 5 maja 2015

catch the moment

Otwieram oczy i słyszę... ciszę. Jest bardzo wyraźna, wręcz namacalna. Sprawdzam godzinę: 6:59.
Klopsik śpi, Tata Klopsika też.
Uśmiecham się do siebie i słucham tej ciszy, bo nie wiem kiedy znów ją usłyszę. A jest piękna. Jeden z tych momentów, które chce się złapać i zatrzymać.
Przysypiam. Budzi mnie klepanie małej dłoni o materac. 'y, y, eyyy!' czyli w wolnym tłumaczeniu 'wstawaj, szkoda dnia'.


Katar w odwrocie.
Siadamy z brzucha. Mobilność rośnie, choć raczkuje jakoś wspak ;-). Co nie przeszkadza dostać się pod szafę i spróbować na nią wspiąć (dość nieudolnie hehe) albo otworzyć szufladę.
Kwiatki na działce pyyycha. W ogóle działka rządzi.

czwartek, 30 kwietnia 2015

reset


Gdy kilka dni temu pogoda się skiepściła, postanowiliśmy z Klopsikiem wybrać się na długo planowane zakupy. Umówiliśmy się z kumpela i jej córeczką i ruszyliśmy w miasto.

Podróż tramwajem nie była najprzyjemniejsza - niskopodłogowe nie jeżdżą,choć mają, cóż... Jakoś dotarliśmy. Dzieci nasze śpią na zmianę, więc Mała spała, a Klops obserwował. Cel - wspólny. Żakiet i buty na zbliżające się komunie oraz piżamki dla dzieci. Spędziłyśmy w galerii mnóstwo czasu, Klopsik zasnął modelowo po nakarmieniu i przewinięciu, dosłownie w pięć sekund. Przymierzyłyśmy mnóstwo żakietów i udało nam się wybrać te idealne. Gorzej z butami, niestety, będzie trzeba jeszcze poszperać. Piżamy dla Klopsika też nie kupiłam, za to wydałam kupę siana na książeczki z serii Mr Men, na każdy dzień tygodnia, pięknie wydane, no zakochałam się. O takie

Udało mi się zresetować. Niby nic. Ale humor lepszy.
Tylko teraz Klopsik ma katar... Niefajnie. Ściągam mu fridą babole jak śpi.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

dlaczego jestem taką suką.

Nie będę się tu użalać nad sobą. Nikt mi nic przykrego nie powiedział. Nic właściwie się nie stało. Po prostu moje myśli zawędrowały w takie miejsce i zachciało mi się rozwinąć temat.

No cóż, spójrzmy prawdzie w oczy - jestem wredna. A raczej: potrafię być. Cięte riposty cisną mi się na usta i muszę mocno przygryzać język, żeby nie wyskoczyły. Potrafię dowalić tak, że odbiorcy pójdzie w pięty. Niestety tymi odbiorcami są zazwyczaj osoby mi bliskie. Rodzina, przyjaciele, znajomi. Nie-mąż. A jedyną osobą, która wie, o co w tym wszystkim chodzi jest mój brat. Reszcie nie jestem w stanie wytłumaczyć, nawet Tacie Klopsika. No bo mogę mówić i mówić, tłumaczyć i tłumaczyć, a i tak jak przyjdzie co do czego to jest im przykro. I jestem w d...

A chodzi po prostu o to, że ja nie mówię wtedy wcale tego, co myślę. To się nazywa ironia, niestety coraz mniej osób ją potrafi wyczuć, a ci, którzy kiedyś umieli bardzo dobrze, nagle tracą tą umiejętność na rzecz 'obrazy majestatu'. Najgorsze jest to, że czasem już, już wydaje mi się, że ktoś doskonale czuje klimat i co? Dwa słowa za dużo i jest kwas. Nic nie da powiedzenie 'żart', 'to nie miało tak zabrzmieć' czy nawet 'przepraszam'. Urażona osobistość łypie nieprzychylnie, a Nie-eM jest cały zestresowany, że ktoś coś, zamiast potwierdzić, że to joke, czy coś. Z bratem natomiast mogę rzucać cięte te
teksty do woli w dwóch językach i wiem, że on to lubi. I ja też. Wychodzi na to, że tęsknię za bratem...

Ale potrafię też być prawdziwą wredną suką. Taką, która wszystko wytknie, co tylko się da, zauważy każdy najmniejszy błąd i niewybrednie skomentuje. Nie w twarz, co gorsza, ale przed Nie-eM. I później leżę w łóżku i zastanawiam się, po co? Nic mi to nie daje, tylko sącze jad. Dlaczego tak lubimy obgadywać, nawet jeśli nasze własne życie daje nam dużo wrażeń i pozostawia mało czasu na życie innych. Mimo to znajdę czas. Obgadam. Skomentuje. Wetkne szpile.

Jak byłam w lo, moim głównym problemem było to, że chciała,  żeby wszyscy mnie lubili. Bardzo przeżywałam każdą porażkę w tej kwestii. Siadałam wtedy przy kawie i papierosie z moim przyjacielem i 'robiliśmy "be" na cały świat'. Tak na to mówiliśmy. I pomagało. Ale teraz nie jestem już w lo. Muszę nad sobą popracować. Inaczej stanę się zrzędą, a to nie wróży dobrze na stare lata. Tym bardziej, że uszczypliwych uwag nie szczędze Tacie Klopsika. A tak nie chce. Więc mówię to tu, żeby mieć większą motywację. Koniec z tym.

Update:
Okazuje się, że wywołałam wilka z lasu. Usłyszałam, że jestem wredna. Bo powiedziałam, że ja sobie jakoś sama radzę na to, że oczekuje ode mnie, że oczywiście, że jak Tata przewija to mama musi mu wydłubać chusteczki z paczki. Ale tu idź sama, to zrób sama, z tamtym sobie poradź sama - wciąż to słyszę. Jestem wredna, bo chcę iść zrobić coś innego. Bo proszę o coś od świąt. Bożego Narodzenia. Bo jestem zmęczona a jeszcze muszę zrobić milion rzeczy i wkurza mnie pytanie w kółko 'idziemy spać?'. No i mamy focha. I nie odzywamy się. I znów nie zrobił czegoś, o co go wczoraj poprosiłam. A jak to wytknę, bo utrudni mi to dzień, to usłysze,  że się czepiam? Nie wiem. I give up.

sobota, 25 kwietnia 2015

co tam, panie

Ten czas tak szybko leci i tak mało go zostaje, że znów kolejny miesiąc do nadgonienia i nie wiem, czy dam radę za jednym zamachem, a raczej wiem, że nie dam.

Za nami święta, imprezy rodzinne, przemiła spotkanie z cudownymi czarownicami, działkowe wypady Klopsika, wzloty, upadki... Od czego zacząć?

Wszystkiego opisać nie zdołam, zacznę, oczywiście no bo jak by inaczej, od Klopsa.
A on rośnie, jak na drożdżach! Nie ogarniam ile waży, bo ostatnio 7600 było w lutym, więc to bardzo nieaktualne ważenie. A w domu wagi brak. Anyway, jest ciężki i chyba jemu też ciężko przerzucać girki na różne strony. Ale siedzi solidnie i uparcie kombinuje jak tu się przemieścić. Idzie mu nieźle, choć do raczkowania trochę brakuje - może to i dobrze, bo zasięg ma ograniczony to i łatwiej go upilnować.
Drzemki ma bardzo. Potrafi drzemnac od 7 do 10 po pobudce przed 6 (ostatnio nawet na brzuszku), potrafi też obudzić się i 5:45 i do wieczora zaliczyć tylko dwie 20-minutówki... Na szczęście nie odbija się to jakoś tragicznie na jego samopoczuciu.

...przerwa techniczna... Z przedpołudnia zrobiła się noc...

Co jeszcze? Spisać, nie zapomnieć, nie stracić... Ach tak, jeśli chodzi o gadulstwo, to przeważają samogłoski, nowością jest 'bu', w związku z czym mówię na niego 'Bubu' (bosz, jaka ja wyszukana).
Nie muszę już mielić jedzenia na
kompletną ciapaję, ogarnia coraz to większe grudki, ładuje łapki do miseczki, ale nie ogarnia żeby je wpakować do ust. Chyba, że mu włożę do nich coś większego (chrupa, chleb, pyrka, itp) albo chwyci łyżeczkę.

Co mnie bardzo cieszy, to to, że potrafi się sam bawić. Nie muszę zawsze mu podtykać zabawek pod nos i tańczyć i śpiewać (choć i tak bywa, hehe). Ale to nie znaczy, że nie zmagamy się z lękiem separacyjnym. Klopsik już nie czeka w pokoju gdy mama jest w toalecie. Siedzi w przedpokoju (tam jest wykładzina na drewnie, nie to, co płytki w łazience)  i obserwuje. Cóż, taki los. Karmienia około - północy okraszone są tuleniem się do mamy w pionie, kilka razy zasnął leżąc na mnie,  bo już nie dałam rady siedzieć. Raz spał ze mną w wyniku takiego usypiania. Well...

Z dzidziusia robi mi się chłopiec, to piękne i strasznie smutne zarazem. I codziennie przepełnia mnie taka miłość do tego małego człowieczka, że aż zapiera dech.
I dlatego dziś będzie tylko o nim. Bo o sobie mam mniej optymistyczne przemyślenia. Ale o tym później.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Biszkopty Kopsika

Nie są to biszkopty bezglutenowe, bezcukrowe ani bezjajeczne. Nie piekę ich z mąki bio czy cukru eko. Są za to domowe i nie zawierają witaminy E. A oto przepis:

2 białka
4 żółtka
3 łyżki cukru
3 łyżki mąki pszennej
3 łyżki mąki ziemniaczanej

Białka ubijamy na sztywno (najlepiej w szklanej lub metalowej misce), dodajemy cukier po łyżce, ubijając aż się rozpuści. Dodajemy żółtka - po jednym ubijamy. Dodajemy przesianą mąkę, ja daje po łyżce i bardzo delikatnie mieszam.

Nakładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Kształt dowolny, rozmiar w sumie też, ja po prostu robię kleksy. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 175 stopni. Ja włączam termoobieg, ale chyba nie trzeba. Piec około 10-15 minut, aż zrobią się ładne i rumiane.

Jeśli całe ciasto nie zmieści się na blaszce, to albo wstawiamy dwie na raz do piekarnika, albo (jeśli tak jak ja nie mamy drugiej blachy) wstawiamy resztę ciasta do lodówki, żeby się siadło czekając na swoją kolej.
Tyle. Nam smakują bardzo. Trzymamy w pudełku takim plastikowym. Są dobre około tygodnia.
Przepis znalazłam w komentarzach tu.
Smacznego!!!
Tyle ich wychodzi :-)

sobota, 21 marca 2015

scraps

Myśli i pomysły plączą się po mojej głowie, czas zebrać to do kupy, bo boję się, że uciekną

TRIGGER

Czyli coś, co sprawiło  że się ruszyło. Tak mi się przynajmniej wydaje. Tym czymś jest basen. Chodzimy sobie na zajęcia raz w tygodniu i byliśmy na razie raptem dwa razy, z czego jeden nieco popsuty bólem dziąseł, ale... Już po pierwszym razie zdaje mi się, że Klopsik jakoś bardziej się kręci po podłodze. Kula się to w prawo, to w lewo, tylko wrócić z brzucha na plecki nie lubi. Próbuje za to pełzać. Zmiana jest  wyraźna.

ECLIPSE 


To o mnie. Nie wiem, czy to jakaś burza hormonów, czy opóźniony baby blues? Po 7 miesiącach - może? W końcu Klopsik nie daje w kość jak przeciętny bobas, noce przespane od początku (może raz w miesiącu zdarza mu się jakaś nocna impreza), nie płacze o byle co, rzadko marudzi, więc moja cierpliwość nie jest nie wiem jak wystawiana na próbę.

A jednak kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że mnie zaćmiło. Przestałam gadać do niego tyle, co wcześniej, nie opowiadałam co robimy, co będziemy robić. Odkładałam na bujaczek tak o - jakby nie mógł pobawić się na dywanie, najlepiej z odrobiną choć mojej interakcji. Działałam jak maszynka. Jakiś marazm mnie ogarnął, jakaś niezdrowa rutyna? Na całe szczęście zauważyłam, że coś jest nie tak. Że Klopsik jakby mniej pewny siebie, bardziej smęci, i to nie lęk separacyjny. Staramy się wrócić do stanu sprzed zaćmienia.

TORN 

To znowu o mnie. No bo jak inaczej nazwać to, że cieszę się z lekcji, którą czasem poprowadzę, z tłumaczenia, które czasem wpadnie, a z drugiej strony przeraża mnie myśl o tym, że na jesieni trzeba będzie iść i pracować? Jak inaczej nazwać to, że czuje potrzebę wyjścia bez dziecka - już, teraz, natychmiast. - a jednocześnie gdy wyjdę sama do biedry -po raz pierwszy od hohoho - myślę tylko czy dają sobie z Tatą radę? Że jestem zła na Tatę Klopsika, że za mało mi pomaga, jednocześnie nie mogąc się pozbyć postawy 'chcesz, żeby coś było zrobione dobrze - zrób to sama!'?

Czuję się rozdarta i nie mam pojęcia, w którą stronę pójść... Czy w ogóle mam jakiś wybór?

LUCKY NO. SEVEN 

To już o Klopsiku. Siedem miesięcy skończone. Tak jakby nagle urósł... Przenieśliśmy się do spacerówki, zaraz wyrośnie z fotelika samochodowego... Jak się go posadzi to siedzi wyprostowany i prawie się nie obala. Umie przejść płynnie z siedzenia do leżenia na brzuszku. Nie pełza jeszcze,  motoryka duża rozwija się pomalutku. Ale motoryka mała! Mamusia jest bardzo dumna, że Klopsik sam pije z butelki, potrafi na siedząco opróżnić ją do dna bez niczyjej pomocy. Pije sam z niekapka 360', łyżeczką trafia do buzi, zjada biszkopta (upieczonego przeze mnie!) czy chrupki. Ząbków nadal brak - a dziąsła swędzą. Obraca piłeczkę w dwóch paluszkach i przekłada z ręki do ręki. I kocha książki. Co rano sprawdza, co słychać u Puchatka

I na zakończenie pytanie - dlaczego na koniec imprezy u Hefalumpa, gdy wraca mama, goście pakują się do pudełka? 



piątek, 13 marca 2015

system error

Są takie dni, kiedy nic nie idzie jak trzeba. Kiedy drobne rzeczy wprowadzają mnie z równowagi. Nie, wróć. Doprowadzają mnie do szału. Takiego na prawdę nie do opanowania.

Ale może od początku. W te dni wszystko zaczyna się niby normalnie. Klopsik budzi się może trochę wcześniej niż zwykle. Wszystko niby dzieje się według stałego planu. Cyc, pielucha, wspólne leżenie w oczekiwaniu na dwójkę, pielucha i czas na drzemke, bo toż to blady świt dla nas. I wtedy do akcji wkracza faktor x. Faktor x, czyli tata postanawiający zmienić swój rytm dnia. Jest fajnie, leżymy sobie razem, próbujemy zasnąć. Znaczy Klopsik próbuje, bo tata dawno śpi a mama tylko czeka. I w takie dni tata, nieświadomie, robi wszystko, żeby Klopsik czasem nie usnął. A to kaszlnie, a to szturchnie, a to chrapnie, a to jeszcze inne niewiadomo co. Po półtorej godziny, podczas której Klopsik się zdąży rozbudzić na fest, a mnie rozboli głowa, tata wstaje cały w skowronkach i nawet nie zapyta, czy zrobić kawę, zrobi tylko sobie, bo 'przecież chciałaś spać'. Taaa, czas przeszły. Więc wstaje i marudze - bo co innego mi pozostaje?  łeb nachrzania, dzieć nie wyspany,  perspektywa cudownego przedpołudnia. 'ty jesteś zła bo chciałaś spać do 10'. Litości! ' Śpisz sobie, pomalujesz się i idziesz na spacer. Wracasz i zaraz ja jestem w domu.' No ja pieprze. Jak na tym obrazku...

Co tu się stało?
codziennie pytasz się co ja takiego robię przez cały dzień, no to właśnie dzisiaj nic nie zrobiłam.


I awantura gotowa. Rzucanie słowami,  trzaskanie drzwiami.
A Klopsik nie śpi, a czas mija. Jest zmęczony i marudny, więc nie wiele mogę zrobić. Ręce mi mdleją od noszenia tego  nomen omen klopsa a trzeba ogarnąć siebie, kuchnie, śniadania, coś sprzątnąć i iść na spacer.

Jestem w takie dni wściekła. I nic mi nie idzie. I złoszcze się na niewinnego Klopsika. I nie lubię siebie no nie lubię.
No nie lubię.


piątek, 6 marca 2015

back 2 work

... Za dużo powiedziane. No bo czy powrotem do pracy mogę nazwać jeden wieczór z przyjaciółką w tygodniu, podczas którego z Klopsikiem na kolanach / kanapie / macie próbuje wydobyć z niej  i usystematyzować wiedzę, którą kiedyś kiedyś nabyła? Chyba nie...
Cóż, ale wszystko dokoła tych zajęć wygląda jak normalnie kiedy chodziłam do pracy. Zajęcia trzeba przygotować jak zawsze. Powiedzmy, że to by nie zapomnieć jak to było. Lubię to robić :-)

Tymczasem Klopsik rośnie. Trzyma sobie butelkę z herbatką i pije, przewraca się na boczki i siedzi prawie stabilnie (jak się go posadzi, oczywiście). Ma coraz mocniejszy uchwyt i szczypie mnie po cyckach... Poza tym jest nadal aniolkiem, pogodny i radosny, rzadko marudzi. Czekamy na cieplejsze dni, żeby przesiąść się do spacerówki, bo już ledwo się wciskamy w gondole, na środę zapisałam nas na basen. Jestem bardzo ciekawa, jak będzie.  Ząbki jeszcze nie wyszły, choć idą, idąąąą.

No i zmiana czasu. Klopsik przekonał mnie, że jednak jest naturalna. Od kilku dni budzi się wcześniej i już godzinę wcześniej chce spać. I śpi, jak na razie.

czwartek, 26 lutego 2015

TO MNIE WKURZA - becikowe

Żeby było jasne - pieniądze to nie wszystko. Ale, jak mawiał klasyk, bez pieniędzy to wszystko...
Mimo, że już dawno kurz po pierwszym gniewie na system dawno opadł, to jakiś żal pozostaje i muszę go z siebie wyrzucić.
Chodzi o to, że Klopsikowi się becikowe nie należy. Wg system jesteśmy za bogaci. Wg systemu każda rodzina , w której oboje rodzice jedynaka zarabiają średnią krajową jest za bogata. Albo niewiele nad. Zaradnemu człowiekowi który nie okłamuje skarbówki.
I nie chodzi tu o ten tysiąc złotych,  tylko o to jak mnie kochane państwo traktuje. I mojego syna. Jemu się nie należy, a byłoby chociażby na te nieszczęsne płatne szczepienia. Albo pieluszki. Albo na jakąś lokatę. Cokolwiek.
Jakoś nie jestem przekonana, czy rodzice żyjący na garnuszku opieki ( czynsz, ubrania, mleko, pieluchy, you name it - opieka stawia) wydadzą te pieniądze na dziecko. Nie wszyscy oczywiście, ale sama znam przypadki gdzie podwójne!  becikowe idzie na nowe ciuchy dla mamy i taty.
Ale to bym olała.
Gdyby nie drugi biegun system. Jako samozatrudniona matka na macierzyńskim nie dostane nawet tego tysiąca kredytu. Ani w moim banku ani w żadnym innym. No chyba, że wonga, bocian czy inne takie nieopłacalne cuda.

Dla banku jestem nikim. Złodziejem i żebrakiem. Dla państwa jestem Kulczykiem. I to mnie wkurza.

poniedziałek, 23 lutego 2015

Klopsikowe szamanko part 1

Wystartowalismy jak Klopsik miał 5 i pół miesiąca. I zaczęliśmy od kaszki. Manny. Tyle się o glutenie dowiedziałam, ile mogłam, i wyszło na to, że w kuchni glutenowej jest on wszędzie. Historia alergii w rodzinie brak.
Przez pierwsze cztery dni Klops nie miał pojęcia o co matce chodzi.  piątego został wzięty na glodnego i zjadł. Przygotowałam porcję z łyżki suchej kaszki mlecznej manna, dałam połowę. Na drugi dzień więcej i więcej aż po tygodniu mógłby zjeść dwie (po malu przyzwyczajam jego żołądek do większych porcji) to dostał łyżkę kaszki z łyżką marchewki. Po 6 dniach coraz większych porcji  ( nie mogę już patrzeć na marchewki)  dostał kalafior. Poszedł gładko, i tak 4 dni, po których stwierdzam, że ta zasada, żeby podawać to samo warzywo ileś tam razy pod rząd (6?) to jakieś szaleństwo... Wiem, chodzi o wykrycie ewentualnej alergii ale czy to nie jest trochę jak z dietą eliminacyjną przy kp? Anyway, następny był groszek, tu poszły w ruch sloiczki (uznałam, że inaczej się nie da, bo na prawdę miałabym dostać gdzieś świeży groszek, wyluskac, ugotować i tak 3razy? Ciekawe jakie by były koszty jak już by się udało to przeprowadzić).  później brokuły - niedoblendowałam, nie chciał jeść, spróbujemy później, nie męczę go, ma katar ;-) więc marchewka z ziemniaczkiem i masełkiem, szpinak z ziemniaczkiem i masełkiem. Po drodze gdzieś kalafior z zapasów. Uważam, że tym samym warzywa mamy załatwione, resztę będzie dostawał wg fantazji matki i dostępności rynku, aż nie wprowadze mięska.

Następne będą owoce, planuje gdzieś w okolicach drugiego śniadania, później dawać z kaszka, jogurtem, twarożkiem, you name it. Widzę już, że o tej porze moje mleko to chyba mu trochę mało.

Gotuję sama, blenduje i dodaje wody dla ładniejszej konsystencji. Nadmiar pasteryzuje w sloiczkach po przecierze itp, zgapiając od Juti.

Cóż, teraz jak mam to spisane, to może przy drugim będę miała sciąge ;-)

A Klopsik jest zachwycony, wyrywa mi łyżeczkę i chce jeść sam, ma całe dłonie umorusane, chichra się jak robię mu krótką przerwę i sama coś podjdam i z uśmiechem pochłania solidne porcje a później leniuchuje do góry brzuchem i nadaje po swojemu (pewnie mówi mi, co by jutro zjadł).

PS. Jestem otwarta na wszelkie propozycje i sugestie jeśli chodzi o temat jedzenia Klopsika  bo kompletnie jestem zielona więc jeśli ktoś coś to ja chętnie poczytam ;-)

poniedziałek, 2 lutego 2015

matka wariatka

Wstała rano nieco wcześniej niż zwykle, wyszykowala się jak tralala i pofrunela na wielkie sale konferencyjne pełne dorosłych ludzi posłuchać co nowego w branży piszczy i zobaczyć się z pewną dawno nie widziana dobrą duszą.

Wyrwała się jednym słowem.

Taaak tylko że jest haczyk.
Matka wariatka zaiwaniała z Klopsikiem w wózeczku :-) podbijał serducha i był mega dzielny. Chichrał się do dziewczyn, drzemał przy akompaniamencie prelegenta, oglądał slajdy... Wszyscy organizatorzy i obsługa byli też bardzo pozytywnie do nas nastawieni - ale to chyba taka branża :-) i udostępnili nam sale coby się przewinac i nakarmić. Nie wytrzymał do końca, ale 4 h w takim miejscu to i tak niesamowity wynik.

Tak że matka zachwycona, doksztalcona i odchamiona. No musiałam się pochwalić.

czwartek, 15 stycznia 2015

no 5

Co miesiąc ubieramy Klopsika w białe body, naklejamy ręcznie wycięta naklejkę z numerkiem i trzaskamy tysiąc pincet zdjęć. :-) dziś nastał czas na numer 5. Strasznie szybko to zlecialo...
Klopsik rośnie jak na drożdżach,  co potwierdzają kolejne za małe ciuszki chowane do kartona z żalem, że moje malenstwo juz takie duże juz tego a tego nie ubierze.
Robimy milowe kroki - ostatni to przewrót z brzucha na plecki. Oczywiście nie obyło się bez zabawnej historii - no może tylko sytuacji. Mama może sobie piętnaście razy dziennie dzidzie kłaść na brzuchu - bez skutku. Tata z kolei wystarczy, że zrobi to raz - i już, przewrót myk!
No i zastanawiam się nad rozszerzeniem diety. Niby między 20 a 24 tygodniem życia czas wprowadzić gluten. Nawet mamy już kaszke (z mm, nie będę się doic do kaszki a na myśl o takiej na samej wodzie robi mi się...  ble;-)). Ale chyba jeszcze chwile poczekam, ciągle mam gdzieś z tyłu głowy, że się chłopak 3 tygodnie pospieszyl,  miałam bolesny dowód na to,  że to ma odbicie w jego rozwoju (miał 8 dni ale weekend w szpitalu nie jest wspomnieniem łatwym do pominięcia) wiec myślę,  że przeciągne to... Jeszcze nie zdecydowałam. Mam wszystko w domu w razie w. Bardzo się przejmuje tym rozszerzenie. Nie chcę niczego sspieprzyc...
Tyle. Buziaki od spiocha Klopsika i mamy z lekką bezsennościa.

piątek, 2 stycznia 2015

Witamy nowe...

Żegnamy stare? Nie,tego nie mogę powiedzieć. Nic w 2014 nie było stare. Właściwie wszystko było nowe.

Nowy rok to czas podsumowań. I ja też chciałabym spróbować podsumować ten miniony rok.

Rok, który zaczął się zanim poprzedni się tak na prawdę skończył. Na dzień przed Sylwestrem 13/14 zrobiłam test. Po miesiącu, w którym udało mi się nie myśleć o ciąży, zrobiłam go właściwie dla świętego spokoju, no bo przecież wiadomo co się robi w Sylwestra. A tu niespodzianka...

A więc trzeba było wszystkim powiedzieć... Że jestem na antybiotyku i nie mogę pić. Nie byliśmy zbyt predcy z ogłaszaniem światu dobrej nowiny, nie po tym, czego doświadczylismy..  no cóż. Do tego poronienie mojej przyjaciółki....Dość powiedzieć,  że pierwsze trzy tygodnie stycznia były naznaczone strachem i każda wizyta w toalecie niosla ze sobą obawę... Po tych trzech tygodniach usłyszałam bicie serduszka malutkiego Klopsika i od tego momentu było pięknie.

Wszystko było nowe w tym roku.
Rosnący brzuszek
Kopniaki
Usg
To chłopak! Mój Boże wstyd się przyznać, ale akurat to mnie... No nie,  że zawiodło ale... Zaskoczyło? Długo katowalam siebie za to, że się nie ucieszyłam. Głupie, ale tak było. Na szczescie - minęło.
Badania - a przecież mdleje przy każdym pobraniu krwi
Przeprowadzka - i długi remont - tak długi,  że pierwsze dwa miesiące z Klopsikiem mieszkaliśmy u mojej mamy.
Przygotowanie wyprawki dla Klopsika
Bardzo wzruszające ( i upalne) zakończenie roku szkolnego
Moi kochani uczniowie - ci mali i ci duzi, i to jak kochani byli w odniesieniu do mojego rosnącego brzucha i jak pięknie pożegnali mnie (nas) ma ten rok.
Zamieszanie z firmą
L4, które miało trwać trzy a trwało dwa miesiące
Narodziny Klopsika
Pierwszy dzień
Okrutnie bolesny dla mnie pobyt Klopsika w szpitalu cztery dni po powrocie do domu
Pierwszy uśmiech
Zbieranie się po cesarce
Nasza relacja, która ciągle się rozwija.
I zmieniony jakby związek z tatą Klopsika, którego strasznie kocham, choć ostatnio tak często się spinamy...

To był dobry rok.
Pożegnaliśmy go we troje
Ciepłymi lapkami
Bo przecież nawet 4,5 miesięczny bobas wie, że coś się kroi i nie będzie spać w Sylwestra
Słodkim uśmiechem
Wielkimi oczami na widok fajerwerków za oknem
Truskawkowym szampanem dla dzieci

Życzę nam, i Wam samych takich lat, które pomimo różnych trudów i zawirowań będą po prostu dobre :-)