Tak sobie myślałam, że w temacie nosidełka będę się musiała zorientować gdzieś w styczniu. No, wymyśliłam sobie, że może to być dobre rozwiązanie na to moje czwate piętro.
Ale wczoraj od słowa do słowa doszło do tego, że okazuje się, że potrzebujemy nosidełko na wczoraj! No, może ma wczoraj to przesada, ale w ciągu miesiąca. Widzicie, plan jest taki, że pod koniec listopada jedziemy w góry. Tradycyjnie już :-) Planujemy Kotlinę Kłodzką. No i Tata wpadł na to, że nosidło się przyda. Ma rację.
Tylko teraz mamy problem: które? Wiem, że ma być ergonomiczne, że dzieć nie ma wisieć. Że musi się nadać i dla pierwszego i dla drugiego. Że w związku z tym wszystkim nie musi być najtańsze. Ale i nie musi być najdroższe ;-). Chusta odpada, bo do niej Taty nie przekonam. Jakieś opcje rozważam, ale chciałabym prosić o pomoc! Coś polecacie? Albo absolutnie odradzacie?
poniedziałek, 26 października 2015
wtorek, 20 października 2015
Cuda wianki
Na szczęście nie po szczepieniu. Klops jakby wcale nie zauważył, że to miało miejsce. Za to zęby, te to zauważa. Znów jakieś idą. A mamy dopiero sześć. Myślę, że idą dolne dwójki. Przeżyjemy.
Za to ze mną dzieją się dziwne rzeczy. W niedzielę wydawało mi się, że nadwyrężyłam sobie jakieś mięśnie w stopach przez to, że nie dopięłam butów.. Ale lewa boli mnie tak, że momentami nie mogę chodzić, spuchła, jest zaczerwieniona. Druga też, ale dużo mniej. Na wysokości kostki, ale bardziej z przodu. Czy to 'wina' ciąży? Nie wiem, w piątek mam kontrolę to zapytam gin, chyba, że nie wytrzymam to pójdę do rodzinnej.
W związku z piątkową kontrolą byłam wczoraj oddać krew do badań. Nie jest to dla mnie łatwe, zdarzało mi się mdleć. Ot taki strach przed czymkolwiek związanym z żyłami. Ale do brzegu. Wyszłam, ubrałam się, poczułam dziwne ciepło w miejscu kłucia, pomyślałam 'masz schizy' i wyszłam. Prosto do apteki. Kolejki brak, pani daje mi resztę a ja jej nie widzę. Ciemno
Wyszłam, usiadłam na schodach na dworze, 10 minut i przeszło. Wróciłam do domu, zdjęłam płaszcz, a tam sweterek i bluzka zaplamione krwią. No taka plama 10x10cm była na bluzce. Wtf?
Tymczasem ZUS postanowił, że jednak mi zapłaci za l4, dzięki za kciuki! Co prawda nie wiadomo kiedy, ale czekam 2,5 miesiąca, poczekam jeszcze, a co tam, jest przecież energia kosmosu nie?
A i Klops się odstawił od piersi. Ach... Mój duży chłopak ;-)
Tak że ten, na nudę nie narzekam.
Za to ze mną dzieją się dziwne rzeczy. W niedzielę wydawało mi się, że nadwyrężyłam sobie jakieś mięśnie w stopach przez to, że nie dopięłam butów.. Ale lewa boli mnie tak, że momentami nie mogę chodzić, spuchła, jest zaczerwieniona. Druga też, ale dużo mniej. Na wysokości kostki, ale bardziej z przodu. Czy to 'wina' ciąży? Nie wiem, w piątek mam kontrolę to zapytam gin, chyba, że nie wytrzymam to pójdę do rodzinnej.
W związku z piątkową kontrolą byłam wczoraj oddać krew do badań. Nie jest to dla mnie łatwe, zdarzało mi się mdleć. Ot taki strach przed czymkolwiek związanym z żyłami. Ale do brzegu. Wyszłam, ubrałam się, poczułam dziwne ciepło w miejscu kłucia, pomyślałam 'masz schizy' i wyszłam. Prosto do apteki. Kolejki brak, pani daje mi resztę a ja jej nie widzę. Ciemno
Wyszłam, usiadłam na schodach na dworze, 10 minut i przeszło. Wróciłam do domu, zdjęłam płaszcz, a tam sweterek i bluzka zaplamione krwią. No taka plama 10x10cm była na bluzce. Wtf?
Tymczasem ZUS postanowił, że jednak mi zapłaci za l4, dzięki za kciuki! Co prawda nie wiadomo kiedy, ale czekam 2,5 miesiąca, poczekam jeszcze, a co tam, jest przecież energia kosmosu nie?
A i Klops się odstawił od piersi. Ach... Mój duży chłopak ;-)
Tak że ten, na nudę nie narzekam.
poniedziałek, 12 października 2015
TO MNIE WKURZA: o karmieniu piersią
Ta złość rośnie we mnie od marca. Myślałam sobie: zdarza się. Ale dziś historia się powtarza. Może ktoś powie, że jestem laktoterrorystką. Że nie przeżyłam to nie wiem. Ale ja swoje zdanie mam.
I nie będzie o tym, co ja się nasłucham o karmieniu Klopsa piersią(wciąż). Będzie raczej o tych, co nie karmią.
Dziewczyny, które nie karmią swoich dzieci piersią dzielę na trzy grupy.
Pierwsza to te, którym, z bardzo różnych względów, nie zależy. Nie chcą, nie lubią, z różnych przyczyn (poza samymi piersiami, mlekiem i dziećmi) nie mogą. Mówią o tym otwarcie, czasem pokarmią piersią kilka dni, może tygodni, nie odpowiadają o jałowym mleku, żyją swoim życiem. Są szczere, za to ogromny szacunek. Reszta, moim zdaniem, to nie moja sprawa.
Druga grupa to te dziewczyny, które na prawdę chciały, ale nie dały rady. Z różnych powodów, zazwyczaj sprowadzających się do braku odpowiedniej pomocy kiedy była potrzebna. Ale walczyły, tygodnie, miesiące, no nie udało się. Trudno, ściskam je mocno, nie samym chlebem żyje człowiek, spokój mamy i dziecka też jest ważny.
Mnie wkurza trzecia grupa. No cholera mnie bierze, znów mnie wzięła. To dziewczyny, które całą ciążę opowiadają, jak to one koniecznie będą karmić. Że to jest najważniejsze z naj, i w ogóle nie ma opcji, żeby nie. Dostają w prezencie laktatory, wkładki, herbatki, staniki i piżamki. A później już w szpitalu słyszę płacz 'nie chce się przyssać ', 'płacze' itd itp. I już w drodze do domu występują do dyskontu z robaczkiem po kartonik najtańszego mm. I zasypują później opowiadaniami o bolących sutkach (ano bolą, poczekaj na sześć zębów), o jałowym mleku (bull s) o źle przysysającym się dziecku (no, też jest to dla niego nowość) i o braku opieki w szpitalu (nosz cholera też tam rodziłam u na prawdę to bzdura). I narzekają na kolki, nieprzespne noce i ile to mm kosztuje (bo to najtańsze akurat ich dzieci uczula).
Ja wiem, że nie każdy ma tyle szczęścia, co ja z Klopsem, że bywa ciężko i że czasem się nie udaje. Ale budowanie tych miejskich legend o tym dlaczego tak bywa...błagam! Litości! Po cholerę się tak zarzekały, skoro tak serio to chcą zapalić papierosa czy zjeść kebab i wypić piwko? (akurat te moje dwie bliskie dość znajome chyba głównie na fajkę ochotę miały). No i luz. Pal. Tylko nie kłam! Bo to mnie do szału doprowadza. I nie pomaga następnym młodym mamom, tym, którym na prawdę zależy i które spotykają się z prawdziwymi problemami z laktacją.
Dziękuję za uwagę.
I nie będzie o tym, co ja się nasłucham o karmieniu Klopsa piersią(wciąż). Będzie raczej o tych, co nie karmią.
Dziewczyny, które nie karmią swoich dzieci piersią dzielę na trzy grupy.
Pierwsza to te, którym, z bardzo różnych względów, nie zależy. Nie chcą, nie lubią, z różnych przyczyn (poza samymi piersiami, mlekiem i dziećmi) nie mogą. Mówią o tym otwarcie, czasem pokarmią piersią kilka dni, może tygodni, nie odpowiadają o jałowym mleku, żyją swoim życiem. Są szczere, za to ogromny szacunek. Reszta, moim zdaniem, to nie moja sprawa.
Druga grupa to te dziewczyny, które na prawdę chciały, ale nie dały rady. Z różnych powodów, zazwyczaj sprowadzających się do braku odpowiedniej pomocy kiedy była potrzebna. Ale walczyły, tygodnie, miesiące, no nie udało się. Trudno, ściskam je mocno, nie samym chlebem żyje człowiek, spokój mamy i dziecka też jest ważny.
Mnie wkurza trzecia grupa. No cholera mnie bierze, znów mnie wzięła. To dziewczyny, które całą ciążę opowiadają, jak to one koniecznie będą karmić. Że to jest najważniejsze z naj, i w ogóle nie ma opcji, żeby nie. Dostają w prezencie laktatory, wkładki, herbatki, staniki i piżamki. A później już w szpitalu słyszę płacz 'nie chce się przyssać ', 'płacze' itd itp. I już w drodze do domu występują do dyskontu z robaczkiem po kartonik najtańszego mm. I zasypują później opowiadaniami o bolących sutkach (ano bolą, poczekaj na sześć zębów), o jałowym mleku (bull s) o źle przysysającym się dziecku (no, też jest to dla niego nowość) i o braku opieki w szpitalu (nosz cholera też tam rodziłam u na prawdę to bzdura). I narzekają na kolki, nieprzespne noce i ile to mm kosztuje (bo to najtańsze akurat ich dzieci uczula).
Ja wiem, że nie każdy ma tyle szczęścia, co ja z Klopsem, że bywa ciężko i że czasem się nie udaje. Ale budowanie tych miejskich legend o tym dlaczego tak bywa...błagam! Litości! Po cholerę się tak zarzekały, skoro tak serio to chcą zapalić papierosa czy zjeść kebab i wypić piwko? (akurat te moje dwie bliskie dość znajome chyba głównie na fajkę ochotę miały). No i luz. Pal. Tylko nie kłam! Bo to mnie do szału doprowadza. I nie pomaga następnym młodym mamom, tym, którym na prawdę zależy i które spotykają się z prawdziwymi problemami z laktacją.
Dziękuję za uwagę.
czwartek, 1 października 2015
Papryka, dynia, mięta
Czyli jesień w kuchni :-)
Nastał ten piękny i długo wyczekiwany (no dobra, z tym to bez przesady) czas, kiedy to Klops je to co my, pod warunkiem, że my jemy zdrowo. Na przykład pomidory z mozarellą na śniadanie (caprese się to zwie? Tylko bez octy winnego). A dziś na obiad papryki faszerowane w sosie pomidorowym. Mmmm jak pachną! Muszę się tylko zorganizować, żeby obiad gotować w drzemce, czyli przed spacerem, żeby zakupy zrobić dzień wcześniej i żeby ktoś to mi wniósł na to moje czwarte...
Klops pokochał bułki dyniowe, a konkretnie wyżera pestki dyni. Nie dziwię mu się ;-) nie przepada za to za kakaem, ani na ciepło ani na zimno, no nie ciągnie go. A szkoda, bo po pierwsze - karmię go już tylko wieczorem przed snem, tak to on w ciągu dnia nie chce, a w jakiejś formie chciałabym żeby miał więcej mleka w diecie. Pod drugie - sama chętnie bym piła, ale tak tylko sobie robić to lipa ;-( ale on to w ogóle z tych, co ze słodyczy to najchętniej golonkę (nie narzekam na ten brak ciągot do cukrów, a w życiu!).
A dlaczego mięta? bez niej miałabym problem z przetrwaniem dnia :-) jakaś zgaga czy coś mnie męczy.
W piątek byłam u doktorki, usg prenatalne czy genetyczne (ona sama mówi raz tak, raz tak) - wszystko na miejscu :-) p-ci nie znam, za wcześnie, co?
W przyszły wtorek Klops ma MMR, trzymajcie kciuki. W ogóle to szczepionki u nas nie ma, przyszło kilka, łapiemy się ze względu na ciążę. Inaczej też by mi się nie spieszyło, spokojnie poczekałabym do wiosny.
Pozdrawiam jesiennie ale słonecznie :-)
Nastał ten piękny i długo wyczekiwany (no dobra, z tym to bez przesady) czas, kiedy to Klops je to co my, pod warunkiem, że my jemy zdrowo. Na przykład pomidory z mozarellą na śniadanie (caprese się to zwie? Tylko bez octy winnego). A dziś na obiad papryki faszerowane w sosie pomidorowym. Mmmm jak pachną! Muszę się tylko zorganizować, żeby obiad gotować w drzemce, czyli przed spacerem, żeby zakupy zrobić dzień wcześniej i żeby ktoś to mi wniósł na to moje czwarte...
Klops pokochał bułki dyniowe, a konkretnie wyżera pestki dyni. Nie dziwię mu się ;-) nie przepada za to za kakaem, ani na ciepło ani na zimno, no nie ciągnie go. A szkoda, bo po pierwsze - karmię go już tylko wieczorem przed snem, tak to on w ciągu dnia nie chce, a w jakiejś formie chciałabym żeby miał więcej mleka w diecie. Pod drugie - sama chętnie bym piła, ale tak tylko sobie robić to lipa ;-( ale on to w ogóle z tych, co ze słodyczy to najchętniej golonkę (nie narzekam na ten brak ciągot do cukrów, a w życiu!).
A dlaczego mięta? bez niej miałabym problem z przetrwaniem dnia :-) jakaś zgaga czy coś mnie męczy.
W piątek byłam u doktorki, usg prenatalne czy genetyczne (ona sama mówi raz tak, raz tak) - wszystko na miejscu :-) p-ci nie znam, za wcześnie, co?
W przyszły wtorek Klops ma MMR, trzymajcie kciuki. W ogóle to szczepionki u nas nie ma, przyszło kilka, łapiemy się ze względu na ciążę. Inaczej też by mi się nie spieszyło, spokojnie poczekałabym do wiosny.
Pozdrawiam jesiennie ale słonecznie :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)