sobota, 30 stycznia 2016

Pomarudzę trochę

Coś w trawie piszczy.
Śnieg jest mglistym wspomnieniem.
Było go w tym roku tyle, że zdążyliśmy dwa razy się wybrać - raz na sanki, pożyczone, zrobiło się ciemno, Klopsik nie bawił się za dobrze,  drugi do parku, to o wiele bardziej udana wyprawa, owocna w zdjęcia. Nowe sanki obrastają w kurz.

A teraz jakby jakieś przedwiośnie. A z nim przesilenie. I mój nastrój na karuzeli.
Jeszcze wczoraj mogłabym pisać o tym jak wspaniałym facetem jest mój ukochany, jakie mam szczęście, bla bla bla... Dziś chce mi się wyć od rana. Ot bzdura, ale wystarczyło żeby mnie rozpieprzyć na cały dzień. I jeszcze dodatkowo jestem zła na siebie, bo Klopsik nie korzysta na takiej mamie - co mogłaby krzyczeć, płakać i tupać nogami ze złości jak mała dziewczynka.
Nie dość, że i tak sił mi brak, to jeszcze marnuje je na złość... Ale czy na prawdę tak trudno zrozumieć, że jest mi ciężko i nie mogę dźwigać Klopsa góra dół góra dół na 4 piętro + zakupy?

Mam wyrzuty sumienia co do Klopsika. Nie mogę mu dawać tyle, ile bym chciała. Wszystkie nasze zajęcia są ograniczone... Jednocześnie cieszę się, że mogę być z nim w domu, nie muszę chodzić do pracy...

Ciche dni. Ciche mieszkanie. Deszcz stuka o parapet. Klopsik cicho posapuje w łóżeczku. Padam ze zmęczenia. Nie mogę zasnąć. Witajcie na karuzeli.

środa, 20 stycznia 2016

Co tam pani po 30-stce

Ale nie, nie tej mojej, na tą poczekamy aż wiosna się na dobre rozgości. To 30-stka Wiercipiętki!

No i jak mam napisać, co u nas słychać, to muszę to zrobić teraz
Dlaczego? Ano dlatego, że zaczyna być coraz ciężej, a nie chcę marudzić, bo ostatnie tygodnie były całkiem miłe i spokojne. Na plusie dwa tygodnie temu 10 kilo, cera się poprawiła, sił nie brakło, apetyt dopisywał. Miód malina. Dziewuszka zdrowa, rośnie jak na drożdżach, w niecały miesiąc podwoiła wagę z 700g do 1400 prawie! Zuch dziewczyna :-)
No, ale żeby nie było tak kolorowo, to przed świętami wyszła słaba morfologia i muszę więcej łykać witaminek. No i żelazo, które chyba już osiągnęło odpowiedni poziom, bo zaczyna mi bokiem wychodzić... Ale każą to biorę. Przynajmniej odzyskałam siły, bo już się zastanawiałam czy coś nie jest ze mną nie tak, bo przysypiałam non stop. A tak polepszyło mi się na same święta i udało mi się nawet i trochę posprzątać i coś upichcić. No. To teraz senność wraca,ale nie jakoś tragicznie. Po prostu zostaje z Klopsem na drzemce (a jak nam miło tak razem poleżeć :-)).
I tak jak teraz przestaję się lubić ze spodniami (moich rozważań na temat rozmiaru spodni ciążowych i pasa na brzuchu, które są totalnie niekompatybilne z moją figurą Wam oszczędze) i jakoś tylko jedne dresy są godne noszenia, to dotąd czułam się świetnie we wszystkim :-) to faktycznie byłby najlepszy moment na sesję ciążową (marzenie moje...). Niestety na sesję się nie zanosi, ale mogę Wam pokazać to:
Zgrabna piłeczka, co nie?
Doszedł też mi kaczy, a raczej pingwini chód (czy wiecie, że jest to bardzo wydajne? Ponoć pingwiny tak chodząc praktycznie nie używają mięśni!). Poznaje swoje ciało od środka, już młoda mi dokładnie pokazuje gdzie mam pęcherz, gdzie żołądek, a gdzie żebra :-). Robi się wesoło,  staram się przypomnieć sobie jak to było z Klopsikiem, ale wiecie, że nie jest to wcale takie proste? Dlatego staram się jeszcze bardziej i więcej czerpać z tej ciąży, cieszyć się nią, bo jakoś więcej nie planujemy... Choć z tego, co zauważyłam to wciąga... ;-)

Z przygotowań tak na prawdę brakuje tylko nowego łóżeczka dla Klopsa i pościeli, a także kosmetyków dla maleństwa, takich od 1dnia (mam jedynie bepanthen, pewnie znów zaopatrzę się w emolium, przy Klopsiku się sprawdziło a i było na tyle wydajne, że płyn kupowałam w sumie dwa razy, a balsam raz, następne już nie musiały być aż tak delikatne :-)), miniaturowych pieluszek i ultra delikatnych chusteczek do pupy ;-). Nawet smoczki już mam - dostałam od położnej u mojej gin. Karton ciuchów w odcieniach fioletu stoi i czeka na wypranie, siostra też pakuje zapasy po dziewczynach, a i tak w pierwszej kolejności pójdą ubranka po Klopsiku, bo nie jestem fanką różu. A i kupiłam sobie wielorazowe wkładki laktacyjne, bo przy Klopsie długo nosiłam te jednorazowe (do lata, bo moje staniki do karmienia nie były mi dość 'ciepłe').

A co u nas tak poza tym? Zimno, niezbyt śnieżnie (coś tam przysypało ten lód, ale szału nie ma), ponoć jutro ma sypać. Dobrze, że ta wilgoć poszła sobie, bo tego nie lubię najbardziej, takiego zgnilego +3.
A parę tygodni temu Klops zmasakrował moje okulary i w końcu,  po pięciu latach zrobiłam sobie nowe! I nie dość, że w ramach promocji dostałam drugie gratis, to jeszcze okazało się, że wadę mam o 1 dioptrie słabszą! A to na prawdę dużo :-) głównie i tak noszę szkła kontaktowe, ale może uda mi się choć trochę ponosić okularki.

I co, miało być krótko, a wyszło jak zwykle. Taki ciążowy słowotok. Mała przyjdzie na świat to pewnie ucichnę ;-) tymczasem mam ochotę na lody. I gorącą czekoladę.

czwartek, 14 stycznia 2016

Drugi raz, pierwszy raz

Pamiętam jak dziś powtarzające się w kółko pytanie przed powitaniem Klopsika na świecie 'boisz się porodu?'. Nie wiem, czy moje trzecie oko widziało przyszłość, czy też mam odruch obronny w postaci włącznika automatycznego 'ignore' na bardziej stresogenne sytuacje, ale moja odpowiedź brzmiała 'nie, nie myślę o tym'. I nie myślałam. Na prawdę!
Ale dziś myślę.
Dziś wiem więcej.
Dziś jest coś, o co się obawiam. Coś, czego się na serio boję.
A jest to ból. Po prostu ból. Tylko, że ja nie boję się bólów porodu. O nie,  ich nie znam, o nich nie myślę (znów? jeszcze?).
Ja się boję tego bólu, który towarzyszył mi po cesarce. Przez dwa tygodnie równo
Następne mniej. A prócz bólu pamiętam ograniczenie ruchów. Lęk i strach. Pamiętam, jak w drugiej dobie po cc nie poszłam siusiu od razu. Pamiętam prysznic. Ten pierwszy, drugi i ten piąty też. Pamiętam spanie w pozycji półsiedzącej. Przez trzy długie miesiące. Pamiętam, jak źle się podniosłam w piątej dobie po cc i pomyślałam 'znów trzy kroki w tył'. Pamiętam, jakim wyzwaniem była podróż autem. I jak wysiadam z niego by nie musieć być w środku podczas parkowania (skręt, krawężnik, hamulec). Pamiętam, jak chciałam udusić za zdanie 'nie wiesz, co to poród ', ale nie mogłam, bo skupiałam się na tym, żeby iść. Pamiętam każdy pokonany stopień, każde krzesło, z którego nie mogłam wstać. A wcześniej nie mogłam na nim usiąść. Minutę wcześniej.
I wreszcie pamiętam, jak nie mogłam wstać do mojego synka na cito. Jak wdzięczna mu byłam za spokój i cierpliwość.
Wiem, że nie każda tak to przechodzi. I zawsze miałam siebie za odporną na ból. No tak, przetrwałam, bez wielkich jęków i narzekań. Ale pamiętam.

I dlatego zapytałam moją gin: jak pani to widzi? I gdy usłyszałam, że mam wybór, nie ma przeciwwskazań do sn, wiedziałam, że chcę spróbować. Czy to dobra decyzja? Mam nadzieję... Vbac nie jest zbyt popularny. Ale zamierzam się do niego przygotować. I przejść przez to. Nie sama. Będzie ze mną doula. Nigdy nie przypuszczałam, że skorzystam z tej opcji. Ale mam dużo szczęścia i mogę - do tego bardzo zaprzyjaźniona i bliska mi osoba jest tą doulą. Już uspokoiła nieco jednego demona. To nieźle jak na początek.

Wiem, co powiecie. Że plany to jedno. Nie odrzucam cc jako jakiegoś zła, a w życiu. Nie twierdzę, że będzie jak chcę. Wiem, wszystko wiem. Ale spróbować muszę. I będę grzecznie słuchać lekarzy dbających o zdrowie Wiercipętki. Bo to ona będzie w tym najważniejsza. Ale chcę spróbować też dla niej i dla Klopsika.
Jeszcze dużo przede mną. Ale zaczęłam.

niedziela, 3 stycznia 2016

O Klopsiku

Dawno nie było o tym, co słychać u Klopsa. A to już jest taki duży chłopiec! 16 miesiąc za pasem w końcu!
Jakie jest życie z takim 16 miesięcznym Klopsem? Niesamowite. Codziennie nowe, choć powtarzalne.

Budzi mnie rano, ale już wcale nie raniutko, bo koło ósmej. Biorę go do naszego łóżka, a on tuli się do nas jeszcze przez jakiś czas. Krócej gdy pieluszka pełna, albo gdy brzuszek pusty. Albo kiedy suszy w usteczkach. Przewijanie nadal bywa trudne, zwłaszcza to poranne.
Gdy już się wytulimy, wyłaskoczemy (on nas też!) to wstajemy i robię głodomorkowi kaszkę, obowiązkowo z owocem. Nie zawsze wszystko zje, ale zazwyczaj tak. Po kaszce przychodzi czas na kawę! Najważniejsza pora dnia - dla mamy, ale i Klops wciągnął się w ten rytuał. Siadamy więc na kanapie, ja z kawą, on z herbatka z miodem, najlepiej malinową. I pijemy tak sobie, raz po raz trykając się 'na zdrowie'.

A co dalej? Dalej bywa różnie. Czasem uciekamy szybko na dwór. Tam Klops biega jak szalony. No, chyba że jest z nami Tata, Tata się boi, że Klops się przewróci. Mama też się boi, ale wiem, że czasem trzeba się przywrócić. Chodzimy na zakupy. Obowiązkowo Klops dostaje bułkę z nasionami i wyjada nasionka. Czasem gdzieś pojedziemy. Czasem pójdziemy do Babci. Tam jest fajnie, dużo 'zabawek' no i kot!
Są też dni, kiedy trzeba posprzątać. Wtedy Klops biega za mną ze szmatką i pomaga ścierać kurze, albo prowadzi odkurzacz, albo pucuje lustra. Albo koniecznie chce popluskać się w wodzie do mycia podłogi. Wstawiamy razem pranie, otwiera mi szufladkę żebym mogła nasypać proszku czy nalać płynu. Czeka, aż ustawię program i blokadę. Wtedy można pomajstrować przy guziczkach.

Mnóstwo rzeczy robi sam. Sam je - widelcem albo rączką, myje ząbki, właściwie ubiera bluzeczki, przyniesie, zaniesie, nawet drzwi za sobą przymknie :-) wytrze nosek, buźkę (nie tylko sobie!) umyje rączki... Wszystko chyba rozumie (jak nie rozumie, to nie wiem, czy rzeczywiście nie rozumie, czy też nie chce rozumieć :-)). Gada. Oj gada. Głównie po swojemu. I onomatopeje. Mama, tata, ta, nie, da, am, bab (to pierwsze słowo które coś znaczy jakie wymówił - a oznacza lampę i słychać je wciąż). Chce, żeby wszystko nazywać i słucha.

Co jeszcze? Muszę częściej zapisywać, o tylu rzeczach na pewno zapomniałam... Ach tak, sam zasypia w łóżeczku, a na drzemkę idzie gdy na pytanie 'jesteś śpiący?' kładzie się tam, gdzie stoi. Wtedy przewijanie i wybiera - jego łóżko czy nasze. I zasypia sam :-). Raczej nie jojczy, choć jak tata jest więcej w domu to jest z tym gorzej. Mimo moich wykładów na temat nie wzmacniania niechcianego zachowania, czyli nie przytulania złośnika i nie dawania mu tego,, co chce (zwłaszcza, że później trzeba mu to coś zabrać, bo przecież nie miał tego dostać nie bez powodu in the first place). Generalnie jak Klopsowi wytłumaczyć o co cho to nie fochuje, a jak już to ignorowanie działa najskuteczniej. Tylko ten Tata... Nie zawsze umie ;-)

Odkryłam też dziś, że robienie zdjęć z lampą skutkuje uśmiechem od ucha do ucha i pozą modela :-D