Kolejny miesiąc za nami, nie do wiary (mówię to co miesiąc, nie?)
Tym razem jednak zmieniło się sporo. Cały czas nie mogę uwierzyć, że czynności o które nawet bym go nie posądzała jednego dnia, drugiego już próbuje, a na czwarty - ma opanowane, może nie do perfekcji, ale dość by je wykonywać z żabim rechotem. Więc czas podsumować:
- Klops raczkuje w trybie turbo. Śmiga po całych sześćdziesięciukilku metrach mieszkania.
- Wstaje w oparciu o cokolwiek. Nawet się szczególnie nie obala, chyba że za podporę odbierze sobie moje spodnie - dresowe. Albo spódnicę.
- Bawi się przy grającym stoliku, rzuca kubeczkami bez celu i piłką do celu - mama lub tata (mniej więcej ;-))
- Resztę zabawek generalnie olewa. Ciekawszy jest dekoder i telewizor - a konkretnie guziczki. Kontakt też jest ciekawy, ale mama przegania. I drzwi od szafek, i szuflady. Tylko szczypią w palce. I pralka, oooo pralka jest super.
- Wita się machnięciem rączką jak ktoś mu przypasi. 'papa' raczej nie ogarnia. Od wczoraj bije brawo.
- Kręci głową 'nie, nie, nie'. Z szeeeeeerokim uśmiechem.
- sam zje parówke (przekrojoną na pół) czy truskawki. Mniam, mniam, ale najbardziej lubi jajecznice na parze z pomidorem. Aż się trzęsie. Cały, nie tylko uszy.
- Przeszedł na jedną drzemke po tym, jak dwa razy dobił do godziny 21.30. Już wróciliśmy do spania około 19.
- wszystko go interesuje. Pies szczekajacy na ulicy. Śmieciarka. Tramwaj. Samoloty! (ach pokazy oglądane z działki :-)). Swoje zainteresowanie pokazuje patrząc na mnie wymownie i mówiąc 'u, u, uuuu'.
- Zdarzy mu się wyartykułować 'mamama'. Raczej rzadko i na pewno przypadkiem, ale i tak jestem dumna.
- Wyjada nam obiad z talerza. Konkretnie tacie (takie ich 'thing'. Ja tylko pilnuje jakości wyjadanych cudów - żeby nie było tłuste, smażone i sztuczne)
- Żeby nie było za kolorowo robi dantejskie sceny przy przewijaniu. Mostki, wygibasy, zwijanie się, wszystko przy akompaniamencie ryku ze-skóry-obdzierają-mnieeeeeeeee!
- Rano wita mnie na stojąco w swoim łóżeczku opuszczonym na sam dół. Kombinuje nie reagować od razu żeby nauczył się tam chwile sam bawić. I wprowadzam zasadę, że jak ktoś śpi, to się nie budzi go bez powodu. To może zaprocentować... Ale to takie małe próby.
- złości się jak diabli jak mu coś nie pasuje. No tupałby nogami gdyby umiał na tyle stać.
- daje buziaki. Mi, tacie, odbiciu w lustrze. Zabawkom.
Jest moim małym cudem, największym szczęściem. Cieszę się, że mogę go codziennie obserwować i towarzyszyć mu. Przeraża mnie myśl o powrocie do pracy. Mimo wszystko. Jutro idziemy na konferencje. Mam nadzieję, że wytrzyma :-)
Dobranoc!
Czyli wersja turbo już na całego! ;) Jeszcze dwa miesiące i zobacz.... ale zleciało!
OdpowiedzUsuńJeszcze dwa... Aż się cała trzęsę jak galareta w środku na samą myśl, że przyjdzie mi pożegnać niemowlaka i przywitać duże ;-) dziecko...
UsuńEch, jak świetnie to rozumiem... Na miesiąc przed Duńczynymi urodzinami zaczęłam posmarkiwać po kątach, by w końcu dzień jej pierwszych urodzin po prostu... przepłakać. I towarzyszył temu taki ogrom emocji, że nie szło dokładnie wytłumaczyć, czemu ledwo skończywszy ryczeć, zaczynam na nowo;)
UsuńTeraz już wiem, że urodziny własnego dziecka to trudny dzień. Piękny, ale emocjonalnie trudny. I naprawdę ma się poczucie, jakby się samemu obchodziło swoje urodziny.
A Klops wymiata:) Śmiałam się czytając Twój wpis. Myślę, że Klops z turbodoładowaniem plus Dunia z bezustannie pracującym motorkiem w zadku roznieśliby w pył każdą zamkniętą przestrzeń :P
Jak się udała konferencyjka?
Kiedy wracasz do kieratu?
Coś czuję, że i ja będę miała oczy, jak to się mówi, na mokrym miejscu...
UsuńAch marzy mi się żłobek, a później przedszkole, które zebrało by do kupy tą naszą blogową dziatwę. To dopiero byłby dym!
Konferencja się udała, dziękować. Mama się zrelaksowała, Klops miał atrakcje. Zdecydowanie nadaje się na takie akcje, wystarczyło mu, że miał nieograniczony dostęp do okna, które wychodziło na... Wentylatory, z których co i rusz któryś się zaczynał kręcić :-)
Ale... Powrót do pracy mnie coraz bardziej przeraża... Zacznie się we wrześniu, oj zacznie :-((( pomału próbuję sobie to poukładać w głowie, bo wiadomo, z planem niby łatwiej... Okropieństwo, płakać mi się chce na samą myśl. A jak u Ciebie z powrotem do pracy?
Ściskamy mocno mocno
Wentylatory, powiadasz, główną atrakcją...;) No, gdyby mnie przyszło bawić na konferencyji, musiałabym zorganizować jakiś samolot, by dostarczyć rozrywki Duńce. Samoloty górą! (dosłownie i w przenośni :P)
UsuńEwentualnie braki rozrywkowe nadrobić mógłby jakiś pies. Moja córka poszczekuje na każdego przedstawiciela psiego gatunku, który pojawia się w jej polu widzenia;) O dziwo, na ptaki także(!);)))
Praca? Oh well... na razie, jak to się mówi, odbieram zaległy urlop. Potem będzie bieżący. Tak do pierwszej dekady października mniej więcej. A potem? Oficjalna wersja jest taka, że idę na wychowawczy. Nieoficjalna - idę na ów wychowawczy, ale jednocześnie szukam pracy. Innej. Bo do tej, którą zostawiłam wołami mnie nie zaciągną.No way.
Samoloty i psy? Oj dogadali by się z Klopsem jak nic.
UsuńUrlop? Nie znam gościa. Swoją drogą niesamowite, że przedsiębiorcy nie zasługują na urlop... I jeszcze muszą słuchać nie raz opowieści o cudownych urlopach pracowników... Niestety nie był mi dany ani jeden dzień urlopu w życiu. Za to mam pracę, którą lubię, więc pewnie coś za coś... Co nie zmienia faktu, że wolałabym zostać w domu z Klopsem.
Twój plan dobry, podoba mi się. Nie ma sensu się męczyć w pracy której się nie lubi, trzeba korzystać z okazji i szukać, na pewno lepsza robota na Ciebie czeka. Zawsze można otworzyć biznes. Tylko wtedy zapomnij o urlopie ;-)
Gębusia się śmieje do takich maluszków i ich światów. Cud, miód i orzeszki! <3
OdpowiedzUsuń