czwartek, 25 czerwca 2015

never ending story

To będzie typowy wpis 'dear diary moments'.

Zaczęło się jak Klops miał miesięcy pięć. Najżałośniejszy płacz jaki słyszałam. Sprint taty do apteki gdy wszystkie domowe sposoby zawiodły.
Żel na dziąsła zadziałał cuda. Gryzaki tylko sprawiały większy ból. Nawet te z lodówki. Dobrze robił lód podawany w siateczce do nauki jedzenia owoców, ale na krótko. Gdy ból nie dawał spać, w ruch poszła camilia. Wierzę w homeopatie, bo nie sądzę żeby na niemowlę mogło działać placebo. A ta homeopatia pomogła. I tak walczyliśmy. Gdy nic nie pomagało na marudzenie, żel. Gdy była już tragedia - krople.
Nie było szalonego ślinienia czy pakowania łapek do buzi. Było za to odrzucenie niekapka, bo za twardy w nim plastik. Raz było trzeba podać krople więcej niż raz dziennie,  raz nie było nawet mruknięcia z bólu. I tak długie miesiące. Aż do dziś. Po 10 miesiącach,  11 dniach, 9 godzinach i 39 minutach, smarując dziąsełka Klopsa żelem wyczułam go. Delikatnie się wychylił. Jak wierzchołek góry ponad chmurami.
Mamy pierwszy ząb. Dolna prawa jedynka. A już myślałam, że się nie doczekam.

:-)
I żeby nie było, wiem, że to dopiero początek.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

parafrazując

Zdążyłam wypić gorącą kawę.
Zdążyłam pomyć wszystkie lustra.
Zdążyłam zjeść z dzieckiem śniadanie.
Zdążyłam wymyślić prezent na dzień ojca.
Zdążyłam pojechać z Klopsem na basen.
Zdążyłam wjechać komuś w zad. Tak. Pierwsza stłuczka, a prawo jazdy mam od 9 lat.

A Ty? Co Ty zdążyłaś zrobić dziś przed 13?

czwartek, 18 czerwca 2015

dyszka

Kolejny miesiąc za nami, nie do wiary (mówię to co miesiąc, nie?)
Tym razem jednak zmieniło się sporo. Cały czas nie mogę uwierzyć, że czynności o które nawet bym go nie posądzała jednego dnia, drugiego już próbuje, a na czwarty - ma opanowane, może nie do perfekcji, ale dość by je wykonywać z żabim rechotem. Więc czas podsumować:

- Klops raczkuje w trybie turbo. Śmiga po całych sześćdziesięciukilku metrach mieszkania.
- Wstaje w oparciu o cokolwiek. Nawet się szczególnie nie obala, chyba że za podporę odbierze sobie moje spodnie - dresowe. Albo spódnicę.
- Bawi się przy grającym stoliku, rzuca kubeczkami bez celu i piłką do celu - mama lub tata (mniej więcej ;-))
- Resztę zabawek generalnie olewa. Ciekawszy jest dekoder i telewizor - a konkretnie guziczki. Kontakt też jest ciekawy, ale mama przegania. I drzwi od szafek, i szuflady. Tylko szczypią w palce. I pralka, oooo pralka jest super.
- Wita się machnięciem rączką jak ktoś mu przypasi. 'papa' raczej nie ogarnia. Od wczoraj bije brawo.
- Kręci głową 'nie, nie, nie'. Z szeeeeeerokim uśmiechem.
- sam zje parówke (przekrojoną na pół)  czy truskawki. Mniam, mniam, ale najbardziej lubi jajecznice na parze z pomidorem. Aż się trzęsie. Cały, nie tylko uszy.
- Przeszedł na jedną drzemke po tym, jak dwa razy dobił do godziny 21.30. Już wróciliśmy do spania około 19.
- wszystko go interesuje. Pies szczekajacy na ulicy. Śmieciarka. Tramwaj. Samoloty! (ach pokazy oglądane z działki :-)). Swoje zainteresowanie pokazuje patrząc na mnie wymownie i mówiąc 'u, u, uuuu'.
- Zdarzy mu się wyartykułować 'mamama'. Raczej rzadko i na pewno przypadkiem, ale i tak jestem dumna.
- Wyjada nam obiad z talerza. Konkretnie tacie (takie ich 'thing'. Ja tylko pilnuje jakości wyjadanych cudów - żeby nie było tłuste, smażone i sztuczne)
- Żeby nie było za kolorowo robi dantejskie sceny przy przewijaniu. Mostki, wygibasy, zwijanie się,  wszystko przy akompaniamencie ryku ze-skóry-obdzierają-mnieeeeeeeee!
- Rano wita mnie na stojąco w swoim łóżeczku opuszczonym na sam dół. Kombinuje nie reagować od razu żeby nauczył się tam chwile sam bawić. I wprowadzam zasadę,  że jak ktoś śpi,  to się nie budzi go bez powodu. To może zaprocentować... Ale to takie małe próby.
- złości się jak diabli jak mu coś nie pasuje. No tupałby nogami gdyby umiał na tyle stać.
- daje buziaki. Mi, tacie, odbiciu w lustrze. Zabawkom.

Jest moim małym cudem, największym szczęściem. Cieszę się, że mogę go codziennie obserwować i towarzyszyć mu. Przeraża mnie myśl o powrocie do pracy. Mimo wszystko. Jutro idziemy na konferencje. Mam nadzieję, że wytrzyma :-)

Dobranoc!

niedziela, 7 czerwca 2015

wreszcie pada!

Miało być 'mamy alergię', ale radość z dłuuuugo oczekiwanego deszczu jest większa, bo od jakichś dwóch tygodni razem z Klopsem smarkamy, kichamy i kaszlemy. On dostaje Zyrtek, ja niestety tylko wapno, więc ze mną jest gorzej.

Zaczęło się oczywiście na działce, bo tam pyłków więcej, ale i w domu nie jest łatwo. Na początku leciała woda z nosa, ale po dwóch dniach gile zrobiły się zielone, co mnie zmartwiło nie na żarty. Do lekarza. Pani dr mówi, że to przez zapalenie spojówek. Ok. Krople do oczu i heja. Nie ma poprawy, dochodzi kaszel (u Pink czytam o zapaleniu płuc, panikuje). Dr ogląda Klopsika na prawo i lewo i wydaje werdykt, który ja, sądząc po sobie, sugerowałam już za pierwszym razem. No i sobie tak jedziemy na tym Zyrteku, jest dużo lepiej, nabyliśmy też drogą kupna nebulizator, z którym mamy zgłosić się do pani dr. Nie wiedzieć czemu uznała, że musi nas nauczyć obsługi zanim zleci czym inhalować. No ale prawdziwa ulga przyjdzie z deszczem, który zmyje to tałatajstwo. I mam. Doczekałam się :-)

Mam jednak nadzieję, że popada krótko, aczkolwiek porządnie i wyjdzie słońce. Bo chętnie pojedziemy dziś również dziś na działkę, gdzie spędzamy ten, i właściwie wszystkie inne weekendy. Dla Klopsa to prawdziwy raj.