w sobotę przyszła @.
bolało. nie tylko fizycznie, choć i to bardzo. byliśmy ze znajomymi, powinnam się trzymać ale nie dałam rady. popłakałam się. trzy razy się popłakałam. płakałam Mu w rękaw i wiem, że nie umiał sobie z tym poradzić. ale oprócz tego, że wiem, że On nie umie się mną obsługiwać, kiedy pękam, zrozumiałam, że nie tylko mnie to boli i że nie tylko ja mam lęki i obawy co do swojej osoby i swoich możliwości, ale On też. i zastanawiam się po co nam ta cholerna presja? skąd ona się wzięła?
to idiotyczne, że oboje tak bardzo chcemy i tak bardzo się boimy jednocześnie. przecież jesteśmy super i bez dziecka. ono nas nie może definiować jako ludzi jako związek. nie może. to nie ma sensu. jesteśmy my. i może będzie dziecko. a jak nie będzie, to kupimy sobie kota. mamy siebie to powinno być, NIE! to jest najważniejsze. kropka.
a w sobotę się upiłam. i dobrze. należało mi się.
w tym miesiącu nie będzie dupka, bo nie zdążę po receptę do gina. wyczytałam, że olej z wiesiołka pomaga, nie tylko na zaciążenie, ale na całego PMSa. a ja mam ostrego - cycki bolą tuż po owu, pryszcze wyskakują jak głupie i poziom nerwowości sięga zenitu. więc wypróbuje, od dziś. zobaczymy jakie będą efekty.
chciałabym jeden dzień nie myśleć o tym ani przez chwilę...
środa, 28 sierpnia 2013
czwartek, 22 sierpnia 2013
przeprowadzka
postanowiłam przenieść swoje śmieci tutaj z innej, bardziej komercyjnej witryny. opinie innych blogowiczek sprawiły, że nie mam ochoty tam pisać od jakiegoś już czasu, a pisanie jest mi potrzebne - i to bardzo.
jestem właśnie w trakcie drugiego cyklu z dupkiem, znaczy duphastonem. a konkretnie to skończyłam 10-cio dniową dawkę i teraz... czekam. z nadzieją, wielką nadzieją. nadzieją której się wręcz boję. dupka skończyłam brać w niedzielę, dziś jest już czwartek ale... ostatnio czekałam na @ półtora tygodnia. i dlatego boję się zrobić test. i czekam. wszystkie objawy ciążowe mogą być okresowe - staram się o tym pamiętać. czuję się wzdęta i nie-ciasne nigdy jeansy zdają się cisnąć. ale to też może mieć milion powodów. więc czekam... i będę pisać tu. a mam jeszcze co opisywać w swej krótkiej, acz wyboistej wędrówce staraniowej...
jestem właśnie w trakcie drugiego cyklu z dupkiem, znaczy duphastonem. a konkretnie to skończyłam 10-cio dniową dawkę i teraz... czekam. z nadzieją, wielką nadzieją. nadzieją której się wręcz boję. dupka skończyłam brać w niedzielę, dziś jest już czwartek ale... ostatnio czekałam na @ półtora tygodnia. i dlatego boję się zrobić test. i czekam. wszystkie objawy ciążowe mogą być okresowe - staram się o tym pamiętać. czuję się wzdęta i nie-ciasne nigdy jeansy zdają się cisnąć. ale to też może mieć milion powodów. więc czekam... i będę pisać tu. a mam jeszcze co opisywać w swej krótkiej, acz wyboistej wędrówce staraniowej...
ja czekam i czekam i czekam...
pierwsze pojawienie się drugiej bladej kreski mocno się na mnie odbiło. najgorsze było to, że właściwie nic się nie stało. teoretycznie.
można sobie to tłumaczyć na wiele sposobów. błąd testu. ciąża biochemiczna. puste jajeczko. myślałam już nawet, że mam urojenia po prostu. żadne wytłumaczenie dobre, żadne nie załagodzi uczucia straty i zawiedzionych nadziei... ale cóż, ponoć jestem realistką i racjonalistką więc trza po prostu żyć dalej... i być dobrej myśli...?
a więc żyliśmy dalej, starałam się wyluzować, nie myśleć o tym - aha jasne. nic z tego myślałam bez przerwy, zastanawiałam się czy jestem już? czy nie?
nie wiem, co mam myśleć o tym, że kolejny okres też się spóźniał. spóźniał się tydzień. test negatywny. spóźniał się dwa. test negatywny. cholera, co się dzieje? gdzie mój okres? nic, czekam dalej. po trzech tygodniach postanowiłam zapisać się do lekarza, i to do takiego na 'już'. nie łatwo takiego znaleźć, na szczęście z odsieczą przyszła S. dając numer do przychodni, w której co prawda nie była, ale koleżanka S. była kiedyś i nie było źle. 'nie było źle' nie jest dobrą recenzją gabinetu, przekonałam się o tym parę dni później, ale zapisałam się bez problemu. do pani doktor, bo ponoć u niej była koleżanka S. ja osobiście dobrych doświadczeń z paniami ginekolog nie mam, bo ta na która trafiłam jako nastolatka na pierwszą wizytę w życiu założyła z góry, że dziewicą nie jestem i wielce ją zdziwiło, że boli mnie jak wyjechała do mnie z ciężkim sprzętem. cóż jednak było robić, termin na za trzy dni więc idealnie!
wieczór przed byłam tak zdenerwowana, że głowa mała. zwolnienie z pracy na czas wizyty załatwione. test na rano gotowy. wstałam następnego dnia i pierwsze siusiu zrobiłam na testa. cholera co to? znów baaardzo blada druga kreska? nic, idziemy z tym fantem do pani doktor, profesjonalistka to w końcu może coś zaradzi... 'może' okazało się być słowem kluczowym.
słabo to widzę
chyba każda dziewczyna, która kiedykolwiek robiła test ciążowy, niezależnie od wyniku jakiego oczekiwała, zgodzi się ze mną, że jest to najdłużej ciągnące się 5 minut na świecie. i moja czasoprzestrzeń w związku z tym jest już tak rozciągnięta, że niedługo pęknie...
ile testów już zrobiłam nie zliczę, nie ma sensu. jednak dwa z nich sprawiły, że moja wiara w to, że kiedykolwiek się uda zamiast się wzmocnić - osłabła. dziś opowiem o tym pierwszym...
to było wiosną, zaczęło się w końcu robić ciepło, zbliżały się moje urodziny. małpa spóźniała się dłużej niż zwykle, minął weekend postanowiłam osikać testa! po kilku długich minutach ukazało mi się co miało być cudem - druga blada kreska! nie mogłam w to uwierzyć, On też, nasza wspólna radość, byłam przeszczęśliwa, zbyt szczęśliwa jak miało się wkrótce okazać...
zanim zderzyłam się z tym, co miało nadejść, musiałam zmierzyć się ze służbą zdrowia. chciałam zapisać się do mojego lekarza, ale pani powiedziała, ze dopiero za trzy-cztery tygodnie ma wony termin. wkurzyłam się, bo na moje słowa o podejrzeniu ciąży powiedziała, że i tak mnie nie poprowadzi bo ma już 'komplet ciężarnych' na nfz. wtf??? wyszłam stamtąd zła jak osa, nie zapisawszy się wcale, czego później miałam żałować... ale nic, wróciłam do domu, popłakałam się z wściekłości i bezsilności - bo tak naprawdę to bezsilność jest tym, co doprowadza mnie do łez... więc ostatnio częściej płacze...
nie minęło dużo czasu, parę godzin tak naprawdę i w trzy dni po wykonaniu testu rozbolało mnie podbrzusze i dostałam okres. do dziś nie wiem, co się wtedy stało. później powiedziano mi, że powinnam była się zgłosić do szpitala. może? ale przecież to absurd w sumie bo co - mam iść do szpitala i powiedzieć że mam okres? czy tak? nie wiem, skąd te dwie kreski, test długo leżał na półce nim zebrałam się, żeby go wyrzucić... płakałam długo w nocy, samotnie czy w Jego ramię... poczucie bezsilności, beznadziei, oraz to, że jestem do niczego. nie nadaje się widocznie do zajścia w ciąże - tak myślałam. zresztą, do dziś nie wiem co myśleć. dokoła dziewczyny zachodzą w ciążę jedna po drugiej, koleżanka za koleżanką ...a ja? w czym ja jestem gorsza?
historia jakich zapewne milion... moja różni się tym, że nigdy wcześniej jej nie opowiadałam. nikt nie wie, tylko ja i On, o tamtej drugiej kresce. dlaczego? dlaczego nie powiedziałam przyjaciółce, że prawdopodobnie jestem w ciąży? przecież cieszyłaby się tak jak ja? dlaczego uznaliśmy, że lepiej nikomu nie mówić 'w razie w', w razie czego? a moje poczucie straty czegoś, kogoś kogo może w ogóle nie było? czy powinnam była zrobić drugi test, potwierdzić tą bladą kreskę?
gdybym wtedy wiedziała, że to dopiero początek...
cisza...
kolejny dzień i kolejny raz... to samo. im bardziej na coś czekasz, tym bardziej się zawiedziesz, im bardziej myślisz tym bardziej to się nie stanie. wszystko jest w twojej głowie i nie zawsze możesz to z niej wyrzucić. czasem nie możesz. wtedy problem rośnie, rośnie, rośnie ale nie chce wybuchnąć...
ale od początku. będzie o dzieciach, a raczej ich braku.
to nie jest tak, że zawsze chciałam być mamą, albo że zawsze kochałam dzieci. nie, kiedyś nawet się ich bałam. normalna dziewczyna, młoda, zdrowa, rozsądna. pigułki brałam ponad rok, później rok przerwy, i znów ponad dwa lata. kiedy postanowiłam zrobić kolejną przerwę nawet pomyślałam, że może to już czas na dziecko. w końcu tyle lat jesteśmy razem, nie robimy się coraz młodsi, a ja nie chcę być 'starą'mamą. ale na tej jednej myśli się skończyło. tabletki odstawione, za parę miesięcy miałam do nich wrócić.
kiedy rzuciłam fajki też nie robiłam tego z myślą o ciąży. to On nagle zaskoczył mnie tym pomysłem. przyszedł do niego we śnie. to już czas, jest gotowy zostać tatą. zrobiło mi się gorąco, wiedziałam, że też tego chcę. nie stosujemy żadnych kalendarzyków, termometrów, testów na owulacje, po prostu dajemy się ponosić chwili.
przynajmniej tak się wydaje.
prawda jest taka, że ja od samego początku czuję ogromną presję. najintensywniejsza myśl jaką od samego początku miałam w głowie to ta, że może nie mogę...? skąd ta myśl się u mnie wzięła, nie wiem. moja przyjaciółka L. ma pcos, nie mogli zajść w ciąże, walczyli jak oszalali, terapia hormonalna, inseminacje, nie udane próby... to moja najbliższa wiedza o ciąży, inne przyjaciółki nie dzieliły się swoimi doświadczeniami w staraniach. nie mówi się o tym, wszyscy cierpią na chroniczny brak gotówki, to byłoby nieodpowiedzialne starać się o maleństwo w takich czasach. zresztą, to prywatna sprawa, o tym się nie opowiada, bo przecież nie zapeszaj, bo będą się dopytywać, bo: a co jak się nie uda? i to dziwne przeświadczenie, że w ciąże się nie zachodzi, że one wszystkie wpadły. oprócz L., której historię znam aż nazbyt dokładnie. i choć jej mała ma już prawie dwa lata, to nadal to widmo wisi gdzieś. nade mną. od samego początku mój organizm jakby robił mi na złość. już w pierwszym miesiącu mój przychodzący jak w zegarku @ spóźnił się o trzy dni. trzy dłuuuugie dni. codziennie przeliczane, kalendarzyk zainstalowany w komórce kusił co chwila. kiedy była owu? czy się wtedy kochaliśmy? jak długo mam czekać na @? test zrobiony, negatywny. NIC, przecież pewnie nawet nie minęło paręnaście dni od kiedy On wpadł an ten pomysł, nie było to fizycznie możliwe, racjonalizm w mojej głowie bił się z emocjami. pękłam, popłakałam się później tego wieczoru, kiedy przyszła kumpela ze zdjęciem usg. 3 miesiąc.
głupia jestem, wiem, ale od tego czasu nie poznaję swojego ciała. @ zaczął się spóźniać notorycznie, nie czuję owulacji, choć przedtem doskonale wiedziałam kiedy była, wszystkie objawy przed@ mogą być ciążowe... internet, fora, stek bzdur czy prawda? dr google mami opowieściami o @ w ciąży nie zaznaję spokoju. ile ja już kupiłam testów, nie wiem... przyszła wiosna po tej długiej zimie, myślałam, że przyszła nadzieja i bocian z wiosna zapuka do naszego okna... to co się zaczęło dziać przerasta mnie, choć wiem, że dziewczyny mają większe i dłużej trwające problemy z 'zaskoczeniem'... zaczynam z perspektywy czasu myśleć, czy to wszystko nie jest w mojej głowie? czy to moja podświadomość nie przeszkadza mi spełnić tego marzenia? dlatego piszę tu, bez ładu i składu. moja terapia.
Subskrybuj:
Posty (Atom)