czwartek, 30 kwietnia 2015
reset
Gdy kilka dni temu pogoda się skiepściła, postanowiliśmy z Klopsikiem wybrać się na długo planowane zakupy. Umówiliśmy się z kumpela i jej córeczką i ruszyliśmy w miasto.
Podróż tramwajem nie była najprzyjemniejsza - niskopodłogowe nie jeżdżą,choć mają, cóż... Jakoś dotarliśmy. Dzieci nasze śpią na zmianę, więc Mała spała, a Klops obserwował. Cel - wspólny. Żakiet i buty na zbliżające się komunie oraz piżamki dla dzieci. Spędziłyśmy w galerii mnóstwo czasu, Klopsik zasnął modelowo po nakarmieniu i przewinięciu, dosłownie w pięć sekund. Przymierzyłyśmy mnóstwo żakietów i udało nam się wybrać te idealne. Gorzej z butami, niestety, będzie trzeba jeszcze poszperać. Piżamy dla Klopsika też nie kupiłam, za to wydałam kupę siana na książeczki z serii Mr Men, na każdy dzień tygodnia, pięknie wydane, no zakochałam się. O takie
Udało mi się zresetować. Niby nic. Ale humor lepszy.
Tylko teraz Klopsik ma katar... Niefajnie. Ściągam mu fridą babole jak śpi.
poniedziałek, 27 kwietnia 2015
dlaczego jestem taką suką.
Nie będę się tu użalać nad sobą. Nikt mi nic przykrego nie powiedział. Nic właściwie się nie stało. Po prostu moje myśli zawędrowały w takie miejsce i zachciało mi się rozwinąć temat.
No cóż, spójrzmy prawdzie w oczy - jestem wredna. A raczej: potrafię być. Cięte riposty cisną mi się na usta i muszę mocno przygryzać język, żeby nie wyskoczyły. Potrafię dowalić tak, że odbiorcy pójdzie w pięty. Niestety tymi odbiorcami są zazwyczaj osoby mi bliskie. Rodzina, przyjaciele, znajomi. Nie-mąż. A jedyną osobą, która wie, o co w tym wszystkim chodzi jest mój brat. Reszcie nie jestem w stanie wytłumaczyć, nawet Tacie Klopsika. No bo mogę mówić i mówić, tłumaczyć i tłumaczyć, a i tak jak przyjdzie co do czego to jest im przykro. I jestem w d...
A chodzi po prostu o to, że ja nie mówię wtedy wcale tego, co myślę. To się nazywa ironia, niestety coraz mniej osób ją potrafi wyczuć, a ci, którzy kiedyś umieli bardzo dobrze, nagle tracą tą umiejętność na rzecz 'obrazy majestatu'. Najgorsze jest to, że czasem już, już wydaje mi się, że ktoś doskonale czuje klimat i co? Dwa słowa za dużo i jest kwas. Nic nie da powiedzenie 'żart', 'to nie miało tak zabrzmieć' czy nawet 'przepraszam'. Urażona osobistość łypie nieprzychylnie, a Nie-eM jest cały zestresowany, że ktoś coś, zamiast potwierdzić, że to joke, czy coś. Z bratem natomiast mogę rzucać cięte te
teksty do woli w dwóch językach i wiem, że on to lubi. I ja też. Wychodzi na to, że tęsknię za bratem...
Ale potrafię też być prawdziwą wredną suką. Taką, która wszystko wytknie, co tylko się da, zauważy każdy najmniejszy błąd i niewybrednie skomentuje. Nie w twarz, co gorsza, ale przed Nie-eM. I później leżę w łóżku i zastanawiam się, po co? Nic mi to nie daje, tylko sącze jad. Dlaczego tak lubimy obgadywać, nawet jeśli nasze własne życie daje nam dużo wrażeń i pozostawia mało czasu na życie innych. Mimo to znajdę czas. Obgadam. Skomentuje. Wetkne szpile.
Jak byłam w lo, moim głównym problemem było to, że chciała, żeby wszyscy mnie lubili. Bardzo przeżywałam każdą porażkę w tej kwestii. Siadałam wtedy przy kawie i papierosie z moim przyjacielem i 'robiliśmy "be" na cały świat'. Tak na to mówiliśmy. I pomagało. Ale teraz nie jestem już w lo. Muszę nad sobą popracować. Inaczej stanę się zrzędą, a to nie wróży dobrze na stare lata. Tym bardziej, że uszczypliwych uwag nie szczędze Tacie Klopsika. A tak nie chce. Więc mówię to tu, żeby mieć większą motywację. Koniec z tym.
Update:
Okazuje się, że wywołałam wilka z lasu. Usłyszałam, że jestem wredna. Bo powiedziałam, że ja sobie jakoś sama radzę na to, że oczekuje ode mnie, że oczywiście, że jak Tata przewija to mama musi mu wydłubać chusteczki z paczki. Ale tu idź sama, to zrób sama, z tamtym sobie poradź sama - wciąż to słyszę. Jestem wredna, bo chcę iść zrobić coś innego. Bo proszę o coś od świąt. Bożego Narodzenia. Bo jestem zmęczona a jeszcze muszę zrobić milion rzeczy i wkurza mnie pytanie w kółko 'idziemy spać?'. No i mamy focha. I nie odzywamy się. I znów nie zrobił czegoś, o co go wczoraj poprosiłam. A jak to wytknę, bo utrudni mi to dzień, to usłysze, że się czepiam? Nie wiem. I give up.
No cóż, spójrzmy prawdzie w oczy - jestem wredna. A raczej: potrafię być. Cięte riposty cisną mi się na usta i muszę mocno przygryzać język, żeby nie wyskoczyły. Potrafię dowalić tak, że odbiorcy pójdzie w pięty. Niestety tymi odbiorcami są zazwyczaj osoby mi bliskie. Rodzina, przyjaciele, znajomi. Nie-mąż. A jedyną osobą, która wie, o co w tym wszystkim chodzi jest mój brat. Reszcie nie jestem w stanie wytłumaczyć, nawet Tacie Klopsika. No bo mogę mówić i mówić, tłumaczyć i tłumaczyć, a i tak jak przyjdzie co do czego to jest im przykro. I jestem w d...
A chodzi po prostu o to, że ja nie mówię wtedy wcale tego, co myślę. To się nazywa ironia, niestety coraz mniej osób ją potrafi wyczuć, a ci, którzy kiedyś umieli bardzo dobrze, nagle tracą tą umiejętność na rzecz 'obrazy majestatu'. Najgorsze jest to, że czasem już, już wydaje mi się, że ktoś doskonale czuje klimat i co? Dwa słowa za dużo i jest kwas. Nic nie da powiedzenie 'żart', 'to nie miało tak zabrzmieć' czy nawet 'przepraszam'. Urażona osobistość łypie nieprzychylnie, a Nie-eM jest cały zestresowany, że ktoś coś, zamiast potwierdzić, że to joke, czy coś. Z bratem natomiast mogę rzucać cięte te
teksty do woli w dwóch językach i wiem, że on to lubi. I ja też. Wychodzi na to, że tęsknię za bratem...
Ale potrafię też być prawdziwą wredną suką. Taką, która wszystko wytknie, co tylko się da, zauważy każdy najmniejszy błąd i niewybrednie skomentuje. Nie w twarz, co gorsza, ale przed Nie-eM. I później leżę w łóżku i zastanawiam się, po co? Nic mi to nie daje, tylko sącze jad. Dlaczego tak lubimy obgadywać, nawet jeśli nasze własne życie daje nam dużo wrażeń i pozostawia mało czasu na życie innych. Mimo to znajdę czas. Obgadam. Skomentuje. Wetkne szpile.
Jak byłam w lo, moim głównym problemem było to, że chciała, żeby wszyscy mnie lubili. Bardzo przeżywałam każdą porażkę w tej kwestii. Siadałam wtedy przy kawie i papierosie z moim przyjacielem i 'robiliśmy "be" na cały świat'. Tak na to mówiliśmy. I pomagało. Ale teraz nie jestem już w lo. Muszę nad sobą popracować. Inaczej stanę się zrzędą, a to nie wróży dobrze na stare lata. Tym bardziej, że uszczypliwych uwag nie szczędze Tacie Klopsika. A tak nie chce. Więc mówię to tu, żeby mieć większą motywację. Koniec z tym.
Update:
Okazuje się, że wywołałam wilka z lasu. Usłyszałam, że jestem wredna. Bo powiedziałam, że ja sobie jakoś sama radzę na to, że oczekuje ode mnie, że oczywiście, że jak Tata przewija to mama musi mu wydłubać chusteczki z paczki. Ale tu idź sama, to zrób sama, z tamtym sobie poradź sama - wciąż to słyszę. Jestem wredna, bo chcę iść zrobić coś innego. Bo proszę o coś od świąt. Bożego Narodzenia. Bo jestem zmęczona a jeszcze muszę zrobić milion rzeczy i wkurza mnie pytanie w kółko 'idziemy spać?'. No i mamy focha. I nie odzywamy się. I znów nie zrobił czegoś, o co go wczoraj poprosiłam. A jak to wytknę, bo utrudni mi to dzień, to usłysze, że się czepiam? Nie wiem. I give up.
sobota, 25 kwietnia 2015
co tam, panie
Ten czas tak szybko leci i tak mało go zostaje, że znów kolejny miesiąc do nadgonienia i nie wiem, czy dam radę za jednym zamachem, a raczej wiem, że nie dam.
Za nami święta, imprezy rodzinne, przemiła spotkanie z cudownymi czarownicami, działkowe wypady Klopsika, wzloty, upadki... Od czego zacząć?
Wszystkiego opisać nie zdołam, zacznę, oczywiście no bo jak by inaczej, od Klopsa.
A on rośnie, jak na drożdżach! Nie ogarniam ile waży, bo ostatnio 7600 było w lutym, więc to bardzo nieaktualne ważenie. A w domu wagi brak. Anyway, jest ciężki i chyba jemu też ciężko przerzucać girki na różne strony. Ale siedzi solidnie i uparcie kombinuje jak tu się przemieścić. Idzie mu nieźle, choć do raczkowania trochę brakuje - może to i dobrze, bo zasięg ma ograniczony to i łatwiej go upilnować.
Drzemki ma bardzo. Potrafi drzemnac od 7 do 10 po pobudce przed 6 (ostatnio nawet na brzuszku), potrafi też obudzić się i 5:45 i do wieczora zaliczyć tylko dwie 20-minutówki... Na szczęście nie odbija się to jakoś tragicznie na jego samopoczuciu.
...przerwa techniczna... Z przedpołudnia zrobiła się noc...
Co jeszcze? Spisać, nie zapomnieć, nie stracić... Ach tak, jeśli chodzi o gadulstwo, to przeważają samogłoski, nowością jest 'bu', w związku z czym mówię na niego 'Bubu' (bosz, jaka ja wyszukana).
Nie muszę już mielić jedzenia na
kompletną ciapaję, ogarnia coraz to większe grudki, ładuje łapki do miseczki, ale nie ogarnia żeby je wpakować do ust. Chyba, że mu włożę do nich coś większego (chrupa, chleb, pyrka, itp) albo chwyci łyżeczkę.
Co mnie bardzo cieszy, to to, że potrafi się sam bawić. Nie muszę zawsze mu podtykać zabawek pod nos i tańczyć i śpiewać (choć i tak bywa, hehe). Ale to nie znaczy, że nie zmagamy się z lękiem separacyjnym. Klopsik już nie czeka w pokoju gdy mama jest w toalecie. Siedzi w przedpokoju (tam jest wykładzina na drewnie, nie to, co płytki w łazience) i obserwuje. Cóż, taki los. Karmienia około - północy okraszone są tuleniem się do mamy w pionie, kilka razy zasnął leżąc na mnie, bo już nie dałam rady siedzieć. Raz spał ze mną w wyniku takiego usypiania. Well...
Z dzidziusia robi mi się chłopiec, to piękne i strasznie smutne zarazem. I codziennie przepełnia mnie taka miłość do tego małego człowieczka, że aż zapiera dech.
I dlatego dziś będzie tylko o nim. Bo o sobie mam mniej optymistyczne przemyślenia. Ale o tym później.
Za nami święta, imprezy rodzinne, przemiła spotkanie z cudownymi czarownicami, działkowe wypady Klopsika, wzloty, upadki... Od czego zacząć?
Wszystkiego opisać nie zdołam, zacznę, oczywiście no bo jak by inaczej, od Klopsa.
A on rośnie, jak na drożdżach! Nie ogarniam ile waży, bo ostatnio 7600 było w lutym, więc to bardzo nieaktualne ważenie. A w domu wagi brak. Anyway, jest ciężki i chyba jemu też ciężko przerzucać girki na różne strony. Ale siedzi solidnie i uparcie kombinuje jak tu się przemieścić. Idzie mu nieźle, choć do raczkowania trochę brakuje - może to i dobrze, bo zasięg ma ograniczony to i łatwiej go upilnować.
Drzemki ma bardzo. Potrafi drzemnac od 7 do 10 po pobudce przed 6 (ostatnio nawet na brzuszku), potrafi też obudzić się i 5:45 i do wieczora zaliczyć tylko dwie 20-minutówki... Na szczęście nie odbija się to jakoś tragicznie na jego samopoczuciu.
...przerwa techniczna... Z przedpołudnia zrobiła się noc...
Co jeszcze? Spisać, nie zapomnieć, nie stracić... Ach tak, jeśli chodzi o gadulstwo, to przeważają samogłoski, nowością jest 'bu', w związku z czym mówię na niego 'Bubu' (bosz, jaka ja wyszukana).
Nie muszę już mielić jedzenia na
kompletną ciapaję, ogarnia coraz to większe grudki, ładuje łapki do miseczki, ale nie ogarnia żeby je wpakować do ust. Chyba, że mu włożę do nich coś większego (chrupa, chleb, pyrka, itp) albo chwyci łyżeczkę.
Co mnie bardzo cieszy, to to, że potrafi się sam bawić. Nie muszę zawsze mu podtykać zabawek pod nos i tańczyć i śpiewać (choć i tak bywa, hehe). Ale to nie znaczy, że nie zmagamy się z lękiem separacyjnym. Klopsik już nie czeka w pokoju gdy mama jest w toalecie. Siedzi w przedpokoju (tam jest wykładzina na drewnie, nie to, co płytki w łazience) i obserwuje. Cóż, taki los. Karmienia około - północy okraszone są tuleniem się do mamy w pionie, kilka razy zasnął leżąc na mnie, bo już nie dałam rady siedzieć. Raz spał ze mną w wyniku takiego usypiania. Well...
Z dzidziusia robi mi się chłopiec, to piękne i strasznie smutne zarazem. I codziennie przepełnia mnie taka miłość do tego małego człowieczka, że aż zapiera dech.
I dlatego dziś będzie tylko o nim. Bo o sobie mam mniej optymistyczne przemyślenia. Ale o tym później.
czwartek, 2 kwietnia 2015
Biszkopty Kopsika
Nie są to biszkopty bezglutenowe, bezcukrowe ani bezjajeczne. Nie piekę ich z mąki bio czy cukru eko. Są za to domowe i nie zawierają witaminy E. A oto przepis:
2 białka
4 żółtka
3 łyżki cukru
3 łyżki mąki pszennej
3 łyżki mąki ziemniaczanej
Białka ubijamy na sztywno (najlepiej w szklanej lub metalowej misce), dodajemy cukier po łyżce, ubijając aż się rozpuści. Dodajemy żółtka - po jednym ubijamy. Dodajemy przesianą mąkę, ja daje po łyżce i bardzo delikatnie mieszam.
Nakładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Kształt dowolny, rozmiar w sumie też, ja po prostu robię kleksy. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 175 stopni. Ja włączam termoobieg, ale chyba nie trzeba. Piec około 10-15 minut, aż zrobią się ładne i rumiane.
Jeśli całe ciasto nie zmieści się na blaszce, to albo wstawiamy dwie na raz do piekarnika, albo (jeśli tak jak ja nie mamy drugiej blachy) wstawiamy resztę ciasta do lodówki, żeby się siadło czekając na swoją kolej.
Tyle. Nam smakują bardzo. Trzymamy w pudełku takim plastikowym. Są dobre około tygodnia.
Przepis znalazłam w komentarzach tu.
Smacznego!!!
2 białka
4 żółtka
3 łyżki cukru
3 łyżki mąki pszennej
3 łyżki mąki ziemniaczanej
Białka ubijamy na sztywno (najlepiej w szklanej lub metalowej misce), dodajemy cukier po łyżce, ubijając aż się rozpuści. Dodajemy żółtka - po jednym ubijamy. Dodajemy przesianą mąkę, ja daje po łyżce i bardzo delikatnie mieszam.
Nakładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Kształt dowolny, rozmiar w sumie też, ja po prostu robię kleksy. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 175 stopni. Ja włączam termoobieg, ale chyba nie trzeba. Piec około 10-15 minut, aż zrobią się ładne i rumiane.
Tyle. Nam smakują bardzo. Trzymamy w pudełku takim plastikowym. Są dobre około tygodnia.
Przepis znalazłam w komentarzach tu.
Smacznego!!!
Tyle ich wychodzi :-)
sobota, 21 marca 2015
scraps
Myśli i pomysły plączą się po mojej głowie, czas zebrać to do kupy, bo boję się, że uciekną
TRIGGER
Czyli coś, co sprawiło że się ruszyło. Tak mi się przynajmniej wydaje. Tym czymś jest basen. Chodzimy sobie na zajęcia raz w tygodniu i byliśmy na razie raptem dwa razy, z czego jeden nieco popsuty bólem dziąseł, ale... Już po pierwszym razie zdaje mi się, że Klopsik jakoś bardziej się kręci po podłodze. Kula się to w prawo, to w lewo, tylko wrócić z brzucha na plecki nie lubi. Próbuje za to pełzać. Zmiana jest wyraźna.
ECLIPSE
To o mnie. Nie wiem, czy to jakaś burza hormonów, czy opóźniony baby blues? Po 7 miesiącach - może? W końcu Klopsik nie daje w kość jak przeciętny bobas, noce przespane od początku (może raz w miesiącu zdarza mu się jakaś nocna impreza), nie płacze o byle co, rzadko marudzi, więc moja cierpliwość nie jest nie wiem jak wystawiana na próbę.
A jednak kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że mnie zaćmiło. Przestałam gadać do niego tyle, co wcześniej, nie opowiadałam co robimy, co będziemy robić. Odkładałam na bujaczek tak o - jakby nie mógł pobawić się na dywanie, najlepiej z odrobiną choć mojej interakcji. Działałam jak maszynka. Jakiś marazm mnie ogarnął, jakaś niezdrowa rutyna? Na całe szczęście zauważyłam, że coś jest nie tak. Że Klopsik jakby mniej pewny siebie, bardziej smęci, i to nie lęk separacyjny. Staramy się wrócić do stanu sprzed zaćmienia.
TORN
To znowu o mnie. No bo jak inaczej nazwać to, że cieszę się z lekcji, którą czasem poprowadzę, z tłumaczenia, które czasem wpadnie, a z drugiej strony przeraża mnie myśl o tym, że na jesieni trzeba będzie iść i pracować? Jak inaczej nazwać to, że czuje potrzebę wyjścia bez dziecka - już, teraz, natychmiast. - a jednocześnie gdy wyjdę sama do biedry -po raz pierwszy od hohoho - myślę tylko czy dają sobie z Tatą radę? Że jestem zła na Tatę Klopsika, że za mało mi pomaga, jednocześnie nie mogąc się pozbyć postawy 'chcesz, żeby coś było zrobione dobrze - zrób to sama!'?
Czuję się rozdarta i nie mam pojęcia, w którą stronę pójść... Czy w ogóle mam jakiś wybór?
LUCKY NO. SEVEN
To już o Klopsiku. Siedem miesięcy skończone. Tak jakby nagle urósł... Przenieśliśmy się do spacerówki, zaraz wyrośnie z fotelika samochodowego... Jak się go posadzi to siedzi wyprostowany i prawie się nie obala. Umie przejść płynnie z siedzenia do leżenia na brzuszku. Nie pełza jeszcze, motoryka duża rozwija się pomalutku. Ale motoryka mała! Mamusia jest bardzo dumna, że Klopsik sam pije z butelki, potrafi na siedząco opróżnić ją do dna bez niczyjej pomocy. Pije sam z niekapka 360', łyżeczką trafia do buzi, zjada biszkopta (upieczonego przeze mnie!) czy chrupki. Ząbków nadal brak - a dziąsła swędzą. Obraca piłeczkę w dwóch paluszkach i przekłada z ręki do ręki. I kocha książki. Co rano sprawdza, co słychać u Puchatka
TRIGGER
Czyli coś, co sprawiło że się ruszyło. Tak mi się przynajmniej wydaje. Tym czymś jest basen. Chodzimy sobie na zajęcia raz w tygodniu i byliśmy na razie raptem dwa razy, z czego jeden nieco popsuty bólem dziąseł, ale... Już po pierwszym razie zdaje mi się, że Klopsik jakoś bardziej się kręci po podłodze. Kula się to w prawo, to w lewo, tylko wrócić z brzucha na plecki nie lubi. Próbuje za to pełzać. Zmiana jest wyraźna.
ECLIPSE
To o mnie. Nie wiem, czy to jakaś burza hormonów, czy opóźniony baby blues? Po 7 miesiącach - może? W końcu Klopsik nie daje w kość jak przeciętny bobas, noce przespane od początku (może raz w miesiącu zdarza mu się jakaś nocna impreza), nie płacze o byle co, rzadko marudzi, więc moja cierpliwość nie jest nie wiem jak wystawiana na próbę.
A jednak kilka dni temu zdałam sobie sprawę, że mnie zaćmiło. Przestałam gadać do niego tyle, co wcześniej, nie opowiadałam co robimy, co będziemy robić. Odkładałam na bujaczek tak o - jakby nie mógł pobawić się na dywanie, najlepiej z odrobiną choć mojej interakcji. Działałam jak maszynka. Jakiś marazm mnie ogarnął, jakaś niezdrowa rutyna? Na całe szczęście zauważyłam, że coś jest nie tak. Że Klopsik jakby mniej pewny siebie, bardziej smęci, i to nie lęk separacyjny. Staramy się wrócić do stanu sprzed zaćmienia.
TORN
To znowu o mnie. No bo jak inaczej nazwać to, że cieszę się z lekcji, którą czasem poprowadzę, z tłumaczenia, które czasem wpadnie, a z drugiej strony przeraża mnie myśl o tym, że na jesieni trzeba będzie iść i pracować? Jak inaczej nazwać to, że czuje potrzebę wyjścia bez dziecka - już, teraz, natychmiast. - a jednocześnie gdy wyjdę sama do biedry -po raz pierwszy od hohoho - myślę tylko czy dają sobie z Tatą radę? Że jestem zła na Tatę Klopsika, że za mało mi pomaga, jednocześnie nie mogąc się pozbyć postawy 'chcesz, żeby coś było zrobione dobrze - zrób to sama!'?
Czuję się rozdarta i nie mam pojęcia, w którą stronę pójść... Czy w ogóle mam jakiś wybór?
LUCKY NO. SEVEN
To już o Klopsiku. Siedem miesięcy skończone. Tak jakby nagle urósł... Przenieśliśmy się do spacerówki, zaraz wyrośnie z fotelika samochodowego... Jak się go posadzi to siedzi wyprostowany i prawie się nie obala. Umie przejść płynnie z siedzenia do leżenia na brzuszku. Nie pełza jeszcze, motoryka duża rozwija się pomalutku. Ale motoryka mała! Mamusia jest bardzo dumna, że Klopsik sam pije z butelki, potrafi na siedząco opróżnić ją do dna bez niczyjej pomocy. Pije sam z niekapka 360', łyżeczką trafia do buzi, zjada biszkopta (upieczonego przeze mnie!) czy chrupki. Ząbków nadal brak - a dziąsła swędzą. Obraca piłeczkę w dwóch paluszkach i przekłada z ręki do ręki. I kocha książki. Co rano sprawdza, co słychać u Puchatka
I na zakończenie pytanie - dlaczego na koniec imprezy u Hefalumpa, gdy wraca mama, goście pakują się do pudełka?
piątek, 13 marca 2015
system error
Są takie dni, kiedy nic nie idzie jak trzeba. Kiedy drobne rzeczy wprowadzają mnie z równowagi. Nie, wróć. Doprowadzają mnie do szału. Takiego na prawdę nie do opanowania.
Ale może od początku. W te dni wszystko zaczyna się niby normalnie. Klopsik budzi się może trochę wcześniej niż zwykle. Wszystko niby dzieje się według stałego planu. Cyc, pielucha, wspólne leżenie w oczekiwaniu na dwójkę, pielucha i czas na drzemke, bo toż to blady świt dla nas. I wtedy do akcji wkracza faktor x. Faktor x, czyli tata postanawiający zmienić swój rytm dnia. Jest fajnie, leżymy sobie razem, próbujemy zasnąć. Znaczy Klopsik próbuje, bo tata dawno śpi a mama tylko czeka. I w takie dni tata, nieświadomie, robi wszystko, żeby Klopsik czasem nie usnął. A to kaszlnie, a to szturchnie, a to chrapnie, a to jeszcze inne niewiadomo co. Po półtorej godziny, podczas której Klopsik się zdąży rozbudzić na fest, a mnie rozboli głowa, tata wstaje cały w skowronkach i nawet nie zapyta, czy zrobić kawę, zrobi tylko sobie, bo 'przecież chciałaś spać'. Taaa, czas przeszły. Więc wstaje i marudze - bo co innego mi pozostaje? łeb nachrzania, dzieć nie wyspany, perspektywa cudownego przedpołudnia. 'ty jesteś zła bo chciałaś spać do 10'. Litości! ' Śpisz sobie, pomalujesz się i idziesz na spacer. Wracasz i zaraz ja jestem w domu.' No ja pieprze. Jak na tym obrazku...
Co tu się stało?
codziennie pytasz się co ja takiego robię przez cały dzień, no to właśnie dzisiaj nic nie zrobiłam.
I awantura gotowa. Rzucanie słowami, trzaskanie drzwiami.
A Klopsik nie śpi, a czas mija. Jest zmęczony i marudny, więc nie wiele mogę zrobić. Ręce mi mdleją od noszenia tego nomen omen klopsa a trzeba ogarnąć siebie, kuchnie, śniadania, coś sprzątnąć i iść na spacer.
Jestem w takie dni wściekła. I nic mi nie idzie. I złoszcze się na niewinnego Klopsika. I nie lubię siebie no nie lubię.
No nie lubię.
Ale może od początku. W te dni wszystko zaczyna się niby normalnie. Klopsik budzi się może trochę wcześniej niż zwykle. Wszystko niby dzieje się według stałego planu. Cyc, pielucha, wspólne leżenie w oczekiwaniu na dwójkę, pielucha i czas na drzemke, bo toż to blady świt dla nas. I wtedy do akcji wkracza faktor x. Faktor x, czyli tata postanawiający zmienić swój rytm dnia. Jest fajnie, leżymy sobie razem, próbujemy zasnąć. Znaczy Klopsik próbuje, bo tata dawno śpi a mama tylko czeka. I w takie dni tata, nieświadomie, robi wszystko, żeby Klopsik czasem nie usnął. A to kaszlnie, a to szturchnie, a to chrapnie, a to jeszcze inne niewiadomo co. Po półtorej godziny, podczas której Klopsik się zdąży rozbudzić na fest, a mnie rozboli głowa, tata wstaje cały w skowronkach i nawet nie zapyta, czy zrobić kawę, zrobi tylko sobie, bo 'przecież chciałaś spać'. Taaa, czas przeszły. Więc wstaje i marudze - bo co innego mi pozostaje? łeb nachrzania, dzieć nie wyspany, perspektywa cudownego przedpołudnia. 'ty jesteś zła bo chciałaś spać do 10'. Litości! ' Śpisz sobie, pomalujesz się i idziesz na spacer. Wracasz i zaraz ja jestem w domu.' No ja pieprze. Jak na tym obrazku...
Co tu się stało?
codziennie pytasz się co ja takiego robię przez cały dzień, no to właśnie dzisiaj nic nie zrobiłam.
I awantura gotowa. Rzucanie słowami, trzaskanie drzwiami.
A Klopsik nie śpi, a czas mija. Jest zmęczony i marudny, więc nie wiele mogę zrobić. Ręce mi mdleją od noszenia tego nomen omen klopsa a trzeba ogarnąć siebie, kuchnie, śniadania, coś sprzątnąć i iść na spacer.
Jestem w takie dni wściekła. I nic mi nie idzie. I złoszcze się na niewinnego Klopsika. I nie lubię siebie no nie lubię.
No nie lubię.
piątek, 6 marca 2015
back 2 work
... Za dużo powiedziane. No bo czy powrotem do pracy mogę nazwać jeden wieczór z przyjaciółką w tygodniu, podczas którego z Klopsikiem na kolanach / kanapie / macie próbuje wydobyć z niej i usystematyzować wiedzę, którą kiedyś kiedyś nabyła? Chyba nie...
Cóż, ale wszystko dokoła tych zajęć wygląda jak normalnie kiedy chodziłam do pracy. Zajęcia trzeba przygotować jak zawsze. Powiedzmy, że to by nie zapomnieć jak to było. Lubię to robić :-)
Tymczasem Klopsik rośnie. Trzyma sobie butelkę z herbatką i pije, przewraca się na boczki i siedzi prawie stabilnie (jak się go posadzi, oczywiście). Ma coraz mocniejszy uchwyt i szczypie mnie po cyckach... Poza tym jest nadal aniolkiem, pogodny i radosny, rzadko marudzi. Czekamy na cieplejsze dni, żeby przesiąść się do spacerówki, bo już ledwo się wciskamy w gondole, na środę zapisałam nas na basen. Jestem bardzo ciekawa, jak będzie. Ząbki jeszcze nie wyszły, choć idą, idąąąą.
No i zmiana czasu. Klopsik przekonał mnie, że jednak jest naturalna. Od kilku dni budzi się wcześniej i już godzinę wcześniej chce spać. I śpi, jak na razie.
Cóż, ale wszystko dokoła tych zajęć wygląda jak normalnie kiedy chodziłam do pracy. Zajęcia trzeba przygotować jak zawsze. Powiedzmy, że to by nie zapomnieć jak to było. Lubię to robić :-)
Tymczasem Klopsik rośnie. Trzyma sobie butelkę z herbatką i pije, przewraca się na boczki i siedzi prawie stabilnie (jak się go posadzi, oczywiście). Ma coraz mocniejszy uchwyt i szczypie mnie po cyckach... Poza tym jest nadal aniolkiem, pogodny i radosny, rzadko marudzi. Czekamy na cieplejsze dni, żeby przesiąść się do spacerówki, bo już ledwo się wciskamy w gondole, na środę zapisałam nas na basen. Jestem bardzo ciekawa, jak będzie. Ząbki jeszcze nie wyszły, choć idą, idąąąą.
No i zmiana czasu. Klopsik przekonał mnie, że jednak jest naturalna. Od kilku dni budzi się wcześniej i już godzinę wcześniej chce spać. I śpi, jak na razie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



