W końcu doczekaliśmy się wiosny. Można więcej posiedzieć na dworze i pogrzać sie na słońcu. A życie płynie sobie jakby w międzyczasie. I czasem przynosi nowe, czasem przypomina mi, że to stare też jest apoko.
To będzie kolejny post z serii co u nas.
Po pierwsze primo Klops dostał się do przedszkola! Do tego wybranego, naj naj naj i w ogóle cud. Nie było to takie oczywiste, jako że dzięki 'dobrej' zmianie miejsc w przedszkolach w wielkim mieście mało - malutko. O reformie edukacji mogłabym gadać długo, powiem tylko że mam problem nie z samą reformą, co ze sposobem jej przeprowadzania. Jakby kogoś ścigali. Nie ważne, udało się. Od września start. Trochę się boję, bardzo się cieszę. To bedzie dla nas duuuuuza zmiana.
Jest jednak problem poniekąd z przedszolem zwiazany. Mianowicie temat nieszczęsnego nr2. O tyle o ile Klops woła siku (czesto w ostatniej chwili), o tyle kupę owszem, woła, ale za nic nie zrobi na nocnik/kibelek/nakładkę /w krzaki. Nie, on 'kocha' swoją pieluszke - jak sam mówi. I nic nie skutkuje, prośby, przekupstwa, perswazja, bajki, piosenki. Nic. Pomocy! Czy będę czekać do 18stki żeby był gotów?
Poza tym jest nieznośny. Ubrać takiego to wyzwanie. Popycha siostrę (aż zaczęła go gryźć! ), ryczy o WSZYSTKO, jeczy, wyrywa się. Oczywiście nie zawsze! Ale wystarczy, że np. obudzi się 30min wcześniej. W jednym momencie kochany tulasek, w następnej mały furiat.
No, to ponarzekalam na syna. Rośnie mi ten chłopiec. Ale dziewczynka nie pozostaje w tyle. Gada! 'Tam pi (ł)ka" "bu (ł)ka" "daj" (a raczej dAAAAJ!) "Tata" "babuba" (babunia) "pacz" "papa" "je (sz)ce". Tylko "mama" niechętnie ;-) załatwia to sobie inaczej ;-).
Tyle z rozwoju dzieci. A co sie u nas dzieje? Majówkę spedzilismy w Karpaczu. Byłam tam po raz pierwszy w życiu. Pięknie. Pierwszy raz wzięliśmy apartament zamiast domku i to była mega dobra decyzja. Dużo miejsca, widok na Śnieżkę. Cudo. Wędrówki zaliczalismy z Młodą w nosidle - nie wyobrażam sobieiec tylko parasolke. Byliśmy pod Śnieżką przy dzikim wodospadzie, w Jańskich Łaźniach skąd wyjechaliśmy kolejką na Czarną Górę po Czeskiej stronie, zobaczyliśmy świątynię Wang. No i sam Karpacz oczywiście. Wszyscy byliśmy zachwyceni. Tylko jedzenie było ciężkim tematem i postanowiliśmy, że następnym razem będziemy gotować - chociaż czesciowo. Bo dzieciaki nie za bardzo chciały jeść (no dobra - Klops nie chciał jeść ).
Staramy sie byc aktywni. Rower na stale gosci na spacerach. Byliśmy na festiwalu kolorów. Taz w tygodniu basen - super zabawa choć te moje cwaniaczki zawsze chcą po swojemu. Klops nie chce nurkować, Młoda domaga się zabawek choc ciocie instruktorki akurat mają inny plan. Młoda - ta dopiero jest aktywna - jezdzi na jezdziku, testuje hulajnoge i wchodzi na krzesła, a dziś nawet wlazla na stół!
Pracę ledwo zaczęłam, a od połowy czerwca wakacje! Plany jakies tam są - ale glownie to będziemy zwiedzać okolice. Jedno co wiemy, to że Klops na urodziny dostanie malego b-twina. Na biegowce smiga jak stary kolarz! Tyle mamy letnich planów ;-)
Ostatnio rzadko piszę nie tylko dlatego, że wróciłam do pracy, czy tez dlatego, że czasu brak przy dzieciach. Skąd. Głównie dlatego, że ciągle coś szyję. Mam wielki karton materiałów i ciągle coś tworzę. Klops pyta 'mamo uszyjesz mi? Mamo a to uszylas?'. To bardzo budujące. :-) mialam co prawda prowadzic w zwiazku z tym drugi blog ale jakos szkoda mi czasu i ograniczam się do wrzucania zdjęć na instagram.
Znowu wyszedł tasiemiec więc kończę na dziś. Trzeba się czasem wyspać :-*
W nagrodę dla wytrwałych majowa Wiercipietka w parku i majowy Klops w górach.
poniedziałek, 22 maja 2017
środa, 10 maja 2017
Czasu za mało
Ten post wisi ponad miesiac i na prawde nie wiem dlaczego dopiero dzis go publikije 😂 zyjemy jakby co i zagladam do Was regularnie ale czas zamiast na pisanie dziele miedzy prace i szycie. I dom oczywiscie ;-) no to prosze:
... (czasu za malo) ....Żeby wszystko porzadnie opisać. To znaczy troszkę go mam - ale głupio pisać blog gdy dziciaki piszą sprawdzian. Co innego ręcznie. Dlatego podsumowanie umiejetnosci rocznej Wiercipiętki w takiej wersji. Mam nadzieję, że sie doczytacie?
... (czasu za malo) ....Żeby wszystko porzadnie opisać. To znaczy troszkę go mam - ale głupio pisać blog gdy dziciaki piszą sprawdzian. Co innego ręcznie. Dlatego podsumowanie umiejetnosci rocznej Wiercipiętki w takiej wersji. Mam nadzieję, że sie doczytacie?
Wiercipiętka bardzo dziękuje za wszystkie życzenia!
czwartek, 16 marca 2017
sobota, 11 marca 2017
piątek, 24 lutego 2017
Pomału do przodu
Na szybko wieści z frontu.
Praca super. Od razu wciągnął mnie ten nurt. Jakbym nigdy nie miała przerwy. Niesamowite wręcz. I boleśnie miłe pobyć trochę z dziewczynami w moim wieku z którymi mam milion tematów i podobne poczucie humoru.
Gratis do powrotu do pracy mieliśmy jakiegoś wirusa. Zaczął Klops w sobotę, w poniedziałek lekarz i Zosia też trafiona. Diagnoza - przeziębienie. Siedzieć w domu. We wtorek byłam w pracy cała w nerwch jak sobie poradza z tymi smarkami. W środę trafiło mnie, a w piatek tatuśka. I mijają jutro dwa tygodnie tej choroby a nas dopiero puszcza...
A niemąż? Cóż, po karczemnej awanturze o braku wsparcia i egoizmie nie odzywa się już na temat mojej pracy - dobre i to. Dobrze mu sie ogarnia dzieci, bo wszystko ma zrobione. Wczoraj nie zostawiłam pizamek i jak wróciłam o 20 zobaczyłam imprezę na całego. .. myślałam, że mnie trafi. Ale sie nie odzywam. Czuję się jak jakiś strateg, muszę metodą prób i błędów zostawiać rzeczy do zrobienia, bo jak powiem 'zrób 'to będzie święte oburzenie no jak to przecież on sie dziecmi zajmuje! a tak to nie będzie miał wyboru. Obiady już robimy od zawsze na dwa dni, zresztą na rękę mi jest żeby był gotowy, bo biorę porcję ze sobą.
Jakby mało było atrakcji, w niedzielę Klops zaczął narzekać, że go uszko boli. No szlag, zapalenie ucha jak nic! Podalam mu ibuprofen i modlilam sie żeby przeszło. A już od jakiegoś czasu był mega maruda, placzek i nie chetny na jedzenie. I co sie okazuje? Piąteczki! 'tylko' na szczęście bo już miałam szpital przed oczyma..
Młoda zaczęła robić testowy krok. Jeden i bach! i śpiewa i tańczy i straszy nas i robi a kuku. i wydłubuje nam oczy... hmm... przybija nam piatki i robi iskierki, pakuje klocki do pudełka i rzuca też nimi w dal. potrafi się wsciekac, rzucaćna podłogę nawet! ale najbardziej znaczaca różnica miedzy moja dwójka to pobudki - Klops zawsze wył z rana - o cyca, o kakao, zawsze. ona nie. budzi sie uśmiechnięta i cała w skowronkach!
Klops przez chorobę naogladal sie bajek za wsze czasy. trzaska filmiki na Youtube super simple songs i niektóre zna już calkiem nieźle. Podczas mycia rąk wczoraj wieczorem powiedział 'mamo, ja myję te rączki i arms arms arms' szorujac je do łokci niczym chirurg przed operacją :-)
Muszę mu skrócić i przesunąć drzemki, bo ostatnio usypianie go to jakas masakra. wychodzę z sypialni po 22! marzy mi się, żeby zasypiał sam, ale nad tym popracuje latem, jak wieczorem będzie jasno. myślę, że łatwiej mu będzie mnie puścić, tym bardziej, że na drzemki zasypia sam.
tymczasem za oknem raczej zima, a u mnie na paznokciach wiosna :-) nie moge się doczekać długich spacerów i krótkich rękawów :-) a jutro idziemy do bratowej na roczek młodego! ale tasiemiec mi wyszedl... miłego weekendu!
Praca super. Od razu wciągnął mnie ten nurt. Jakbym nigdy nie miała przerwy. Niesamowite wręcz. I boleśnie miłe pobyć trochę z dziewczynami w moim wieku z którymi mam milion tematów i podobne poczucie humoru.
Gratis do powrotu do pracy mieliśmy jakiegoś wirusa. Zaczął Klops w sobotę, w poniedziałek lekarz i Zosia też trafiona. Diagnoza - przeziębienie. Siedzieć w domu. We wtorek byłam w pracy cała w nerwch jak sobie poradza z tymi smarkami. W środę trafiło mnie, a w piatek tatuśka. I mijają jutro dwa tygodnie tej choroby a nas dopiero puszcza...
A niemąż? Cóż, po karczemnej awanturze o braku wsparcia i egoizmie nie odzywa się już na temat mojej pracy - dobre i to. Dobrze mu sie ogarnia dzieci, bo wszystko ma zrobione. Wczoraj nie zostawiłam pizamek i jak wróciłam o 20 zobaczyłam imprezę na całego. .. myślałam, że mnie trafi. Ale sie nie odzywam. Czuję się jak jakiś strateg, muszę metodą prób i błędów zostawiać rzeczy do zrobienia, bo jak powiem 'zrób 'to będzie święte oburzenie no jak to przecież on sie dziecmi zajmuje! a tak to nie będzie miał wyboru. Obiady już robimy od zawsze na dwa dni, zresztą na rękę mi jest żeby był gotowy, bo biorę porcję ze sobą.
Jakby mało było atrakcji, w niedzielę Klops zaczął narzekać, że go uszko boli. No szlag, zapalenie ucha jak nic! Podalam mu ibuprofen i modlilam sie żeby przeszło. A już od jakiegoś czasu był mega maruda, placzek i nie chetny na jedzenie. I co sie okazuje? Piąteczki! 'tylko' na szczęście bo już miałam szpital przed oczyma..
Młoda zaczęła robić testowy krok. Jeden i bach! i śpiewa i tańczy i straszy nas i robi a kuku. i wydłubuje nam oczy... hmm... przybija nam piatki i robi iskierki, pakuje klocki do pudełka i rzuca też nimi w dal. potrafi się wsciekac, rzucaćna podłogę nawet! ale najbardziej znaczaca różnica miedzy moja dwójka to pobudki - Klops zawsze wył z rana - o cyca, o kakao, zawsze. ona nie. budzi sie uśmiechnięta i cała w skowronkach!
Klops przez chorobę naogladal sie bajek za wsze czasy. trzaska filmiki na Youtube super simple songs i niektóre zna już calkiem nieźle. Podczas mycia rąk wczoraj wieczorem powiedział 'mamo, ja myję te rączki i arms arms arms' szorujac je do łokci niczym chirurg przed operacją :-)
Muszę mu skrócić i przesunąć drzemki, bo ostatnio usypianie go to jakas masakra. wychodzę z sypialni po 22! marzy mi się, żeby zasypiał sam, ale nad tym popracuje latem, jak wieczorem będzie jasno. myślę, że łatwiej mu będzie mnie puścić, tym bardziej, że na drzemki zasypia sam.
tymczasem za oknem raczej zima, a u mnie na paznokciach wiosna :-) nie moge się doczekać długich spacerów i krótkich rękawów :-) a jutro idziemy do bratowej na roczek młodego! ale tasiemiec mi wyszedl... miłego weekendu!
piątek, 10 lutego 2017
Z placu boju
Ferie się kończą, mama już prawie gotowa do pracy. Prawie - bo do końca gotowa nie będę chyba jeszcze w tym roku szkolnym ;-)
Tymczasem plan zajęć obgadany, dzis byla u mnie 'szefowa' i obgadalysmy wszystkie grupy, ktore dostane. Start w walentynki o 13.40. Plan w domu zarysowany, wsparcia ze strony niemeza brak totalnie. Chodzę podminowana i staram się jakoś ogarnąć temat ale nie wiem czego sie po nim spodziewac (np. twierdzi, że babcia nie bedzie potrzebna bo on z nikim 'obcym' dzieci nie zostawi ale jakos sobie tego nie wyobrazam). Tak na prawdę moj powrót do pracy to tylko moja sprawa i tylko dodatkowy obowiazek dla mnie, dom bowiem bede musiała ogarnąć dalej sama. Przeznaczam więc zbierane z wszelkich dodadkowych 'fuch' szyciowo-tlumaczeniowych pieniądze na zmywarkę bo już mnie ręce bolą od mycia naczyń a jeszcze do tego czasu bedzie mi szkoda ;-) luksus dla mamy - a dla innych standard... tylko czy ktoś mi ją zamontuje? Ogólnie mój związek jest skomplikowany i sama nie wiem, czy to ja jestem przewrazliwiona czy on ma olew... (dodam, że znów jest piątek a ja położyłam klony spać i siedzę sama, on wyszedł z domu rano i niby coś tam grzebie na działce ale i koledzy i piwka są z nim). Już tylko sie wkurzam i czuję sie jak ta ryba na brzegu co tylko majta ogonem, drzazgi mi się przy tym majtaniu wybijają coraz głębiej i nie wiem, czy chcę wrócić do wody czy już przestać się rzucać i zobojętnieć do reszty. Jestem zla na siebie bo tracę nerwy o byle g. Nie chcę być taka
Ale nie chcę też być obok i żyć bez 'za-za-zu'... choć ostanio czuję sie bardziej jakbym miała grypę zoladkowa niż motyle w brzuchu.
Tymczasem dzieci rosną w zatraszającym tempie. Młody świetnie się rozwija społecznie, coraz lepiej idzie mu zabawa w grupie dzieci i właściwie już mógłby pójść do przedszkola (tylko ta kupa co na nocnik nie trafia...). Młoda stoi sama i kombinuje jak wystartować. Buty nawet jej kupiłam. Najmniejsze znalazłam 18 w rozsądnej cenie i są na wyrost, ale jak już je ubrala to pooooszla (ciągnąc mnie za ręce; -)). Apetyt ma za trzech choć waży jedynie 8kg. Ale w górę rosnie i na zabiedzoną nie wygląda. Lubi jeść rączkami. Jest bardzo towarzyska. Przytula się i rozdaje buziaki.
A ja sobie szyję caly czas. Ale drugiego bloga nie ogarniam. Co jedynie to wrzucam zdjecia na fb czy insta. Dużo się w tym temacie nauczyłam i mam z tego coraz większą satysfakcję.
Tymczasem plan zajęć obgadany, dzis byla u mnie 'szefowa' i obgadalysmy wszystkie grupy, ktore dostane. Start w walentynki o 13.40. Plan w domu zarysowany, wsparcia ze strony niemeza brak totalnie. Chodzę podminowana i staram się jakoś ogarnąć temat ale nie wiem czego sie po nim spodziewac (np. twierdzi, że babcia nie bedzie potrzebna bo on z nikim 'obcym' dzieci nie zostawi ale jakos sobie tego nie wyobrazam). Tak na prawdę moj powrót do pracy to tylko moja sprawa i tylko dodatkowy obowiazek dla mnie, dom bowiem bede musiała ogarnąć dalej sama. Przeznaczam więc zbierane z wszelkich dodadkowych 'fuch' szyciowo-tlumaczeniowych pieniądze na zmywarkę bo już mnie ręce bolą od mycia naczyń a jeszcze do tego czasu bedzie mi szkoda ;-) luksus dla mamy - a dla innych standard... tylko czy ktoś mi ją zamontuje? Ogólnie mój związek jest skomplikowany i sama nie wiem, czy to ja jestem przewrazliwiona czy on ma olew... (dodam, że znów jest piątek a ja położyłam klony spać i siedzę sama, on wyszedł z domu rano i niby coś tam grzebie na działce ale i koledzy i piwka są z nim). Już tylko sie wkurzam i czuję sie jak ta ryba na brzegu co tylko majta ogonem, drzazgi mi się przy tym majtaniu wybijają coraz głębiej i nie wiem, czy chcę wrócić do wody czy już przestać się rzucać i zobojętnieć do reszty. Jestem zla na siebie bo tracę nerwy o byle g. Nie chcę być taka
Ale nie chcę też być obok i żyć bez 'za-za-zu'... choć ostanio czuję sie bardziej jakbym miała grypę zoladkowa niż motyle w brzuchu.
Tymczasem dzieci rosną w zatraszającym tempie. Młody świetnie się rozwija społecznie, coraz lepiej idzie mu zabawa w grupie dzieci i właściwie już mógłby pójść do przedszkola (tylko ta kupa co na nocnik nie trafia...). Młoda stoi sama i kombinuje jak wystartować. Buty nawet jej kupiłam. Najmniejsze znalazłam 18 w rozsądnej cenie i są na wyrost, ale jak już je ubrala to pooooszla (ciągnąc mnie za ręce; -)). Apetyt ma za trzech choć waży jedynie 8kg. Ale w górę rosnie i na zabiedzoną nie wygląda. Lubi jeść rączkami. Jest bardzo towarzyska. Przytula się i rozdaje buziaki.
A ja sobie szyję caly czas. Ale drugiego bloga nie ogarniam. Co jedynie to wrzucam zdjecia na fb czy insta. Dużo się w tym temacie nauczyłam i mam z tego coraz większą satysfakcję.
sobota, 4 lutego 2017
O zimie, smogu, starych butach i przyjaźni
Zima zima
Wszyscy trąbią o smogu. Trujenas i nasze dzieci. Jak tylko jest zimno i ładnie, nie wieje i słoneczko prześwituje - jest smog. Smog lubi ładną pogodę. Powinno sie zostać w domu. I nie wietrzyć. Zwariować.
Nie zrozumcie mnie źle, nie bagatelizuje zagrożenia. Czuję przecież, że sa dni gdy na dworze jak w wędzarni. I dobrze, że trąbią.
Ale.
Mam wrażenie, że sporo osób zachowuje się, jakby smog dopiero w tym roku sie pojawił.
A on towarzyszy naszemu pokoleniu od zawsze.
Uczyłam sie na geografi w podstawówce o kwaśnych deszczach. O smogu nie uczyli. Ale bez niego kwasnych deszczy by nie było. I kiedyś wszyscy moi znajomi palili w piecach. Mama mojego najlepszego przyjaciela palila stare buty. Pamietam, jak zastanawiałam się, dlaczego u nas tak się nie robi. Teraz wiem, że u nas było kilka zlotych więcej.
To był mój najlepszy przyjaciel w życiu. Miał niepełnosprawną siostrę - blizniaczke. Właściwie niepelnosprawna to mało powiedziane. Dziecięce porażenie mózgowe, bardzo mocne. Leżała, właściwie kontakt był z nią tylko wzrokowy. Pamiętam, że tylko ja mogłam do niego przychodzić. Wtedy zawsze siedzielismy u któregoś z nas - dzieciakow z podwórka - wszyscy, po 5 osób. Taka mała społeczność bez chodzenia do zlobka czy przedszkola. Podworko latem, po sąsiadach zimą. Ta siostra przyjaciela zmarla jak bylismy w podstawowce jeszcze. Chyba mieli wtedy 12 lat. Na pewno. Pamietam to bardzo dobrze. Byłam wtedy chora i dziwilam się, że mnie nie odwiedza. Nie bylo telefonow komorkowych, a oni nawet stacjonarnego nie mieli. Nie, żeby taka byla bieda, ale nie trwonili pieniedzy.
To był mój najlepszy przyjaciel w życiu. Brat. Przyjaciel gej w dodatku, choć w podstawówce o tym nie wiedział. Nie, żeby nie było widać. W sumie było to zawszw jasne, ale musiało do niego dotrzeć.
Po co to piszę? Tak mi się przypomniał jak rozmyslalam o tym nieszczesnym smogu. Czesto mi sie przypomina. Dlaczego sie nie przyjaznimy? Dlaczego ludzie ktorzy spędzali razem kazda wolna chwile nagle przestają sie znać? Dlaczego juz nie zadzwonie do jiego o 3 w nocy 'chodz na spacer, mam problem, nie mogę spac'? Poszło o kasę. Dostał fuche od mojego niemeza i tylko udawal, ze robi. Chodzilo o ulotki. To bylo dawno temu. Gdy sie wydalo, udal, ze nic sie niw stalo. I się urwalo. Gdy sie przypadkiem spotkamy zamienimy pare grzecznych słów.
A mi go brakuje. A wystarczyło żeby wtedy powiedział 'sorry stara, spieprzylem'. Ech...
Nie mam i nigdy juz nie bede miala takiego przyjaciela. Znalismy sie na wylot. Nikt o mnie tyle nie wiedział, co on.
Nie mam puenty do tej opowiesci. Moze tylko, że brakuje mi takiego przyjaciela/przyjaciółki od wszystkiego. On by nawet o blogu wiedzial. Tak mi sie zrobilo dziś i chcialam to z siebie wyrzucic.
Niech już zacznie wiać i rozwieje w koncu ten smog.
Wszyscy trąbią o smogu. Trujenas i nasze dzieci. Jak tylko jest zimno i ładnie, nie wieje i słoneczko prześwituje - jest smog. Smog lubi ładną pogodę. Powinno sie zostać w domu. I nie wietrzyć. Zwariować.
Nie zrozumcie mnie źle, nie bagatelizuje zagrożenia. Czuję przecież, że sa dni gdy na dworze jak w wędzarni. I dobrze, że trąbią.
Ale.
Mam wrażenie, że sporo osób zachowuje się, jakby smog dopiero w tym roku sie pojawił.
A on towarzyszy naszemu pokoleniu od zawsze.
Uczyłam sie na geografi w podstawówce o kwaśnych deszczach. O smogu nie uczyli. Ale bez niego kwasnych deszczy by nie było. I kiedyś wszyscy moi znajomi palili w piecach. Mama mojego najlepszego przyjaciela palila stare buty. Pamietam, jak zastanawiałam się, dlaczego u nas tak się nie robi. Teraz wiem, że u nas było kilka zlotych więcej.
To był mój najlepszy przyjaciel w życiu. Miał niepełnosprawną siostrę - blizniaczke. Właściwie niepelnosprawna to mało powiedziane. Dziecięce porażenie mózgowe, bardzo mocne. Leżała, właściwie kontakt był z nią tylko wzrokowy. Pamiętam, że tylko ja mogłam do niego przychodzić. Wtedy zawsze siedzielismy u któregoś z nas - dzieciakow z podwórka - wszyscy, po 5 osób. Taka mała społeczność bez chodzenia do zlobka czy przedszkola. Podworko latem, po sąsiadach zimą. Ta siostra przyjaciela zmarla jak bylismy w podstawowce jeszcze. Chyba mieli wtedy 12 lat. Na pewno. Pamietam to bardzo dobrze. Byłam wtedy chora i dziwilam się, że mnie nie odwiedza. Nie bylo telefonow komorkowych, a oni nawet stacjonarnego nie mieli. Nie, żeby taka byla bieda, ale nie trwonili pieniedzy.
To był mój najlepszy przyjaciel w życiu. Brat. Przyjaciel gej w dodatku, choć w podstawówce o tym nie wiedział. Nie, żeby nie było widać. W sumie było to zawszw jasne, ale musiało do niego dotrzeć.
Po co to piszę? Tak mi się przypomniał jak rozmyslalam o tym nieszczesnym smogu. Czesto mi sie przypomina. Dlaczego sie nie przyjaznimy? Dlaczego ludzie ktorzy spędzali razem kazda wolna chwile nagle przestają sie znać? Dlaczego juz nie zadzwonie do jiego o 3 w nocy 'chodz na spacer, mam problem, nie mogę spac'? Poszło o kasę. Dostał fuche od mojego niemeza i tylko udawal, ze robi. Chodzilo o ulotki. To bylo dawno temu. Gdy sie wydalo, udal, ze nic sie niw stalo. I się urwalo. Gdy sie przypadkiem spotkamy zamienimy pare grzecznych słów.
A mi go brakuje. A wystarczyło żeby wtedy powiedział 'sorry stara, spieprzylem'. Ech...
Nie mam i nigdy juz nie bede miala takiego przyjaciela. Znalismy sie na wylot. Nikt o mnie tyle nie wiedział, co on.
Nie mam puenty do tej opowiesci. Moze tylko, że brakuje mi takiego przyjaciela/przyjaciółki od wszystkiego. On by nawet o blogu wiedzial. Tak mi sie zrobilo dziś i chcialam to z siebie wyrzucic.
Niech już zacznie wiać i rozwieje w koncu ten smog.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





