Leniwe popołudnie.
Leniuchujemy z Klopsem na kanapie.
Wiercipiętka śpi przy piersi.
Czekamy na tatę aż wróci z pracy.
Odpoczywam.
Klopsik gada do siebie.
Mama
Tata
A-a-a
Kocha
Tata
Kocha
Mama
Kocha
Niania
Kocha
Kocha
Efy (samoloty - od f16)
Kocha
Kocham (kiwa głową ).
Nowe słowo do słownika. Tak ładnie i wyraźnie powiedziane.
Ja też Cię kocham Klopsiku i Wiercipiętkę też 😊.
piątek, 3 czerwca 2016
sobota, 28 maja 2016
Tako rzecze Klops
Z masy zbitek, ktore Klops wymawia mozna wylowic slowa, ktore zazwyczaj znacza to samo. Ku pamieci:
Mama,Tata, nie, be, ała - wiadomo
Ty - Klops
Kakaki - kakao
Apul - jabłko
Kakaka - ptak
Baba - woda, babka z piasku, wiaderko
Babu - światło, lampa
Niania - babcia
A-a-a (na melodię kotki dwa) - Wiercipiętka
Daj - daj, Masz
Nyna - cytryna
Nanana - banan
Łuf - pies
Niał - kot
Tetada - przeszkadza, pielucha, przepraszam
Aua- kawa
Tytyc - księżyc
Ziata - gwiazda
Ti, Ata - herbata
Anki - bańki
Amam - alarm
Asia - esemes
Wiat - wiatr
Wieje - wieje
Dysc - deszcz, śnieg
Krki - kredki
A jak jest niegrzeczny mowi 'nie!be! Ty Ty Ty... '
Mama,Tata, nie, be, ała - wiadomo
Ty - Klops
Kakaki - kakao
Apul - jabłko
Kakaka - ptak
Baba - woda, babka z piasku, wiaderko
Babu - światło, lampa
Niania - babcia
A-a-a (na melodię kotki dwa) - Wiercipiętka
Daj - daj, Masz
Nyna - cytryna
Nanana - banan
Łuf - pies
Niał - kot
Tetada - przeszkadza, pielucha, przepraszam
Aua- kawa
Tytyc - księżyc
Ziata - gwiazda
Ti, Ata - herbata
Anki - bańki
Amam - alarm
Asia - esemes
Wiat - wiatr
Wieje - wieje
Dysc - deszcz, śnieg
Krki - kredki
A jak jest niegrzeczny mowi 'nie!be! Ty Ty Ty... '
niedziela, 22 maja 2016
Weekendowo
To był piękny majowy weekend. Prawie letni. Pełen pięknych obrazków.
Oba dni spędziliśmy na działce, na która jeżdżę odkąd byłam taka jak Kolps teraz. Kiedyś jeździliśmy na niąz tatą, teraz ja zabieram na nią swoją rodzinę.
W końcu mamy porządną wodę. Jak byłam mała na działce była studnia, później ojciec sam zrobił odwiert i zainstalował co tam trzeba. Niestety jako że 'oszczedny' jest z natury już od kilku lat wody było co kot naplakal. Wkurzylismy się w końcu i zrobiliśmy nowy, bo przecież każdą kupiona roslinke skazywalismy na uschniecie. No i teraz możemy sadzić i podlewać.
A najbardziej z tej wody cieszy się Klops. Podlewa jak prawdziwy ogrodnik. Pierwszego dnia zmoczyl wszystko w tym trampki. Przebrałam go, ale butów nie mieliśmy na zmianę. Więc chodził boso :-) Dziś wzięłam mu już pepco - croc'sy. Sam lał w nie sobie wodę :-)
Zasadzilismy hortensje i rozanecznik. I zasialam co nieco. Oczywiście wszystko w asyście małego pomocnika. Róże zasadzone rok temu niedługo zakwitną.
Malutka ładnie śpi na dworze. Ale dużo też obserwuje. Jest już coraz bystrzejsza. Grucha jak gołąbek. No i jest najpiękniejsza na świecie ;-)
Klopsik też ucial sobie dziś drzemkę na kocu. Wczoraj wytrzymał cały dzień a wieczorem nawet nie chciał, żebym położyła się obok niego. Przyłożył główkę do poduszki i już to nie było. Bajkę opowiadalam tylko malutkiej :-) ona tak szybko nie zasnęła, wyspala się w dzień. Ale i tak o 20 już oboje chrapali.
I nawet byłam sama w biedronce. Sama! Istne szaleństwo. Później musiałam zawieść kolegę do szpitala (wygłupy dużych dzieci...). Zabrałam ze sobą Klopsa, Wiercipieta została z tatą. I matka wariatka już w połowie drogi miała wyrzuty sumienia że ją tak łatwo zostawiłam i że jestem niedobra i takie tam. Po 15 minutach rozłąki. Echhh...
A teraz dzieci śpią (cała trójka if u know what i mean) a matka je kolacje malując paznokcie. I pisze trochę bez ładu i składu. Powietrze pachnie latem, w oddali słychać pociągi, ulice są spokojne (a mieszkam prawie w centrum).
Jutro z malutką do szczepienia... No i ma być gorąco. Muszę się nauczyć ubierać takie maleństwo na tą pogodę :-)
Dobrego tygodnia!
Oba dni spędziliśmy na działce, na która jeżdżę odkąd byłam taka jak Kolps teraz. Kiedyś jeździliśmy na niąz tatą, teraz ja zabieram na nią swoją rodzinę.
W końcu mamy porządną wodę. Jak byłam mała na działce była studnia, później ojciec sam zrobił odwiert i zainstalował co tam trzeba. Niestety jako że 'oszczedny' jest z natury już od kilku lat wody było co kot naplakal. Wkurzylismy się w końcu i zrobiliśmy nowy, bo przecież każdą kupiona roslinke skazywalismy na uschniecie. No i teraz możemy sadzić i podlewać.
A najbardziej z tej wody cieszy się Klops. Podlewa jak prawdziwy ogrodnik. Pierwszego dnia zmoczyl wszystko w tym trampki. Przebrałam go, ale butów nie mieliśmy na zmianę. Więc chodził boso :-) Dziś wzięłam mu już pepco - croc'sy. Sam lał w nie sobie wodę :-)
Zasadzilismy hortensje i rozanecznik. I zasialam co nieco. Oczywiście wszystko w asyście małego pomocnika. Róże zasadzone rok temu niedługo zakwitną.
Malutka ładnie śpi na dworze. Ale dużo też obserwuje. Jest już coraz bystrzejsza. Grucha jak gołąbek. No i jest najpiękniejsza na świecie ;-)
Klopsik też ucial sobie dziś drzemkę na kocu. Wczoraj wytrzymał cały dzień a wieczorem nawet nie chciał, żebym położyła się obok niego. Przyłożył główkę do poduszki i już to nie było. Bajkę opowiadalam tylko malutkiej :-) ona tak szybko nie zasnęła, wyspala się w dzień. Ale i tak o 20 już oboje chrapali.
I nawet byłam sama w biedronce. Sama! Istne szaleństwo. Później musiałam zawieść kolegę do szpitala (wygłupy dużych dzieci...). Zabrałam ze sobą Klopsa, Wiercipieta została z tatą. I matka wariatka już w połowie drogi miała wyrzuty sumienia że ją tak łatwo zostawiłam i że jestem niedobra i takie tam. Po 15 minutach rozłąki. Echhh...
A teraz dzieci śpią (cała trójka if u know what i mean) a matka je kolacje malując paznokcie. I pisze trochę bez ładu i składu. Powietrze pachnie latem, w oddali słychać pociągi, ulice są spokojne (a mieszkam prawie w centrum).
Jutro z malutką do szczepienia... No i ma być gorąco. Muszę się nauczyć ubierać takie maleństwo na tą pogodę :-)
Dobrego tygodnia!
niedziela, 15 maja 2016
Zmiana kodu na 3 z przodu
Co tu dużo mówić - postarzałam się o kolejny rok. Nie mam z tym jednak najmniejszego problemu - ba! nie specjalnie mam czas o tym myśleć! Podsumowania? Miłość znalazłam, za granicą pożyłam, magister jest, i prawo jazdy, ale najważniejsze i tu wiek nie ma znaczenia - moje dwa szczęścia! No uśmiechu od malutkiej się nie doczekałam jeszcze, ale to nie ważne. Ważne, że jest, że są.
Same urodziny minęły zaskakująco miło, ciasto upiekłam (to tydzień temu było próbne) i cala moja rodzinka zawitała (na raty co prawda i bez brata co zagranica siedzi), a wieczorem choć tego nie planowałam specjalnie przyszło więcej niż kilku znajomych i siedzieliśmy do późnej (dla mnie to 2) nocy.
I dostałam morze moich ukochanych konwalii. A dodatkowo imieniny zaraz po moich urodzinach obchodzi Wiercipiętka i teraz ja mam komu kupować te kwiatki :-). Razem z moimi urodzinami Klops skończył 21 miesięcy a dzień po soich imieninach mała kończy 2 miesiące. Obfituje w okazje ten piękny Maj.
A Klops obserwuje pająka na ścianie i woła 'daaaj'. Miłej niedzieli :-*
Same urodziny minęły zaskakująco miło, ciasto upiekłam (to tydzień temu było próbne) i cala moja rodzinka zawitała (na raty co prawda i bez brata co zagranica siedzi), a wieczorem choć tego nie planowałam specjalnie przyszło więcej niż kilku znajomych i siedzieliśmy do późnej (dla mnie to 2) nocy.
I dostałam morze moich ukochanych konwalii. A dodatkowo imieniny zaraz po moich urodzinach obchodzi Wiercipiętka i teraz ja mam komu kupować te kwiatki :-). Razem z moimi urodzinami Klops skończył 21 miesięcy a dzień po soich imieninach mała kończy 2 miesiące. Obfituje w okazje ten piękny Maj.
A Klops obserwuje pająka na ścianie i woła 'daaaj'. Miłej niedzieli :-*
sobota, 7 maja 2016
Postępy
Jakoś tak się złożyło, ze u każdego coś nowego :-) to trzeba napisać!
Oprócz tego, że w końcu zrobiło się ciepło (i to tak bardzo bardzo) to:
Klopsik zaprzyjaźnił się z łyżeczką. Jak ładnie trafia do buzi i to rosołem! No dumna z niego. Spacery też mamy już przyjeniejsze, jakoś lepiej mu idzie chodzenie, a czasem nawet bieganie. No i deska czasem jest używana - okazuje się, że brakło mu stabilności i teraz kiedy wózek nie jest zakryty i można się solidnie oprzeć jest lepiej. No i siostrę można po piłce poklepać.
Tak, bo ona to najchętniej na brzuchu i w wózku też. A jej przełom to sen - ostatnio nie budzi się w nocy. Tak mi miło ;-) Za to w dzień woli obserwować i czas wyjąć matę. Nie doczekalam się za to jeszcze uśmiechu. .. lada dzień pewnie to zobaczę.
A mama? Cóż zaczynam myśleć o lecie i o wakacjach (mamy zabookowany wyjazd nad morze) i o moim cóż brzuszku. Chciałabym to rozcwiczyc ale jak na razieidzie mi to słabo. Zamiast tego popełniłam swoją pierwszą w życiu tartę i pierwszy w życiu budyń i bezę! Oto efekt:
Oprócz tego, że w końcu zrobiło się ciepło (i to tak bardzo bardzo) to:
Klopsik zaprzyjaźnił się z łyżeczką. Jak ładnie trafia do buzi i to rosołem! No dumna z niego. Spacery też mamy już przyjeniejsze, jakoś lepiej mu idzie chodzenie, a czasem nawet bieganie. No i deska czasem jest używana - okazuje się, że brakło mu stabilności i teraz kiedy wózek nie jest zakryty i można się solidnie oprzeć jest lepiej. No i siostrę można po piłce poklepać.
Tak, bo ona to najchętniej na brzuchu i w wózku też. A jej przełom to sen - ostatnio nie budzi się w nocy. Tak mi miło ;-) Za to w dzień woli obserwować i czas wyjąć matę. Nie doczekalam się za to jeszcze uśmiechu. .. lada dzień pewnie to zobaczę.
A mama? Cóż zaczynam myśleć o lecie i o wakacjach (mamy zabookowany wyjazd nad morze) i o moim cóż brzuszku. Chciałabym to rozcwiczyc ale jak na razieidzie mi to słabo. Zamiast tego popełniłam swoją pierwszą w życiu tartę i pierwszy w życiu budyń i bezę! Oto efekt:
wtorek, 26 kwietnia 2016
A to było tak - vbac
Będzie długo :-)
W poniedziałek miałam się z rana stawić w szpitalu. Od której są przyjęcia? Od siódmej, ale im wcześniej pani będzie tym szybciej panią przyjmą. E tam, przecież i tak już tam zostanę, to co za różnica czy w,poczekalni czy na łóżku. Lepiej zjeść spokojnie śniadanie, napić się kawy, wstawić pranie i spakować ostatnich kilka dupereli.
Niedziela wieczór (późny). Posprzątane, paznokcie wyschły, kolacja prysznic i spać... Nooooot. Podczas kremowania się po kąpieli czuje, że coś ze mnie leci. Czy to żart? Bure to to. Jedziemy do szpitala. Już. Tylko wuja szybko ściągnięty do Klopsa.
W szpitalu powiedzieli, że mogła się zacząć szyjka skracać i stąd to. strasznie długo czekam aż mnie przyjmą. Bardzo młody i zestresowany doktor mówi, że faktycznie zaczęła się skracać. Ale nic się nie dzieje, ktg ok i zatrzymają mnie tylko dlatego, że bez sensu mi iść do domu na 3 godziny (bo to się noc ciemna zrobiła).
Blok porodowy. Pani położna mnie przyjmuje. Miła. Bardzo. oczywiście papierologia isto pytań do. Śmieje się, że zbladłam na sam dźwięk słowa wenflon, ale nie olewa. Bierze na łóżko założyć. Zagaduje. Bawi. Bardzo ciepła dziewczyna, mogłabym się z nią zaprzyjaźnić. Zakłada ktg, każe wołać jak co, ale lepiej spać. Więc zasypiam do następnej zmiany.
Rano. Pani z lewej miła, ale chora, antybiotyk itd. Trochę strach. Pani z prawej młodziutka, rozgadała się dopiero na końcu. Po obiedzie przenoszą mnie na mój oddział docelowy. Przez cały dzień nie robią nic. Ani ktg, ani usg, no nic. Położne psioczą na ukochanego, że z Klopsem przyszedł. przyniósł rosół. Wpada mama. Dziewczyny na sali w porządku. Telewizja, krzyżówki. Na sali jest nas pięć, trochę duszno. Boli mnie głowa. Ktg na dobranoc, w porządku. Jakoś zleciał pierwszy dzień.
Wtorek. Ktg, są jakieś tam skurcze. Przepowiadające pewnie. Czy pani je czuje? Tak (to dla mnie nowość). Obchód. Cc najwcześniej w poniedziałek. Bardzo smaczne śniadanie, rzeczywiście dobrze tu karmią. Moja pani dr bierze mnie na usg. Nie widzi tej skracającej się szyjki, co ją na izbie przyjęć widzieli. Wszystko ok. Łożysko w dobrej formie. Cesarka poniedziałek lub wtorek.
Ktg przed obiadem. Znowu są jakieś skurcze, ale nie myślę o nich. Do momentu, gdy siadam z mamą na korytarzu. Pielęgniarka rozmawia przez telefon 'my w ogóle nie mamy miejsc. Jak pani (tu moje nazwisko) zacznie w nocy rodzić, to my jej nie mamy gdzie położyć.' Patrzymy na siebie z mamą i ja mówię, że nic nie wiem. Przyjeżdża ukochany z Klopsem, schodzę do nich na dół żeby nam nie truły. Proszę o zdjęcie z Klopsem i brzuchem. Coś tam czuje, ale się nad tym nie zastanawiam.
Wieczorem przed ktg idę wziąć prysznic, myję głowę. Wcześniej przyciska mnie nr dwa. Więc na ktg już jestem czysciutka i pachnąca. A, i najedzona. I leżę, jest mi niewygodnie. Myślę, że czuję skurcze mocniej, bo jakoś źle siedzę /leżę. A one mnie trzymają i trzymają pod tym urządzeniem. Myślę o tym, że poczytałabym sobie te gazety co mi matka przyniosła. Little do I know...
Pani od ktg chodzi w te i nazad. Ogląda ten wykres na wszystkie strony i pyta, czy ja to czuję. Ano czuję. W telewizji leci 'Agent', ale nie wiem kto odpadł. Pamiętam, że ten mięśniak podniecał sie, że znalazł jakieś klucze. Czekam na 'Kubę'. Pani zaprasza na badanie, mówię że muszę siku. Idę. Znów trafiam na miła kobitkę, ginekolog na dyżurze. Rozwarcie dwa centymetry. what? who, me?
-Zaczęło się. Co pani ustalała z dr prowadzącym?
-Ano cesarkę, niestety.
-A chciałaby pani spróbować naturalnie?
-A mogę?
-Oczywiście, a jak coś się będzie działo nie tak od razu zrobimy cięcie i tak.
-No to chcę spróbować.
-Super, bardzo nas to cieszy.
Pani pielęgniarka prowadzi mnie jeszcze na salę. mówi, żeby zabrać ręcznik, kosmetyki pod prysznic i telefon. Koniecznie z ładowarką. I wodę i balsam do ust. Pakuje się grzecznie, nie do końca wiedząc, co się dzieje. Idę rodzić, mówię do dziewczyn z sali. Pielęgniarka (jakie miała włosy, jaaaa) sadza mnie na wózek. Przypomina mi się, jak mama opowiadała, że jak rodziła mnie w tym samym szpitalu, to nie chciała siadać na wózek, bo ona się świetnie czuje, ale się nie zgodzili. po chwili zalała wodami windę i zaczęła się jazda. Więc się nie kłócę i siadam. Jak tylko zajeżdżamy na blok porodowy dostaję za to zjebę od wyjątkowo niemiłej położnej 'Pani ma raptem 2 centymetry, pani może chodzić sama'. Taaaa, jakbym miała na to wpływ. No nic. Każe mnie zaprowadzić na najbliższą salę. Nie tą pierwszą najbliższą. I nie drugą najbliższą. Na moje oko czwartą. Położna szefowa jest widać niemiła dla wszystkich.
Sala, powiedzmy, ładna. Trochę tapety w kwiaty. Łóżko. Fotel. Mikro łazienka z prysznicem pod którym można by usiąść na kibelku. Przebieram się w sexi koszulę szpitalną. Dobrze, nie zafajdam swojej. Chyba jeszcze do mnie nie dociera, co się dzieje. Znów sto pytań do. Kolejny raz opowiadam historię Klopsika i dlaczego miało być cc. Podpisuję zgodę na poród siłami natury. Zgodę! o ironio! Podpinają mnie pod ktg i opowiadają o piłkach, prysznicach, niemiła położna każe opowiedzieć o pozycji wertykalnej. Nie opowiadają. Po chwili okazuje się, że w ogóle mam mało opcji. Po pierwsze przez ktg. Stacjonarne. Na chyba 2 metrowych kabelkach. Nawet pochodzić nie mam jak. Chwilę leżę, zaraz wstaję. Zaczyna boleć. Nie wiem, o co chodzi z tymi wartościami na ktg, ale jak na sali miałam skurcze na poziomie 80, teraz zaczęły dochodzić do 150. To czuję. Jestem sama na sali. Położne szybko wybyły do innych porodów. Hmmm. Dzwonię do ukochanego, że rodzę i że mogę naturalnie. Jest w takim samym szoku, co ja. I nie ma opcji, żeby przyjechał, już dawno (bo przy Klopsie) to ustaliliśmy. Po pierwsze, on bardzo nie chce. Po drugie, ja nie wiem, czy chcę. obawiam się, że to byłby nasz koniec ;-) na zasadzie, że ja bym czuła, że muszę w prawo, a on by się darł, że mam w lewo do cholery. No i Klops nie może zostać sam. Dzwonię do mojej douli, ale telefon ma wyłączony. Nie podoba mi się to. Piszę z przyjaciółką. Jest gotowa przyjechać w każdej chwili, ale mówię, że ma spać bo to może potrwać. Kobita pracuje i sama ma dwójkę, nich śpi. Przecież ja tylko rodzę. Pisze, że będzie spała z telefonem pod ręką, w gotowości. Wysyłam jej selfie, a co.
Skurcze bolą coraz bardziej (wcale w porównaniu, ale jeszcze tego nie wiem). Marzę o tym, żeby zasnąć, ale na łóżku jest źle, na fotelu też. Stoi się źle, piłki nie sięgnę. Dzwonię. Boli. W swojej naiwności pytam, czy ktoś może tu ze mną zostać. Nie, nie, proszę pani (zapomnij). Jestem więc sama na łóżku, pod tym cholernym ktg i czuję się cholernie zagubiona. Nie wiem, która jest godzina. Nie wiem, jak oddychać. W głowie mam myśl jedną. W co ja się wjebałam??? Przypominam sobie, że położna mówiła coś o czymś przeciwbólowym. Dzwonię, proszę. Każe najpierw iść pod prysznic, bo jak dostanę kroplówkę to już będzie trzeba leżeć. Ok, super. Ale tylko na 15 minut! Bo trzeba wrócić pod ktg! A w dupę. Idę pod ten prysznic. Niby dobrze, ale ciasno. Znowu zostałam sama. A jakbym się tu przewróciła albo co? Nie ważne. Lubię prysznic, ale nadal nie mam pojęcia jak się zachować podczas skurczy. Cała się napinam, nie umiem ich przyjąć, bronie się przed nimi. Źle,źle, źle. Wychodzę. Dzwonię po kobitę. Podaje mi tą kroplówkę. Gdzieś w między czasie mówi mi, żebym się rozluźniła na skurczach i oddychała powoli, głęboko, pokazuje jak. No w końcu jakaś pomoc, bo nie wiem ile się już tak męczę. Rozluźnić się nie daje rady, trzymam się tego koja tak, że cud, że go nie rozwalam. Jedyne, co mam w głowie to 'spaaaać'. Przeciwbólowy działa, przysypiam między skurczami. Podejrzewam, że kroplówka spowolniła akcje ale mam to gdzieś. Odpoczywam. Zbieram siły? Mam wrażenie, że tracę kontakt z rzeczywistością. Nie wiem.
Trzeźwieję przy zmianie warty. Jakiś gość, chyba lekarz, każe nie oddychać tak siłowo, bo płuca stracę. Pochyla się nade mną nowa położna. Patrzę na nią i mrugam kilka razy, bo chyba źle widzę. 'Tak, tak, my się znamy' mówi. To ona, położna z pierwszego dnia! Mój anioł! I zostaje ze mną, zostaje do końca, przyjmuje mój poród! Ale po kolei.
Jest coś koło 5-6 rano. Wkurza mnie to, że ten pokój nie ma okien. Nie mam punktu odniesienia. Zerkam na telefon. Moja doula wlaczyla swój! Jest chwilę po 6 jak do niej dzwonię. Pytam, czy jej propozycja jest aktualna. Bo ja rodzę od kilku godzin. Powiedziała, że będzie jak najszybciej. Sprawdzono moje rozwarcie. 7 cm! To się dzieje na prawdę? Polożna proponuje gaz rozweselający. Biorę. Nie umiem oddychać z tym cholerstwem. Nie daje rady trzymać tego ustnika i łóżka jednocześnie przy skurczach. Za dużo naraz,świgam ustrojstwo w kąt. Każą leżeć na boku zeby mała dobrze weszła w kanał. Doula była krótko po 7. Co za ulga. Ktoś tylko dla mnie. Do pomocy. Wiedzaca jak pomóc. Nie zadawajaca pytań a proponująca rozwiązania. Masowała przy skurczach. Dawała pić po. Zagadywala pomiedzy.
I dopiero wtedy odchodzą mi wody i krótko po nich zaczynają się parte. Pelne rozwarcie i takie tam. Położna mówi jak chwycić nogi i pchać z całej siły. Nie mam pojęcia co robię, myślę, trzeba było jednak zaliczyć szkołę rodzenia. Dasz radę, słyszę, świetnie. Ale idzie opornie. Niby robie co trzeba,niby jeszcze jedno mocne pchnięcie i już. Nic z tego. Po 40 minutach położna prosi lekarke. Chwilę debatują. Pamiętam, że lekarka robi niemiłe komentarz, że niby kiepsko się staram. Żałuję że jej nie powiedziałam paru słów wtedy. Chcą podać oksytocyne, ale wyrywam przypadkiem wenflon. Nie mogę utrzymać nóg tak mi się poda ręce. Ciężko mi je nawet podciągnąć, dlaczego nie mam jakichś podpórek? Miała być oksytocyne i vacuum,na szczęście kończy się na nacięciu krocza. To co czuję to ulga. Jeszcze jedno parcie i rodzi się główka. Następne i mała jest! Jest na świecie! Dostaje ja taką zakrwawioną na siebie. Jest piękna jest moja jest! Nie pamiętam już skurczy, nie pamiętam bólu, nic. Jest tylko ona. Położna pyta douli czy chce przeciąć pępowinę. Kolejny piękny moment. lekarka mnie szyję. Gadamy sobie z doula jakbyśmy były na kawie. Małą w tym czasie ważą mierzą i badają. Doula robi zdjęcia cały czas. Zabrała ze sobą aparat kochana. Doktorka tłumaczy, że mam wysokie krocze i bez nacięcia bym nie urodziła (tzn bym pękła). Mała ma obrzęk na główce przez to (czyli jednak Pawłem jak trzeba hmm?). Zejdzie jej za dzień - dwa. Lekarka się zmywa. Położna mnie myje,przedtem dostaje malutką do piersi. Od razu wie co ma robić.
Jesteśmy razem. Nie czuję zmęczenia. Ani bólu. Tylko spokój i szczęście. Jest przedpołudnie. Doula zostaje jeszcze ze mną. Zajmuje się małą gdy jem obiad. Podkarmia białą czekoladą. Udało się. Nikt ani przez chwilę nie pomyślał o cesarce. To mała zadecydowała jak przyjdzie na świat.
A moja doktor? Nawet nie zajrzała zapytać jak się czuję.
W poniedziałek miałam się z rana stawić w szpitalu. Od której są przyjęcia? Od siódmej, ale im wcześniej pani będzie tym szybciej panią przyjmą. E tam, przecież i tak już tam zostanę, to co za różnica czy w,poczekalni czy na łóżku. Lepiej zjeść spokojnie śniadanie, napić się kawy, wstawić pranie i spakować ostatnich kilka dupereli.
Niedziela wieczór (późny). Posprzątane, paznokcie wyschły, kolacja prysznic i spać... Nooooot. Podczas kremowania się po kąpieli czuje, że coś ze mnie leci. Czy to żart? Bure to to. Jedziemy do szpitala. Już. Tylko wuja szybko ściągnięty do Klopsa.
W szpitalu powiedzieli, że mogła się zacząć szyjka skracać i stąd to. strasznie długo czekam aż mnie przyjmą. Bardzo młody i zestresowany doktor mówi, że faktycznie zaczęła się skracać. Ale nic się nie dzieje, ktg ok i zatrzymają mnie tylko dlatego, że bez sensu mi iść do domu na 3 godziny (bo to się noc ciemna zrobiła).
Blok porodowy. Pani położna mnie przyjmuje. Miła. Bardzo. oczywiście papierologia isto pytań do. Śmieje się, że zbladłam na sam dźwięk słowa wenflon, ale nie olewa. Bierze na łóżko założyć. Zagaduje. Bawi. Bardzo ciepła dziewczyna, mogłabym się z nią zaprzyjaźnić. Zakłada ktg, każe wołać jak co, ale lepiej spać. Więc zasypiam do następnej zmiany.
Rano. Pani z lewej miła, ale chora, antybiotyk itd. Trochę strach. Pani z prawej młodziutka, rozgadała się dopiero na końcu. Po obiedzie przenoszą mnie na mój oddział docelowy. Przez cały dzień nie robią nic. Ani ktg, ani usg, no nic. Położne psioczą na ukochanego, że z Klopsem przyszedł. przyniósł rosół. Wpada mama. Dziewczyny na sali w porządku. Telewizja, krzyżówki. Na sali jest nas pięć, trochę duszno. Boli mnie głowa. Ktg na dobranoc, w porządku. Jakoś zleciał pierwszy dzień.
Wtorek. Ktg, są jakieś tam skurcze. Przepowiadające pewnie. Czy pani je czuje? Tak (to dla mnie nowość). Obchód. Cc najwcześniej w poniedziałek. Bardzo smaczne śniadanie, rzeczywiście dobrze tu karmią. Moja pani dr bierze mnie na usg. Nie widzi tej skracającej się szyjki, co ją na izbie przyjęć widzieli. Wszystko ok. Łożysko w dobrej formie. Cesarka poniedziałek lub wtorek.
Ktg przed obiadem. Znowu są jakieś skurcze, ale nie myślę o nich. Do momentu, gdy siadam z mamą na korytarzu. Pielęgniarka rozmawia przez telefon 'my w ogóle nie mamy miejsc. Jak pani (tu moje nazwisko) zacznie w nocy rodzić, to my jej nie mamy gdzie położyć.' Patrzymy na siebie z mamą i ja mówię, że nic nie wiem. Przyjeżdża ukochany z Klopsem, schodzę do nich na dół żeby nam nie truły. Proszę o zdjęcie z Klopsem i brzuchem. Coś tam czuje, ale się nad tym nie zastanawiam.
Wieczorem przed ktg idę wziąć prysznic, myję głowę. Wcześniej przyciska mnie nr dwa. Więc na ktg już jestem czysciutka i pachnąca. A, i najedzona. I leżę, jest mi niewygodnie. Myślę, że czuję skurcze mocniej, bo jakoś źle siedzę /leżę. A one mnie trzymają i trzymają pod tym urządzeniem. Myślę o tym, że poczytałabym sobie te gazety co mi matka przyniosła. Little do I know...
Pani od ktg chodzi w te i nazad. Ogląda ten wykres na wszystkie strony i pyta, czy ja to czuję. Ano czuję. W telewizji leci 'Agent', ale nie wiem kto odpadł. Pamiętam, że ten mięśniak podniecał sie, że znalazł jakieś klucze. Czekam na 'Kubę'. Pani zaprasza na badanie, mówię że muszę siku. Idę. Znów trafiam na miła kobitkę, ginekolog na dyżurze. Rozwarcie dwa centymetry. what? who, me?
-Zaczęło się. Co pani ustalała z dr prowadzącym?
-Ano cesarkę, niestety.
-A chciałaby pani spróbować naturalnie?
-A mogę?
-Oczywiście, a jak coś się będzie działo nie tak od razu zrobimy cięcie i tak.
-No to chcę spróbować.
-Super, bardzo nas to cieszy.
Pani pielęgniarka prowadzi mnie jeszcze na salę. mówi, żeby zabrać ręcznik, kosmetyki pod prysznic i telefon. Koniecznie z ładowarką. I wodę i balsam do ust. Pakuje się grzecznie, nie do końca wiedząc, co się dzieje. Idę rodzić, mówię do dziewczyn z sali. Pielęgniarka (jakie miała włosy, jaaaa) sadza mnie na wózek. Przypomina mi się, jak mama opowiadała, że jak rodziła mnie w tym samym szpitalu, to nie chciała siadać na wózek, bo ona się świetnie czuje, ale się nie zgodzili. po chwili zalała wodami windę i zaczęła się jazda. Więc się nie kłócę i siadam. Jak tylko zajeżdżamy na blok porodowy dostaję za to zjebę od wyjątkowo niemiłej położnej 'Pani ma raptem 2 centymetry, pani może chodzić sama'. Taaaa, jakbym miała na to wpływ. No nic. Każe mnie zaprowadzić na najbliższą salę. Nie tą pierwszą najbliższą. I nie drugą najbliższą. Na moje oko czwartą. Położna szefowa jest widać niemiła dla wszystkich.
Sala, powiedzmy, ładna. Trochę tapety w kwiaty. Łóżko. Fotel. Mikro łazienka z prysznicem pod którym można by usiąść na kibelku. Przebieram się w sexi koszulę szpitalną. Dobrze, nie zafajdam swojej. Chyba jeszcze do mnie nie dociera, co się dzieje. Znów sto pytań do. Kolejny raz opowiadam historię Klopsika i dlaczego miało być cc. Podpisuję zgodę na poród siłami natury. Zgodę! o ironio! Podpinają mnie pod ktg i opowiadają o piłkach, prysznicach, niemiła położna każe opowiedzieć o pozycji wertykalnej. Nie opowiadają. Po chwili okazuje się, że w ogóle mam mało opcji. Po pierwsze przez ktg. Stacjonarne. Na chyba 2 metrowych kabelkach. Nawet pochodzić nie mam jak. Chwilę leżę, zaraz wstaję. Zaczyna boleć. Nie wiem, o co chodzi z tymi wartościami na ktg, ale jak na sali miałam skurcze na poziomie 80, teraz zaczęły dochodzić do 150. To czuję. Jestem sama na sali. Położne szybko wybyły do innych porodów. Hmmm. Dzwonię do ukochanego, że rodzę i że mogę naturalnie. Jest w takim samym szoku, co ja. I nie ma opcji, żeby przyjechał, już dawno (bo przy Klopsie) to ustaliliśmy. Po pierwsze, on bardzo nie chce. Po drugie, ja nie wiem, czy chcę. obawiam się, że to byłby nasz koniec ;-) na zasadzie, że ja bym czuła, że muszę w prawo, a on by się darł, że mam w lewo do cholery. No i Klops nie może zostać sam. Dzwonię do mojej douli, ale telefon ma wyłączony. Nie podoba mi się to. Piszę z przyjaciółką. Jest gotowa przyjechać w każdej chwili, ale mówię, że ma spać bo to może potrwać. Kobita pracuje i sama ma dwójkę, nich śpi. Przecież ja tylko rodzę. Pisze, że będzie spała z telefonem pod ręką, w gotowości. Wysyłam jej selfie, a co.
Skurcze bolą coraz bardziej (wcale w porównaniu, ale jeszcze tego nie wiem). Marzę o tym, żeby zasnąć, ale na łóżku jest źle, na fotelu też. Stoi się źle, piłki nie sięgnę. Dzwonię. Boli. W swojej naiwności pytam, czy ktoś może tu ze mną zostać. Nie, nie, proszę pani (zapomnij). Jestem więc sama na łóżku, pod tym cholernym ktg i czuję się cholernie zagubiona. Nie wiem, która jest godzina. Nie wiem, jak oddychać. W głowie mam myśl jedną. W co ja się wjebałam??? Przypominam sobie, że położna mówiła coś o czymś przeciwbólowym. Dzwonię, proszę. Każe najpierw iść pod prysznic, bo jak dostanę kroplówkę to już będzie trzeba leżeć. Ok, super. Ale tylko na 15 minut! Bo trzeba wrócić pod ktg! A w dupę. Idę pod ten prysznic. Niby dobrze, ale ciasno. Znowu zostałam sama. A jakbym się tu przewróciła albo co? Nie ważne. Lubię prysznic, ale nadal nie mam pojęcia jak się zachować podczas skurczy. Cała się napinam, nie umiem ich przyjąć, bronie się przed nimi. Źle,źle, źle. Wychodzę. Dzwonię po kobitę. Podaje mi tą kroplówkę. Gdzieś w między czasie mówi mi, żebym się rozluźniła na skurczach i oddychała powoli, głęboko, pokazuje jak. No w końcu jakaś pomoc, bo nie wiem ile się już tak męczę. Rozluźnić się nie daje rady, trzymam się tego koja tak, że cud, że go nie rozwalam. Jedyne, co mam w głowie to 'spaaaać'. Przeciwbólowy działa, przysypiam między skurczami. Podejrzewam, że kroplówka spowolniła akcje ale mam to gdzieś. Odpoczywam. Zbieram siły? Mam wrażenie, że tracę kontakt z rzeczywistością. Nie wiem.
Trzeźwieję przy zmianie warty. Jakiś gość, chyba lekarz, każe nie oddychać tak siłowo, bo płuca stracę. Pochyla się nade mną nowa położna. Patrzę na nią i mrugam kilka razy, bo chyba źle widzę. 'Tak, tak, my się znamy' mówi. To ona, położna z pierwszego dnia! Mój anioł! I zostaje ze mną, zostaje do końca, przyjmuje mój poród! Ale po kolei.
Jest coś koło 5-6 rano. Wkurza mnie to, że ten pokój nie ma okien. Nie mam punktu odniesienia. Zerkam na telefon. Moja doula wlaczyla swój! Jest chwilę po 6 jak do niej dzwonię. Pytam, czy jej propozycja jest aktualna. Bo ja rodzę od kilku godzin. Powiedziała, że będzie jak najszybciej. Sprawdzono moje rozwarcie. 7 cm! To się dzieje na prawdę? Polożna proponuje gaz rozweselający. Biorę. Nie umiem oddychać z tym cholerstwem. Nie daje rady trzymać tego ustnika i łóżka jednocześnie przy skurczach. Za dużo naraz,świgam ustrojstwo w kąt. Każą leżeć na boku zeby mała dobrze weszła w kanał. Doula była krótko po 7. Co za ulga. Ktoś tylko dla mnie. Do pomocy. Wiedzaca jak pomóc. Nie zadawajaca pytań a proponująca rozwiązania. Masowała przy skurczach. Dawała pić po. Zagadywala pomiedzy.
I dopiero wtedy odchodzą mi wody i krótko po nich zaczynają się parte. Pelne rozwarcie i takie tam. Położna mówi jak chwycić nogi i pchać z całej siły. Nie mam pojęcia co robię, myślę, trzeba było jednak zaliczyć szkołę rodzenia. Dasz radę, słyszę, świetnie. Ale idzie opornie. Niby robie co trzeba,niby jeszcze jedno mocne pchnięcie i już. Nic z tego. Po 40 minutach położna prosi lekarke. Chwilę debatują. Pamiętam, że lekarka robi niemiłe komentarz, że niby kiepsko się staram. Żałuję że jej nie powiedziałam paru słów wtedy. Chcą podać oksytocyne, ale wyrywam przypadkiem wenflon. Nie mogę utrzymać nóg tak mi się poda ręce. Ciężko mi je nawet podciągnąć, dlaczego nie mam jakichś podpórek? Miała być oksytocyne i vacuum,na szczęście kończy się na nacięciu krocza. To co czuję to ulga. Jeszcze jedno parcie i rodzi się główka. Następne i mała jest! Jest na świecie! Dostaje ja taką zakrwawioną na siebie. Jest piękna jest moja jest! Nie pamiętam już skurczy, nie pamiętam bólu, nic. Jest tylko ona. Położna pyta douli czy chce przeciąć pępowinę. Kolejny piękny moment. lekarka mnie szyję. Gadamy sobie z doula jakbyśmy były na kawie. Małą w tym czasie ważą mierzą i badają. Doula robi zdjęcia cały czas. Zabrała ze sobą aparat kochana. Doktorka tłumaczy, że mam wysokie krocze i bez nacięcia bym nie urodziła (tzn bym pękła). Mała ma obrzęk na główce przez to (czyli jednak Pawłem jak trzeba hmm?). Zejdzie jej za dzień - dwa. Lekarka się zmywa. Położna mnie myje,przedtem dostaje malutką do piersi. Od razu wie co ma robić.
Jesteśmy razem. Nie czuję zmęczenia. Ani bólu. Tylko spokój i szczęście. Jest przedpołudnie. Doula zostaje jeszcze ze mną. Zajmuje się małą gdy jem obiad. Podkarmia białą czekoladą. Udało się. Nikt ani przez chwilę nie pomyślał o cesarce. To mała zadecydowała jak przyjdzie na świat.
A moja doktor? Nawet nie zajrzała zapytać jak się czuję.
niedziela, 17 kwietnia 2016
Mijają dni
Minął i miesiąc. Nawet nie wiem kiedy... Wszystko się zmieniło,a jakby zawsze tak było. Wiercipiętka jest kochana i tak różna od Klopsika. On - ostoja spokoju, ona - lubi krzyk. On szał co się da - smok, palec, u name it. Ona - cyc li tylko, smok jej tak ochydny, że po jak minie można pomyśleć że nie wiem co jej daję. Nie lubi kąpieli - on uwielbia od początku, nie cierpi przebierania - jemu było obojętne. Ale poza epizodami krzyki jest aniołkiem. I Klops też. Buziaki jak daje, głaszcze po główce, 'śpiewa' kołysanki, pilnuje niani...
Tylko te spacery... Ona płacze jak tylko się zatrzymamy. On nie chce jechać na dostawce choć nogi mdleją. Jest uparty. Ja wymiekam. Ale udało mi się odbyć pierwszy od miesiąca spokojny spacer. Ona w nosidełku,on za rękę. Druga ręka mamy wolna 😊 na plecach plecak. Ona śpi. Nad nim panuje. Można. Tylko ile mogę ją w nosidle?
Jest dobrze. Codzienność jest piękna. Ogarniam to lepiej niż gdy Klops był tak maly. Kryzysy się zdarzają, głównie z mojego niewyspania (dlaczego teraz nie śpię? ). Bywa ciężko, ale ona taka mała będzie tak krótko... gdy tylko o tym pomyślę robi mi się mokro pod oczami i nic mi nie straszne.
Wpis o porodzie się pisze. Będzie. O połogu też bym mogła. Ale Wam oszczedze. Powiem tylko, że ja się w ogóle kiepsko goje. Więc wciąż czuję że mnie nacieli. Ale przeszkadza, nie ogranicza jak po cc.
To tyle na razie. Życzę Wam i sobie słońca :-)
Tylko te spacery... Ona płacze jak tylko się zatrzymamy. On nie chce jechać na dostawce choć nogi mdleją. Jest uparty. Ja wymiekam. Ale udało mi się odbyć pierwszy od miesiąca spokojny spacer. Ona w nosidełku,on za rękę. Druga ręka mamy wolna 😊 na plecach plecak. Ona śpi. Nad nim panuje. Można. Tylko ile mogę ją w nosidle?
Jest dobrze. Codzienność jest piękna. Ogarniam to lepiej niż gdy Klops był tak maly. Kryzysy się zdarzają, głównie z mojego niewyspania (dlaczego teraz nie śpię? ). Bywa ciężko, ale ona taka mała będzie tak krótko... gdy tylko o tym pomyślę robi mi się mokro pod oczami i nic mi nie straszne.
Wpis o porodzie się pisze. Będzie. O połogu też bym mogła. Ale Wam oszczedze. Powiem tylko, że ja się w ogóle kiepsko goje. Więc wciąż czuję że mnie nacieli. Ale przeszkadza, nie ogranicza jak po cc.
To tyle na razie. Życzę Wam i sobie słońca :-)
Subskrybuj:
Posty (Atom)



