Pogodą nie zachwycała. Klops obudził się (i mnie) jakoś po 6. Ale przewinięty i nakarmiony został odesłany z tatą do salonu. Mama spała do 9. Dobry początek :-).
Przy kawie zarządziłam
Rozmawiałam wczoraj z S., jedziemy do nich w odwiedziny.
I to był klucz do wyjątkowości tego dnia. Mogłam się ładnie ubrać, pogadać z kimś, kto nie jest z rodziny Taty Klopsa, posiedzieć gdzieś indziej niż na działce. Nie zrozumcie mnie źle, cenie sobie naszą działkę ale niekiedy... No cóż mam jej powyżej, razem z towarzystwem, które się nie zmienia, a tak na prawdę nie ma nikogo, z kim mogłabym sobie pogadać o d. Maryny. Nie mam wspólnego języka z siostrą Taty K. (cóż, nie ufam, nawet na pierdoły).
Mogliśmy też przetestować nową brykę Klopsa - parasolkę lekką i małą po złożeniu - prezent od babci. Powiem tak - super sprawa, i da się złożyć / rozłożyć jedną ręką, w drugiej dzierżąc Klopsa.
Wracając do tematu - spędziliśmy u S i B cały dzień, Klops był zachwycony, my się zrelaksowaliśmy.
A w sobotę jedziemy nad morze. Na kilka dni. Stąd potrzeba parasolki. Łóżeczko turystyczne pożyczone. Pralka kręci się non-stop, prasowanie rośnie. Jestem ciekawa, jak to będzie. Dodam, że jestem przerażona, bo jedziemy z teściową, szwagrem, do szwagierki, jej m i synka. Masakra. Ale może morze to morze? Żeby tylko pogoda dopisała.
Czy jest coś, co powinnam koniecznie zabrać ze sobą (poza standardowym zestawem niezbędnym do życia). Jakieś nietypowe patenty na wakacje z małolatem?
wtorek, 28 lipca 2015
piątek, 17 lipca 2015
wielka jedenastka
Jest późno i padam z nóg, ale jak nie zrobię tego teraz, to boje się, że połowa mi umknie. Zresztą w tle leci Sex and the City, to i spać od razu nie pójdę. Więc podsumujmy kolejny miesiąc:
- Klops waży równą dyszke. Jest co dźwigać na czwarty hak plus zakupy.
- stoi pewnie, mama dostaje zawału gdy stojąc przy, jakby inaczej, rogu stołu kawowego podrzuca obie (!) ręce w górę, by uderzyć z hukiem w stół. Czasem się przewróci, ale dzieje się to jakby w zwolnionym tempie i raczej krzywdy sobie nie robi.
- nauczył się zamykać szufladę tak, żeby nie przytrzasnąć palców. Nauczył się doświadczeniem niestety, ale za to skutecznie.
- wędruje przy meblach i ścianach.
- bawimy się w berka - raczkuje sprintem.
- umiejętności komunikacyjne przeszły na level hard. Pokazuje 'nie ma, 'lampa', 'nosek', pokazuje palcem na różne rzeczy, a jak coś chce (najlepiej do jedzenia), to pokazuje to, a później na siebie. Jest przy tym tak przesłodki...
- zapala i gasi światło. Zabawa na wszystkie smutki.
- nie dostaje cyca koło północy. I śpi do rana. Karmie go rano i wieczorem. Poza tym w ciągu dnia je wszystko. WSZYSTKO (co mu się da oczywiście. Choć do oreo sam się dorwał, musiałam interweniować). Raz dałam mu spróbować ogórka małosolnego (sama zrobiłam:-)) i nie chciał go puścić. Przy jego śniadaniu można myć naczynia. Nie zawsze, oczywiście, ale daje rade sam. I jeszcze się nie zakrztusił ;-) (dziękuję tu Isie za wyłożenie tematu odruchu wymiotnego u niemowląt)
- myje ząbki. W końcu ma aż dwa. Lubi mielić szczoteczkę w buzi, niech się przyzwyczaja.
- mamy problem z piciem. Wkrecilo mu się picie z flachy na leżąco. Nie umie sobie wziąć i się napić, potrzebuje kogoś do pomocy.
- nie przewraca się z brzucha na plecy. No nie umie albo mu się nie chce. Zrobił to trzy razy w życiu.
- przewijanie to katastrofa. Wymyśliłyście coś na to? Of course zabawki w łapkę nie działają.
A dziś zasnął w wózku na siedząco. Z pozdrowieniami dla ciotki Leśnej. :-)
- Klops waży równą dyszke. Jest co dźwigać na czwarty hak plus zakupy.
- stoi pewnie, mama dostaje zawału gdy stojąc przy, jakby inaczej, rogu stołu kawowego podrzuca obie (!) ręce w górę, by uderzyć z hukiem w stół. Czasem się przewróci, ale dzieje się to jakby w zwolnionym tempie i raczej krzywdy sobie nie robi.
- nauczył się zamykać szufladę tak, żeby nie przytrzasnąć palców. Nauczył się doświadczeniem niestety, ale za to skutecznie.
- wędruje przy meblach i ścianach.
- bawimy się w berka - raczkuje sprintem.
- umiejętności komunikacyjne przeszły na level hard. Pokazuje 'nie ma, 'lampa', 'nosek', pokazuje palcem na różne rzeczy, a jak coś chce (najlepiej do jedzenia), to pokazuje to, a później na siebie. Jest przy tym tak przesłodki...
- zapala i gasi światło. Zabawa na wszystkie smutki.
- nie dostaje cyca koło północy. I śpi do rana. Karmie go rano i wieczorem. Poza tym w ciągu dnia je wszystko. WSZYSTKO (co mu się da oczywiście. Choć do oreo sam się dorwał, musiałam interweniować). Raz dałam mu spróbować ogórka małosolnego (sama zrobiłam:-)) i nie chciał go puścić. Przy jego śniadaniu można myć naczynia. Nie zawsze, oczywiście, ale daje rade sam. I jeszcze się nie zakrztusił ;-) (dziękuję tu Isie za wyłożenie tematu odruchu wymiotnego u niemowląt)
- myje ząbki. W końcu ma aż dwa. Lubi mielić szczoteczkę w buzi, niech się przyzwyczaja.
- mamy problem z piciem. Wkrecilo mu się picie z flachy na leżąco. Nie umie sobie wziąć i się napić, potrzebuje kogoś do pomocy.
- nie przewraca się z brzucha na plecy. No nie umie albo mu się nie chce. Zrobił to trzy razy w życiu.
- przewijanie to katastrofa. Wymyśliłyście coś na to? Of course zabawki w łapkę nie działają.
A dziś zasnął w wózku na siedząco. Z pozdrowieniami dla ciotki Leśnej. :-)
środa, 8 lipca 2015
o pogodzie
Lubię upały.
Pisałam o tym chyba jeszcze w ciąży. Nigdy nie jest tak ciepło, żeby było za ciepło.
Swoją drogą znoszę je o wiele lepiej niż reszta społeczeństwa. Dokoła wszyscy wyłączeni, a ja zastanawiam się który ultra-letni ciuch wrzucić na siebie.
Najbardziej lubię upalne noce
W jednej z książek Musierowicz była taka scena, jak w upalną czerwcową noc dziewczyny gotowały gazpacho. Zawsze mi się to przypomina.
Upalne noce to też najmilsze chyba chwile spędzane z moją mamą. To po niej odziedziczyłam miłość do upałów. W takie noce często siedziałyśmy w kuchni i rozmawiałyśmy o wszystkim. Rzadko kiedy nam się udawało tak pogadać. Piłyśmy herbatę (tak, gorącą) i gadałyśmy.
Brakuje mi tego teraz, jak nie mieszkamy razem. Tata Klopsika źle znosi upały. Narzeka, męczy się, a w nocy, no cóż - śpi.
Za to Klopsik ma kłopoty z zaśnięciem. Dopiero koło 22 pada.
A teraz przyszła burza. taka porządna. Taka tu, nad moją głową. Uwielbiam. Kwintesencja lata.
Dobranoc.
Ja pewnie jeszcze posiedzę.
Może zadzwonię do mamy? Pewnie nie śpi.
Pisałam o tym chyba jeszcze w ciąży. Nigdy nie jest tak ciepło, żeby było za ciepło.
Swoją drogą znoszę je o wiele lepiej niż reszta społeczeństwa. Dokoła wszyscy wyłączeni, a ja zastanawiam się który ultra-letni ciuch wrzucić na siebie.
Najbardziej lubię upalne noce
W jednej z książek Musierowicz była taka scena, jak w upalną czerwcową noc dziewczyny gotowały gazpacho. Zawsze mi się to przypomina.
Upalne noce to też najmilsze chyba chwile spędzane z moją mamą. To po niej odziedziczyłam miłość do upałów. W takie noce często siedziałyśmy w kuchni i rozmawiałyśmy o wszystkim. Rzadko kiedy nam się udawało tak pogadać. Piłyśmy herbatę (tak, gorącą) i gadałyśmy.
Brakuje mi tego teraz, jak nie mieszkamy razem. Tata Klopsika źle znosi upały. Narzeka, męczy się, a w nocy, no cóż - śpi.
Za to Klopsik ma kłopoty z zaśnięciem. Dopiero koło 22 pada.
A teraz przyszła burza. taka porządna. Taka tu, nad moją głową. Uwielbiam. Kwintesencja lata.
Dobranoc.
Ja pewnie jeszcze posiedzę.
Może zadzwonię do mamy? Pewnie nie śpi.
czwartek, 25 czerwca 2015
never ending story
To będzie typowy wpis 'dear diary moments'.
Zaczęło się jak Klops miał miesięcy pięć. Najżałośniejszy płacz jaki słyszałam. Sprint taty do apteki gdy wszystkie domowe sposoby zawiodły.
Żel na dziąsła zadziałał cuda. Gryzaki tylko sprawiały większy ból. Nawet te z lodówki. Dobrze robił lód podawany w siateczce do nauki jedzenia owoców, ale na krótko. Gdy ból nie dawał spać, w ruch poszła camilia. Wierzę w homeopatie, bo nie sądzę żeby na niemowlę mogło działać placebo. A ta homeopatia pomogła. I tak walczyliśmy. Gdy nic nie pomagało na marudzenie, żel. Gdy była już tragedia - krople.
Nie było szalonego ślinienia czy pakowania łapek do buzi. Było za to odrzucenie niekapka, bo za twardy w nim plastik. Raz było trzeba podać krople więcej niż raz dziennie, raz nie było nawet mruknięcia z bólu. I tak długie miesiące. Aż do dziś. Po 10 miesiącach, 11 dniach, 9 godzinach i 39 minutach, smarując dziąsełka Klopsa żelem wyczułam go. Delikatnie się wychylił. Jak wierzchołek góry ponad chmurami.
Mamy pierwszy ząb. Dolna prawa jedynka. A już myślałam, że się nie doczekam.
:-)
I żeby nie było, wiem, że to dopiero początek.
Zaczęło się jak Klops miał miesięcy pięć. Najżałośniejszy płacz jaki słyszałam. Sprint taty do apteki gdy wszystkie domowe sposoby zawiodły.
Żel na dziąsła zadziałał cuda. Gryzaki tylko sprawiały większy ból. Nawet te z lodówki. Dobrze robił lód podawany w siateczce do nauki jedzenia owoców, ale na krótko. Gdy ból nie dawał spać, w ruch poszła camilia. Wierzę w homeopatie, bo nie sądzę żeby na niemowlę mogło działać placebo. A ta homeopatia pomogła. I tak walczyliśmy. Gdy nic nie pomagało na marudzenie, żel. Gdy była już tragedia - krople.
Nie było szalonego ślinienia czy pakowania łapek do buzi. Było za to odrzucenie niekapka, bo za twardy w nim plastik. Raz było trzeba podać krople więcej niż raz dziennie, raz nie było nawet mruknięcia z bólu. I tak długie miesiące. Aż do dziś. Po 10 miesiącach, 11 dniach, 9 godzinach i 39 minutach, smarując dziąsełka Klopsa żelem wyczułam go. Delikatnie się wychylił. Jak wierzchołek góry ponad chmurami.
Mamy pierwszy ząb. Dolna prawa jedynka. A już myślałam, że się nie doczekam.
I żeby nie było, wiem, że to dopiero początek.
poniedziałek, 22 czerwca 2015
parafrazując
Zdążyłam wypić gorącą kawę.
Zdążyłam pomyć wszystkie lustra.
Zdążyłam zjeść z dzieckiem śniadanie.
Zdążyłam wymyślić prezent na dzień ojca.
Zdążyłam pojechać z Klopsem na basen.
Zdążyłam wjechać komuś w zad. Tak. Pierwsza stłuczka, a prawo jazdy mam od 9 lat.
A Ty? Co Ty zdążyłaś zrobić dziś przed 13?
Zdążyłam pomyć wszystkie lustra.
Zdążyłam zjeść z dzieckiem śniadanie.
Zdążyłam wymyślić prezent na dzień ojca.
Zdążyłam pojechać z Klopsem na basen.
Zdążyłam wjechać komuś w zad. Tak. Pierwsza stłuczka, a prawo jazdy mam od 9 lat.
A Ty? Co Ty zdążyłaś zrobić dziś przed 13?
czwartek, 18 czerwca 2015
dyszka
Kolejny miesiąc za nami, nie do wiary (mówię to co miesiąc, nie?)
Tym razem jednak zmieniło się sporo. Cały czas nie mogę uwierzyć, że czynności o które nawet bym go nie posądzała jednego dnia, drugiego już próbuje, a na czwarty - ma opanowane, może nie do perfekcji, ale dość by je wykonywać z żabim rechotem. Więc czas podsumować:
- Klops raczkuje w trybie turbo. Śmiga po całych sześćdziesięciukilku metrach mieszkania.
- Wstaje w oparciu o cokolwiek. Nawet się szczególnie nie obala, chyba że za podporę odbierze sobie moje spodnie - dresowe. Albo spódnicę.
- Bawi się przy grającym stoliku, rzuca kubeczkami bez celu i piłką do celu - mama lub tata (mniej więcej ;-))
- Resztę zabawek generalnie olewa. Ciekawszy jest dekoder i telewizor - a konkretnie guziczki. Kontakt też jest ciekawy, ale mama przegania. I drzwi od szafek, i szuflady. Tylko szczypią w palce. I pralka, oooo pralka jest super.
- Wita się machnięciem rączką jak ktoś mu przypasi. 'papa' raczej nie ogarnia. Od wczoraj bije brawo.
- Kręci głową 'nie, nie, nie'. Z szeeeeeerokim uśmiechem.
- sam zje parówke (przekrojoną na pół) czy truskawki. Mniam, mniam, ale najbardziej lubi jajecznice na parze z pomidorem. Aż się trzęsie. Cały, nie tylko uszy.
- Przeszedł na jedną drzemke po tym, jak dwa razy dobił do godziny 21.30. Już wróciliśmy do spania około 19.
- wszystko go interesuje. Pies szczekajacy na ulicy. Śmieciarka. Tramwaj. Samoloty! (ach pokazy oglądane z działki :-)). Swoje zainteresowanie pokazuje patrząc na mnie wymownie i mówiąc 'u, u, uuuu'.
- Zdarzy mu się wyartykułować 'mamama'. Raczej rzadko i na pewno przypadkiem, ale i tak jestem dumna.
- Wyjada nam obiad z talerza. Konkretnie tacie (takie ich 'thing'. Ja tylko pilnuje jakości wyjadanych cudów - żeby nie było tłuste, smażone i sztuczne)
- Żeby nie było za kolorowo robi dantejskie sceny przy przewijaniu. Mostki, wygibasy, zwijanie się, wszystko przy akompaniamencie ryku ze-skóry-obdzierają-mnieeeeeeeee!
- Rano wita mnie na stojąco w swoim łóżeczku opuszczonym na sam dół. Kombinuje nie reagować od razu żeby nauczył się tam chwile sam bawić. I wprowadzam zasadę, że jak ktoś śpi, to się nie budzi go bez powodu. To może zaprocentować... Ale to takie małe próby.
- złości się jak diabli jak mu coś nie pasuje. No tupałby nogami gdyby umiał na tyle stać.
- daje buziaki. Mi, tacie, odbiciu w lustrze. Zabawkom.
Jest moim małym cudem, największym szczęściem. Cieszę się, że mogę go codziennie obserwować i towarzyszyć mu. Przeraża mnie myśl o powrocie do pracy. Mimo wszystko. Jutro idziemy na konferencje. Mam nadzieję, że wytrzyma :-)
Dobranoc!
Tym razem jednak zmieniło się sporo. Cały czas nie mogę uwierzyć, że czynności o które nawet bym go nie posądzała jednego dnia, drugiego już próbuje, a na czwarty - ma opanowane, może nie do perfekcji, ale dość by je wykonywać z żabim rechotem. Więc czas podsumować:
- Klops raczkuje w trybie turbo. Śmiga po całych sześćdziesięciukilku metrach mieszkania.
- Wstaje w oparciu o cokolwiek. Nawet się szczególnie nie obala, chyba że za podporę odbierze sobie moje spodnie - dresowe. Albo spódnicę.
- Bawi się przy grającym stoliku, rzuca kubeczkami bez celu i piłką do celu - mama lub tata (mniej więcej ;-))
- Resztę zabawek generalnie olewa. Ciekawszy jest dekoder i telewizor - a konkretnie guziczki. Kontakt też jest ciekawy, ale mama przegania. I drzwi od szafek, i szuflady. Tylko szczypią w palce. I pralka, oooo pralka jest super.
- Wita się machnięciem rączką jak ktoś mu przypasi. 'papa' raczej nie ogarnia. Od wczoraj bije brawo.
- Kręci głową 'nie, nie, nie'. Z szeeeeeerokim uśmiechem.
- sam zje parówke (przekrojoną na pół) czy truskawki. Mniam, mniam, ale najbardziej lubi jajecznice na parze z pomidorem. Aż się trzęsie. Cały, nie tylko uszy.
- Przeszedł na jedną drzemke po tym, jak dwa razy dobił do godziny 21.30. Już wróciliśmy do spania około 19.
- wszystko go interesuje. Pies szczekajacy na ulicy. Śmieciarka. Tramwaj. Samoloty! (ach pokazy oglądane z działki :-)). Swoje zainteresowanie pokazuje patrząc na mnie wymownie i mówiąc 'u, u, uuuu'.
- Zdarzy mu się wyartykułować 'mamama'. Raczej rzadko i na pewno przypadkiem, ale i tak jestem dumna.
- Wyjada nam obiad z talerza. Konkretnie tacie (takie ich 'thing'. Ja tylko pilnuje jakości wyjadanych cudów - żeby nie było tłuste, smażone i sztuczne)
- Żeby nie było za kolorowo robi dantejskie sceny przy przewijaniu. Mostki, wygibasy, zwijanie się, wszystko przy akompaniamencie ryku ze-skóry-obdzierają-mnieeeeeeeee!
- Rano wita mnie na stojąco w swoim łóżeczku opuszczonym na sam dół. Kombinuje nie reagować od razu żeby nauczył się tam chwile sam bawić. I wprowadzam zasadę, że jak ktoś śpi, to się nie budzi go bez powodu. To może zaprocentować... Ale to takie małe próby.
- złości się jak diabli jak mu coś nie pasuje. No tupałby nogami gdyby umiał na tyle stać.
- daje buziaki. Mi, tacie, odbiciu w lustrze. Zabawkom.
Jest moim małym cudem, największym szczęściem. Cieszę się, że mogę go codziennie obserwować i towarzyszyć mu. Przeraża mnie myśl o powrocie do pracy. Mimo wszystko. Jutro idziemy na konferencje. Mam nadzieję, że wytrzyma :-)
Dobranoc!
niedziela, 7 czerwca 2015
wreszcie pada!
Miało być 'mamy alergię', ale radość z dłuuuugo oczekiwanego deszczu jest większa, bo od jakichś dwóch tygodni razem z Klopsem smarkamy, kichamy i kaszlemy. On dostaje Zyrtek, ja niestety tylko wapno, więc ze mną jest gorzej.
Zaczęło się oczywiście na działce, bo tam pyłków więcej, ale i w domu nie jest łatwo. Na początku leciała woda z nosa, ale po dwóch dniach gile zrobiły się zielone, co mnie zmartwiło nie na żarty. Do lekarza. Pani dr mówi, że to przez zapalenie spojówek. Ok. Krople do oczu i heja. Nie ma poprawy, dochodzi kaszel (u Pink czytam o zapaleniu płuc, panikuje). Dr ogląda Klopsika na prawo i lewo i wydaje werdykt, który ja, sądząc po sobie, sugerowałam już za pierwszym razem. No i sobie tak jedziemy na tym Zyrteku, jest dużo lepiej, nabyliśmy też drogą kupna nebulizator, z którym mamy zgłosić się do pani dr. Nie wiedzieć czemu uznała, że musi nas nauczyć obsługi zanim zleci czym inhalować. No ale prawdziwa ulga przyjdzie z deszczem, który zmyje to tałatajstwo. I mam. Doczekałam się :-)
Mam jednak nadzieję, że popada krótko, aczkolwiek porządnie i wyjdzie słońce. Bo chętnie pojedziemy dziś również dziś na działkę, gdzie spędzamy ten, i właściwie wszystkie inne weekendy. Dla Klopsa to prawdziwy raj.
Zaczęło się oczywiście na działce, bo tam pyłków więcej, ale i w domu nie jest łatwo. Na początku leciała woda z nosa, ale po dwóch dniach gile zrobiły się zielone, co mnie zmartwiło nie na żarty. Do lekarza. Pani dr mówi, że to przez zapalenie spojówek. Ok. Krople do oczu i heja. Nie ma poprawy, dochodzi kaszel (u Pink czytam o zapaleniu płuc, panikuje). Dr ogląda Klopsika na prawo i lewo i wydaje werdykt, który ja, sądząc po sobie, sugerowałam już za pierwszym razem. No i sobie tak jedziemy na tym Zyrteku, jest dużo lepiej, nabyliśmy też drogą kupna nebulizator, z którym mamy zgłosić się do pani dr. Nie wiedzieć czemu uznała, że musi nas nauczyć obsługi zanim zleci czym inhalować. No ale prawdziwa ulga przyjdzie z deszczem, który zmyje to tałatajstwo. I mam. Doczekałam się :-)
Mam jednak nadzieję, że popada krótko, aczkolwiek porządnie i wyjdzie słońce. Bo chętnie pojedziemy dziś również dziś na działkę, gdzie spędzamy ten, i właściwie wszystkie inne weekendy. Dla Klopsa to prawdziwy raj.
Subskrybuj:
Posty (Atom)