środa, 1 października 2014

codzienność, codziennie coś nowego

Codziennie rano budze się prawie o tej samej porze, spokojnie i pomalutku. Mamusia i tatuś śmieją się, że mam zegarek gdzieś schowany.

Jestem Klopsik i w tym tygodniu skoncze 7 tydzień życia.

Jak już obudze rodziców, to tatuś mnie przewija a mamusia biegnie do toalety, bo po przewijaniu mama mnie karmi. Czasem jem spokojnie, a czasem tak szybko i lapczywie, że muszę zylion razy odbijać, a i tak czasem kończy się 'ulaniem' czyli wypluciem polowy z tego co zjadlem. Wtedy mamusia się trochę martwi, że będę glodny, ale niepotrzebnie. Często też jak pije to piszcze i brzmie jak maly ptaszek, a to podobno przez wiotkosc krtani.
Jak juz się najem to bywa różnie. Czasem od razu zasypiam jak kamień. Można mnie wtedy polo żyć do lozeczka i spie do następnego karmienia (na które trzeba mnie nieraz obudzić). Czasem też lubię sobie pogadac z mamusia no i z tatusiem, ale tatuś chodzi do pracy wiec z mamą gadam częściej. Od piątku nawet się do nich uśmiecham! Przedtem robilem to tylko przez sen. Czasem tez po jedzeniu niby zasne u ma musi na rękach, ale jak tylko spróbuje mnie odlozyc do lozeczka to się budze. Nie ma śniadania mamusia ani picia gorącej kawy! :-)
Bardzo lubię chodzić na spacery. Bardzo dobrze się wtedy śpi. Przy okazji robimy z mamą wtedy zakupy. Mamusia kupuje sobie cos na obiadek i później się tym ze mną dzieli ;-P na początku smaków byli bardzo malo, teraz mama tylko pilnuje żeby jedzonko byli dobrej jakości. Brzuszek mnie narazie nie boli od tego co mama je, ale mama tez pije taka herbatke dla mam co karmią i ona jest chyba dobra na nasze trawienie.
W weekendy tata zabiera nas na wycieczki. Bardzo dobrze się na nich śpi. Lubię te wycieczki. Lubię też być z babcią, z babcią zawsze jest wesolo.
Moje rączki i nóżki są bardzo wesole i ruchliwe. Czasem nóżki rozkopia mi rożek i muszę wtedy za woląc mamusie żeby to naprawila. A czasem moje rączki trafiają do mojej buzki, bardzo są smaczne te rączki.
W przyszlym tygodniu idę do szczepienia. Mamusia mówi, że trochę ociaga się z ta wizyta, bo się troszeczke pospieszylem na ten świat. A przez szczepienie na gruźlicę dwa dni nie moglem sie ogarnac i duzo plakalem jak mi ten glupi bąbel wyszedl.
 To na razie wszystkie najważniejsze sprawy. Strasznie się wlasnie wierce przez sen, wiec kończymy to pisanie, bo nie wiadomo, czy się nie obudze.

poniedziałek, 1 września 2014

drama king

Mamy wrzesień, czas leci tak strasznie szybko... klopsik jeszcze przed terminem, a jednak śpi najspokojniej w świecie w swoim lozeczku. Ale nie bylo wcale tak spokojnie...

Ostatnie upalne dni. Klopsik rozpycha się w brzuszku bardziej niż dotychczas naciskając przy okazji jakiś nerw i zmuszając mamę do przebywania w dość wykreconej pozycji. Mamusia tlumaczy klopsikowi, żeby posiedzial w brzuszku jeszcze chociaż tydzień, żeby byl dojrzaly i żeby nie musial męczyć się w tym upale. Mamusia zrobila ostatnie zakupy dla klopsika, na kartce napisala, ze brakuje dwóch, czy trzech rzeczy i nastawila budzik na 7 żeby zbadać sobie krew.
W nocy strasznie się rozpadalo. Dawno tak nie lalo. Mamę jak co noc obudzil pelen pęcherz, ale w toalecie zauwazyla cos jeszcze. Czerwone 'klaczki' krwi, mamusia slyszala, że tak się zdarza. Obudzila babcię klopsika i powiedziala: jedziemy do szpitala. Szybko się ubraly, wziely torebkę i wsiadly do taksówki. Szybka decyzja który szpital - ten, bo w tamtym nie chce rodzic (rodzic? Przecież nie jedziemy rodzic, mama!)
Pani Podala mamie mnóstwo papierów do podpisania, oświadczeń do wypelnienia, sprawdzila klopsikowi tętno, dala koszule szpitalna i kazala się rozebrać żeby pan doktor mogl zbadać. Pan doktor wygladal na zmeczonego i byl nieco zlosliwy, ale bardzo profesjonalny, a mamusia jak jest nieogarnieta to jej dobrze robi nieco ostrzejsze traktowanie. 'Szyjka twarda, nic się nie dzieje ale plamienie jest, bierzemy na obserwacje'.
Mamusia pojechala do góry, babcia poczekala aż ja podlacza pod ktg i poszla do domu po rzeczy dla mamy. 'Przelezymy tu dlugi weekend klopsiku, rano zadzwonimy do tatusia, niech się chociaż on wyspi' pomyslala mamusia i ulozyla się wygodnie z sprzętem na brzuchu. Klopsik się wiercil, tętno klopsika nie bylo równe, ale mamusia przedtem nie mila nigdy ktg i nie wiedziala czy to dobrze czy źle... przysnela, w końcu bylo juz po 4 rano. Po pól godzinie mamę obudzily glosy. Nad mama i klopsikiem stalo co najmniej 10 osób, w tym znajomy juz pan doktor, nie wyglądający teraz na zmęczonego, zdecydowanie nie. Z slow ludzi mamusia zrozumiala tylko ze cos jest nie tak i nie mogą znaleźć tętna klopsika...
Mamy zgodę na cięcie?
Zdejmie pani stanik?
Ona nie czuje skurczy...
Szybko, na dol na operacyjna.
Odklejanie lozyska, nie ma czasu!
Proszę się przesiąść. 
Co z ta zgoda??
Proszę wygiac plecy, nie opierać rąk. Trochę ukluje.
Proszę tu podpisac , ze zgadza się pianina cesarskie cięcie.
Czy coś pani czuje? Nie? To dobrze.
Co pani tak cicho, dobrze się pani czuje?
Już kochana, wszystko będzie dobrze.
Mamy zdrowego, krzyczącego chlopca.
Mój klopsik...
Proszę go ucalowac. 
Moje maleństwo...
Muszę go juz zabrać, bo nam zmarznie. 9 punktów.
Mój Boże... co się wlasnie stalo?
Może i mieliśmy jeszcze godzinę, ale kto mogl wiedzieć?
Tu szyjesz w przód...
Dobrze się pani czuje? Juz kończymy.
Ale mi nogi scierply, ciągle wyprostowane... o boże to moje kolano? Ja nic nie czuje! Mój maluszek, gdzie on jest...

Przyszedl na świat tak nagle, babcia nie zdążyla przynieść kapci, mamusia nie zdążyla zadzwonić do taty. Lubi chlopak zaskakiwać.
Mamusia już zawsze będzie miala lzy w oczach na myśl co by bylo gdyby...
...się nie obudzila na siku
...postanowila poczekać do rana
...pojechala do innego szpitala
...
A później podchodzi do klopsika i daje mu buziaka i dziękuje, że jest.

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

mama zla?

'A polozna macie?' zapytala mnie zaaferowana sis. noo, tak trzeba miec. 'ale nie srodowiskowa, wlasna' a po co mnie obca baba jeszcze jedna na sali?

i tak zasiana zostala we mnie watpliwosc czy na pewno wszystko jest ok z moim podejsciem do calego porodu i wogole wogole...

po pierwsze:
nie panikuje. nie, nie boje sie porodu. a przynajmniej nie ogarnia mnie blady strach na sama mysl o nim. nie roztrzasam co to bedzie i co moze sie stac choc pewnie i tak sie nie stanie. i nie zastanawiam sie czy bedzie dlugo trwal i czy bedzie bardzo bolalo. ja chce tylko, zeby efektem tego galimatiasu byl zdrowy, maly, slodki klopsik. bardziej sie stresuje tym, zeby wykarmic go piersia niz samym porodem.

po drugie:
nie mamy prywatnej poloznej. ani douli. ani doradcy laktacyjnego ani pani od chustowania, przewijania, noszenia pierwszej pomocy, p-poz i bhp czy co tam jeszcze mozna miec. nie mamy i tyle. dzielace sie doswiadczeniami i 'dobrymi' radami kolezanki w zupelnosci wystarcza, nie wspominajac o tych wszystkich zyczliwych kompletnie obcych ludziach ktorzy zawsze maja cos do powiedzenia. wieksza czesc z tych osob zreszta baaardzo lubi skrytykowac te wybory, ktorych akurat jestem pewna, i ma w zanadrzu ze 150 paskudnych, mrozacych krew w zylach historii... moje wlasne watpliwosci rozwiewa madra ksiazka i lektura paru zaufanych blogow.

po trzecie:
zadnych szkol rodzenia i innych dziwnych treningow. no nie i juz.

po czwarte:
jeszcze od tej ciazy nie umarlam. serio nieraz mam wrazenie ze powinnam. te wszystkie wspolczujace 'jak sie trzymasz? dajesz rade?' brzmia jakby ciaza byla najgorszym co moze sie kobiecie przytafic. i ja wiem, ze nie raz jest ciezko (jak teraz gdy mlody masakruje mi zebra i pozycje do pisana mam komiczna) ale nawet jak boli i zagaga i duszno i ciezko to i tak czuje sie swietnie bo jestem w ciazy! i ciesze sie kazda sekunda!

i taka sobie jestem. niedobra, nieopowiedzialna i nieprzygotowana mama zla?

poniedziałek, 28 lipca 2014

lato, lato...

opowieści z cyklu dobre rady i inne mądrości zna każda ciężarówka. ja najbardziej lubię jak mi wszyscy dokoła współczują lata w ciąży. oh, będziesz cierpieć,  jej jak ci będzie ciężko  i najlepsze będzie ci gorąco!
no nie, nie do wiary.
czyli jak się nie jest w ciąży to cię 33stopnie w cieniu nie ruszają? hmmmmm
a ja tam lubię jak jest gorąco.
i jak się kulamy na zakupy przed południem
i jak popołudniu wędrujemy
i na wieczornych spacerach, bo chodzenie idzie nam lepiej niż siedzenie
i jak nie możemy zasnąć
i jak śpimy do 9 - co zaczynam uznawać za dłuuuugo przy zwyczajowych pobudkach o 7 rano nie ważne, o której się poszło spać

za to nie chciała bym być ciąży zimą, z tymi wszystkimi warstwami ubrań... w chłodne dni wiosną już mi guma na spodniach ciążowych przeszkadzała i wcale nie dlatego, że ciasna...

i tak na dobry początek - bo tak traktuje to, że dawno nie pisałam i teraz chcę zacząć na serio - taki drobiazg, mały wpis. kilka większych tematów roi mi się w głowie, tylko cholerka pozycje do pisania muszę dobrą znaleźć bo źle się nam siedzi... ale to jedyny mankament, poza tym strasznie mi jest dobrze w tej ciąży i staram się cieszyć każdym jej dniem :-) i powtarzam naszemu maleństwu, że jeszcze miesiąc musi posiedzieć :-) później niech się dzieje

piątek, 18 lipca 2014

to prawda, co mówią

ciężko uwierzyć jak mówią: nie myśl, zajmij się czymś innym, nie spinaj się tak.

w grudniu przyszły zmiany. przede wszystkim - w pracy. rezygnowałam z jednego - tego stresującego, tego, które tak kiedyś kochałam, a w listopadzie już niemal nienawidziłam - zrezygnowałam z tego miejsca pracy, bo udało się więcej robić gdzie indziej. zmiana, nowe obowiązki, mniej stresu, mniej czasu! przede wszystkim mniej czasu!
przyszły też problemy innych... problemy ciążowe zupełnie innej barwy niż te moje, moje - o których nikt nie wiedział. S. wpadła z drugim. no i później okazało się, że kiedy latałam jej po test, po którym płakała, że sobie z drugim nie poradzi, kiedy jeździłam z nią po szpitalach bo podejrzewali u niej pozamaciczną i kiedy zaraz potem przyszło Boże Narodzenie - w moim brzuszku już gniazdko wił sobie mały mieszkaniec.

tak po cichutku to zrobił, nic nie podejrzewałam. ani kiedy rybka w occie tak strasznie pyszna była, ani kiedy sukienka przyciasna w biuście jakoś bardziej niż na okres, ani kiedy po świętach ten jeden jedyny gripex takie mdłości wywołał i przespać trzeba było całe popołudnie. i tylko wizja ostrej - w końcu odstresować miała! - imprezy sylwestrowej pchnęła mnie do wyciągnięcia z szafy leżącego tam już jakiś czas testa i olania go.

'tak sobie ostatnio właśnie myślałem - czy ty nie jesteś w ciąży' - powiedział mój drugi połówek i tak się zaczęło to, co teraz tak wierzga gdzieś między pęcherzem a żołądkiem. tylko czasu nie było, by to wszystko opisać...

piątek, 8 listopada 2013

zdumiewająco optymistycznie



parę dni temu przypętał się do mnie ogrooomny optymizm. nie wiem skąd, patrząc przez okno w pracy, którą znielubiłam (choć lubiłam kiedyś bardzo), za którym to oknem leją się szare strugiu deszczu (na który raz na jakiś czas muszę wyjść...) i mimo pewnego przedmiotu który czeka na właściciela i który miesiąc temu wprowadziłby mnie w stan... no cóż prawie depresyjny. mimo tego wszystkiego moje myśli są różowe. 

i zamierzam się ich trzymać i nie myśleć o tym, że mogę spaść z tej chmurki, choć w tyle głowy wiem, że upadek będzie bolesny... ale przecież optymistycznie wmawiam sobie, że go nie będzie!

dostałam wczoraj zaskakujący prezent - bardzo kolorowy. zaskakujący prezent, autor prezentu również a motywy kompletnie nieznane... tym bardziej cudny choć bardzo prosty: kredki! zwykłe kredki bambino. od 5ciolatka. :-) 

made my day.

week even!