There is nothing more I have to say about it
czwartek, 28 listopada 2013
piątek, 8 listopada 2013
zdumiewająco optymistycznie
parę dni temu przypętał się do mnie ogrooomny optymizm. nie wiem skąd, patrząc przez okno w pracy, którą znielubiłam (choć lubiłam kiedyś bardzo), za którym to oknem leją się szare strugiu deszczu (na który raz na jakiś czas muszę wyjść...) i mimo pewnego przedmiotu który czeka na właściciela i który miesiąc temu wprowadziłby mnie w stan... no cóż prawie depresyjny. mimo tego wszystkiego moje myśli są różowe.
i zamierzam się ich trzymać i nie myśleć o tym, że mogę spaść z tej chmurki, choć w tyle głowy wiem, że upadek będzie bolesny... ale przecież optymistycznie wmawiam sobie, że go nie będzie!
dostałam wczoraj zaskakujący prezent - bardzo kolorowy. zaskakujący prezent, autor prezentu również a motywy kompletnie nieznane... tym bardziej cudny choć bardzo prosty: kredki! zwykłe kredki bambino. od 5ciolatka. :-)
made my day.
week even!
piątek, 25 października 2013
on and on and on...
podglądam ostatnio inne blogi
aż mi głupio, pewnie będziecie się ze mnie śmiały, jak już przypadkiem któraś tu zajrzy...
czuje, że to co robie jest głupie, żałosne...
czego ja tu szukam? nawet ze statystyk nie wypadłam żeby się martwić o to, co będzie
ale może po dwóch fałszywie (?) pozytywnych testach w tym roku mam takie maleńkie prawo się martwić? nie wiem co o tym myśleć
chyba powinnam sie cieszyć, że zaczynam mieć w miarę regularne cykle...
ale nie mogę przestac myśleć, nie mogę przestać się martwić
czy ja jestem normalna?
aż mi głupio, pewnie będziecie się ze mnie śmiały, jak już przypadkiem któraś tu zajrzy...
czuje, że to co robie jest głupie, żałosne...
czego ja tu szukam? nawet ze statystyk nie wypadłam żeby się martwić o to, co będzie
ale może po dwóch fałszywie (?) pozytywnych testach w tym roku mam takie maleńkie prawo się martwić? nie wiem co o tym myśleć
chyba powinnam sie cieszyć, że zaczynam mieć w miarę regularne cykle...
ale nie mogę przestac myśleć, nie mogę przestać się martwić
czy ja jestem normalna?
środa, 28 sierpnia 2013
more 'downs' than 'ups'
w sobotę przyszła @.
bolało. nie tylko fizycznie, choć i to bardzo. byliśmy ze znajomymi, powinnam się trzymać ale nie dałam rady. popłakałam się. trzy razy się popłakałam. płakałam Mu w rękaw i wiem, że nie umiał sobie z tym poradzić. ale oprócz tego, że wiem, że On nie umie się mną obsługiwać, kiedy pękam, zrozumiałam, że nie tylko mnie to boli i że nie tylko ja mam lęki i obawy co do swojej osoby i swoich możliwości, ale On też. i zastanawiam się po co nam ta cholerna presja? skąd ona się wzięła?
to idiotyczne, że oboje tak bardzo chcemy i tak bardzo się boimy jednocześnie. przecież jesteśmy super i bez dziecka. ono nas nie może definiować jako ludzi jako związek. nie może. to nie ma sensu. jesteśmy my. i może będzie dziecko. a jak nie będzie, to kupimy sobie kota. mamy siebie to powinno być, NIE! to jest najważniejsze. kropka.
a w sobotę się upiłam. i dobrze. należało mi się.
w tym miesiącu nie będzie dupka, bo nie zdążę po receptę do gina. wyczytałam, że olej z wiesiołka pomaga, nie tylko na zaciążenie, ale na całego PMSa. a ja mam ostrego - cycki bolą tuż po owu, pryszcze wyskakują jak głupie i poziom nerwowości sięga zenitu. więc wypróbuje, od dziś. zobaczymy jakie będą efekty.
chciałabym jeden dzień nie myśleć o tym ani przez chwilę...
bolało. nie tylko fizycznie, choć i to bardzo. byliśmy ze znajomymi, powinnam się trzymać ale nie dałam rady. popłakałam się. trzy razy się popłakałam. płakałam Mu w rękaw i wiem, że nie umiał sobie z tym poradzić. ale oprócz tego, że wiem, że On nie umie się mną obsługiwać, kiedy pękam, zrozumiałam, że nie tylko mnie to boli i że nie tylko ja mam lęki i obawy co do swojej osoby i swoich możliwości, ale On też. i zastanawiam się po co nam ta cholerna presja? skąd ona się wzięła?
to idiotyczne, że oboje tak bardzo chcemy i tak bardzo się boimy jednocześnie. przecież jesteśmy super i bez dziecka. ono nas nie może definiować jako ludzi jako związek. nie może. to nie ma sensu. jesteśmy my. i może będzie dziecko. a jak nie będzie, to kupimy sobie kota. mamy siebie to powinno być, NIE! to jest najważniejsze. kropka.
a w sobotę się upiłam. i dobrze. należało mi się.
w tym miesiącu nie będzie dupka, bo nie zdążę po receptę do gina. wyczytałam, że olej z wiesiołka pomaga, nie tylko na zaciążenie, ale na całego PMSa. a ja mam ostrego - cycki bolą tuż po owu, pryszcze wyskakują jak głupie i poziom nerwowości sięga zenitu. więc wypróbuje, od dziś. zobaczymy jakie będą efekty.
chciałabym jeden dzień nie myśleć o tym ani przez chwilę...
czwartek, 22 sierpnia 2013
przeprowadzka
postanowiłam przenieść swoje śmieci tutaj z innej, bardziej komercyjnej witryny. opinie innych blogowiczek sprawiły, że nie mam ochoty tam pisać od jakiegoś już czasu, a pisanie jest mi potrzebne - i to bardzo.
jestem właśnie w trakcie drugiego cyklu z dupkiem, znaczy duphastonem. a konkretnie to skończyłam 10-cio dniową dawkę i teraz... czekam. z nadzieją, wielką nadzieją. nadzieją której się wręcz boję. dupka skończyłam brać w niedzielę, dziś jest już czwartek ale... ostatnio czekałam na @ półtora tygodnia. i dlatego boję się zrobić test. i czekam. wszystkie objawy ciążowe mogą być okresowe - staram się o tym pamiętać. czuję się wzdęta i nie-ciasne nigdy jeansy zdają się cisnąć. ale to też może mieć milion powodów. więc czekam... i będę pisać tu. a mam jeszcze co opisywać w swej krótkiej, acz wyboistej wędrówce staraniowej...
jestem właśnie w trakcie drugiego cyklu z dupkiem, znaczy duphastonem. a konkretnie to skończyłam 10-cio dniową dawkę i teraz... czekam. z nadzieją, wielką nadzieją. nadzieją której się wręcz boję. dupka skończyłam brać w niedzielę, dziś jest już czwartek ale... ostatnio czekałam na @ półtora tygodnia. i dlatego boję się zrobić test. i czekam. wszystkie objawy ciążowe mogą być okresowe - staram się o tym pamiętać. czuję się wzdęta i nie-ciasne nigdy jeansy zdają się cisnąć. ale to też może mieć milion powodów. więc czekam... i będę pisać tu. a mam jeszcze co opisywać w swej krótkiej, acz wyboistej wędrówce staraniowej...
ja czekam i czekam i czekam...
pierwsze pojawienie się drugiej bladej kreski mocno się na mnie odbiło. najgorsze było to, że właściwie nic się nie stało. teoretycznie.
można sobie to tłumaczyć na wiele sposobów. błąd testu. ciąża biochemiczna. puste jajeczko. myślałam już nawet, że mam urojenia po prostu. żadne wytłumaczenie dobre, żadne nie załagodzi uczucia straty i zawiedzionych nadziei... ale cóż, ponoć jestem realistką i racjonalistką więc trza po prostu żyć dalej... i być dobrej myśli...?
a więc żyliśmy dalej, starałam się wyluzować, nie myśleć o tym - aha jasne. nic z tego myślałam bez przerwy, zastanawiałam się czy jestem już? czy nie?
nie wiem, co mam myśleć o tym, że kolejny okres też się spóźniał. spóźniał się tydzień. test negatywny. spóźniał się dwa. test negatywny. cholera, co się dzieje? gdzie mój okres? nic, czekam dalej. po trzech tygodniach postanowiłam zapisać się do lekarza, i to do takiego na 'już'. nie łatwo takiego znaleźć, na szczęście z odsieczą przyszła S. dając numer do przychodni, w której co prawda nie była, ale koleżanka S. była kiedyś i nie było źle. 'nie było źle' nie jest dobrą recenzją gabinetu, przekonałam się o tym parę dni później, ale zapisałam się bez problemu. do pani doktor, bo ponoć u niej była koleżanka S. ja osobiście dobrych doświadczeń z paniami ginekolog nie mam, bo ta na która trafiłam jako nastolatka na pierwszą wizytę w życiu założyła z góry, że dziewicą nie jestem i wielce ją zdziwiło, że boli mnie jak wyjechała do mnie z ciężkim sprzętem. cóż jednak było robić, termin na za trzy dni więc idealnie!
wieczór przed byłam tak zdenerwowana, że głowa mała. zwolnienie z pracy na czas wizyty załatwione. test na rano gotowy. wstałam następnego dnia i pierwsze siusiu zrobiłam na testa. cholera co to? znów baaardzo blada druga kreska? nic, idziemy z tym fantem do pani doktor, profesjonalistka to w końcu może coś zaradzi... 'może' okazało się być słowem kluczowym.
słabo to widzę
chyba każda dziewczyna, która kiedykolwiek robiła test ciążowy, niezależnie od wyniku jakiego oczekiwała, zgodzi się ze mną, że jest to najdłużej ciągnące się 5 minut na świecie. i moja czasoprzestrzeń w związku z tym jest już tak rozciągnięta, że niedługo pęknie...
ile testów już zrobiłam nie zliczę, nie ma sensu. jednak dwa z nich sprawiły, że moja wiara w to, że kiedykolwiek się uda zamiast się wzmocnić - osłabła. dziś opowiem o tym pierwszym...
to było wiosną, zaczęło się w końcu robić ciepło, zbliżały się moje urodziny. małpa spóźniała się dłużej niż zwykle, minął weekend postanowiłam osikać testa! po kilku długich minutach ukazało mi się co miało być cudem - druga blada kreska! nie mogłam w to uwierzyć, On też, nasza wspólna radość, byłam przeszczęśliwa, zbyt szczęśliwa jak miało się wkrótce okazać...
zanim zderzyłam się z tym, co miało nadejść, musiałam zmierzyć się ze służbą zdrowia. chciałam zapisać się do mojego lekarza, ale pani powiedziała, ze dopiero za trzy-cztery tygodnie ma wony termin. wkurzyłam się, bo na moje słowa o podejrzeniu ciąży powiedziała, że i tak mnie nie poprowadzi bo ma już 'komplet ciężarnych' na nfz. wtf??? wyszłam stamtąd zła jak osa, nie zapisawszy się wcale, czego później miałam żałować... ale nic, wróciłam do domu, popłakałam się z wściekłości i bezsilności - bo tak naprawdę to bezsilność jest tym, co doprowadza mnie do łez... więc ostatnio częściej płacze...
nie minęło dużo czasu, parę godzin tak naprawdę i w trzy dni po wykonaniu testu rozbolało mnie podbrzusze i dostałam okres. do dziś nie wiem, co się wtedy stało. później powiedziano mi, że powinnam była się zgłosić do szpitala. może? ale przecież to absurd w sumie bo co - mam iść do szpitala i powiedzieć że mam okres? czy tak? nie wiem, skąd te dwie kreski, test długo leżał na półce nim zebrałam się, żeby go wyrzucić... płakałam długo w nocy, samotnie czy w Jego ramię... poczucie bezsilności, beznadziei, oraz to, że jestem do niczego. nie nadaje się widocznie do zajścia w ciąże - tak myślałam. zresztą, do dziś nie wiem co myśleć. dokoła dziewczyny zachodzą w ciążę jedna po drugiej, koleżanka za koleżanką ...a ja? w czym ja jestem gorsza?
historia jakich zapewne milion... moja różni się tym, że nigdy wcześniej jej nie opowiadałam. nikt nie wie, tylko ja i On, o tamtej drugiej kresce. dlaczego? dlaczego nie powiedziałam przyjaciółce, że prawdopodobnie jestem w ciąży? przecież cieszyłaby się tak jak ja? dlaczego uznaliśmy, że lepiej nikomu nie mówić 'w razie w', w razie czego? a moje poczucie straty czegoś, kogoś kogo może w ogóle nie było? czy powinnam była zrobić drugi test, potwierdzić tą bladą kreskę?
gdybym wtedy wiedziała, że to dopiero początek...
Subskrybuj:
Posty (Atom)