Pokazywanie postów oznaczonych etykietą test ciążowy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą test ciążowy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 22 sierpnia 2013

ja czekam i czekam i czekam...

pierwsze pojawienie się drugiej bladej kreski mocno się na mnie odbiło. najgorsze było to, że właściwie nic się nie stało. teoretycznie.
można sobie to tłumaczyć na wiele sposobów. błąd testu. ciąża biochemiczna. puste jajeczko. myślałam już nawet, że mam urojenia po prostu. żadne wytłumaczenie dobre, żadne nie załagodzi uczucia straty i zawiedzionych nadziei... ale cóż, ponoć jestem realistką i racjonalistką więc trza po prostu żyć dalej... i być dobrej myśli...?
a więc żyliśmy dalej, starałam się wyluzować, nie myśleć o tym - aha jasne. nic z tego myślałam bez przerwy, zastanawiałam się czy jestem już? czy nie?
nie wiem, co mam myśleć o tym, że kolejny okres też się spóźniał. spóźniał się tydzień. test negatywny. spóźniał się dwa. test negatywny. cholera, co się dzieje? gdzie mój okres? nic, czekam dalej. po trzech tygodniach postanowiłam zapisać się do lekarza, i to do takiego na 'już'. nie łatwo takiego znaleźć, na szczęście z odsieczą przyszła S. dając numer do przychodni, w której co prawda nie była, ale koleżanka S. była kiedyś i nie było źle. 'nie było źle' nie jest dobrą recenzją gabinetu, przekonałam się o tym parę dni później, ale zapisałam się bez problemu. do pani doktor, bo ponoć u niej była koleżanka  S. ja osobiście dobrych doświadczeń z paniami ginekolog nie mam, bo ta na która trafiłam jako nastolatka na pierwszą wizytę w życiu założyła z góry, że dziewicą nie jestem i wielce ją zdziwiło, że boli mnie jak wyjechała do mnie z ciężkim sprzętem. cóż jednak było robić, termin na za trzy dni więc idealnie!
wieczór przed byłam tak zdenerwowana, że głowa mała. zwolnienie z pracy na czas wizyty załatwione. test na rano gotowy. wstałam następnego dnia i pierwsze siusiu zrobiłam na testa. cholera co to? znów baaardzo blada druga kreska? nic, idziemy z tym fantem do pani doktor, profesjonalistka to w końcu może coś zaradzi... 'może' okazało się być słowem kluczowym.

słabo to widzę

chyba każda dziewczyna, która kiedykolwiek robiła test ciążowy, niezależnie od wyniku jakiego oczekiwała, zgodzi się ze mną, że jest to najdłużej ciągnące się 5 minut na świecie. i moja czasoprzestrzeń w związku z tym jest już tak rozciągnięta, że niedługo pęknie...
ile testów już zrobiłam nie zliczę, nie ma sensu. jednak dwa z nich sprawiły, że moja wiara w to, że kiedykolwiek się uda zamiast się wzmocnić - osłabła. dziś opowiem o tym pierwszym...
to było wiosną, zaczęło się w końcu robić ciepło, zbliżały się moje urodziny. małpa spóźniała się dłużej niż zwykle, minął weekend postanowiłam osikać testa! po kilku długich minutach ukazało mi się co miało być cudem - druga blada kreska! nie mogłam w to uwierzyć, On też, nasza wspólna radość, byłam przeszczęśliwa, zbyt szczęśliwa jak miało się wkrótce okazać...
zanim zderzyłam się z tym, co miało nadejść, musiałam zmierzyć się ze służbą zdrowia. chciałam zapisać się do mojego lekarza, ale pani powiedziała, ze dopiero za trzy-cztery tygodnie ma wony termin. wkurzyłam się, bo na moje słowa o podejrzeniu ciąży powiedziała,  że i tak mnie nie poprowadzi bo ma już 'komplet ciężarnych' na nfz. wtf??? wyszłam stamtąd zła jak osa, nie zapisawszy się wcale, czego później miałam żałować... ale nic, wróciłam do domu, popłakałam się z wściekłości i bezsilności - bo tak naprawdę to bezsilność jest  tym, co doprowadza mnie do łez... więc ostatnio częściej płacze...
nie minęło dużo czasu, parę godzin tak naprawdę i w trzy dni po wykonaniu testu rozbolało mnie podbrzusze i dostałam okres. do dziś nie wiem, co się wtedy stało. później powiedziano mi, że powinnam była się zgłosić do szpitala. może? ale przecież to absurd w sumie bo co - mam iść do szpitala i powiedzieć że mam okres? czy tak? nie wiem, skąd te dwie kreski, test długo leżał na półce nim zebrałam się, żeby go wyrzucić... płakałam długo w nocy, samotnie czy w Jego ramię... poczucie bezsilności, beznadziei, oraz to, że jestem do niczego. nie nadaje się widocznie do zajścia w ciąże - tak myślałam. zresztą, do dziś nie wiem co myśleć. dokoła dziewczyny zachodzą w ciążę jedna po drugiej, koleżanka za koleżanką ...a ja? w czym ja jestem gorsza?
historia jakich zapewne milion... moja różni się tym, że nigdy wcześniej jej nie opowiadałam. nikt nie wie, tylko ja i On, o tamtej drugiej kresce. dlaczego? dlaczego nie powiedziałam przyjaciółce, że prawdopodobnie jestem w ciąży? przecież cieszyłaby się tak jak ja? dlaczego uznaliśmy, że lepiej nikomu nie mówić 'w razie w', w razie czego? a moje poczucie straty czegoś, kogoś kogo może w ogóle nie było? czy powinnam była zrobić drugi test, potwierdzić tą bladą kreskę?
gdybym wtedy wiedziała, że to dopiero początek...