piątek, 30 grudnia 2016

Bla ble bla

Czyli podsumowanie kolejnego miesiąca życia moich dwóch malych klonów :-)
Tytułowe słowa - jeśli można je tak nazwać ;-) - to pierwsze co moja corka powiedziała. Dotychczas były to 'jedynie ' glosne okrzyki 'AaaaAAAa!'...

...To było już tydzień temu. Jak widać  z czasem na pisanie kiepsko... zwłaszcza, kiedy trzeba go dzielić między szycie sprzatanie gotowanie i ząbkowanie; -) będzie więc podsumowanie w punktach:

Klops:
Siusia na kibelek. Kupa nadal w pieluche.
Apetyt dopisuje. Waga 14.4 kg.
Gada jak stary. Odmienia przez osoby, przypadki, czasy. Liczy do dziesięciu i czeka na brawa. Podśpiewuje sobie piosenki znane i wymyślone. Jest bardzo dociekliwy (nie chcielibyście słyszeć jak po raz 16374 tłumaczę zasady działania piorunochronu)
Przytula, całuje, mówi, że kocha. Jednocześnie bije, krzyczy, rozkazuje.
Przywiązuje dużą wagę do rutyny. Ile łez wylał bo ktoś zapomniał kolejności zdarzeń np przy wchodzeniu do domu ile afer z tego było. .. aż są chwile gdzie zastanawiam się czy to na pewno normalne...

Wiercipiętka:
Przybija piątki
Robi papa
Rozdaje buziaki - ludziom i misiom
'Gada'
Bawi się w akuki
Chce chodzić za rączki
Je wszystko co zdobędzie; -) pije za to tylko moje mleko, rzadką kaszkę i wodę z miodem
Waga 8.5kg.

Co poza tym? Święta minęły nam nad wyraz spokojnie - bez kłótni czy fochow. To duży sukces zwlaszcza z mojej strony. Za to w biegu - caly tydzień przed był szalony. Wigilia u nas z moją mamą. Pierwsze święto kawa u tesciowej i kawa u mojego ojca. Trochę męczące bo gdy dodać dojazd, drzemkę młodej i to, że jeszcze obiad w domu musielismy zaliczyć to wlasciwie bez wytchnienia. A w gosciach też szczegolnie nie odpoczelismy. Z teściową nie mam o czym gadać. Nawet jak spytalam jak dzieciaki zareagowały na prezenty uslyszalam 'dobrze'. Szkoda sił na rozmowę. I szkoda,ze2kazdy oczekuje, że wpadniemy ale zaprasza coby nie musieć nic szykować - sorry tak to jakos odebralam. Ale nic to. Poza tym było bardzo miło i świątecznie. Udalo nam się też nie naszykowac za duzo jedzenia - zazwyczaj sa to takie ilości, ze albo jemy do urzygu, albo wyrzucamy. Albo mrozimy zeby whrzucic za pol roku.

A jutro już Sylwester. Koniec 2016. zdecydowanie najlepszym wydarzeniem roku byly narodziny Malutkiej. Poza tym byl to ciezki rok. Kryzys za kryzysem, choroba ciotki, wiele znanych i lubianych odeszlo. A dzis odszedl nasz znajomy - z tych lepszych choc rzadko widywanych. Zawal. Roczmik '90. Nie ogarniam.

Niniejszym życzę Wam, zeby nadchodzacy rok był dobry. U nas szykuja sie zmiany - ja wracam do pracy, Klopsik jesienia do przedszkola. Mam nadzieję, że przetrwamy ten 2017, byle razem. Ściskam Was wszystkie.


Happy New Year!
A od Młodej Blablebla!😘

środa, 23 listopada 2016

Kryzysik

Przyszedł jakoś tydzień temu i nie chce sobie pójść. Niby mamy sukces - pierwszy ząbek, ale kolejne trzy sie anonsują z hukiem. Dodać do tego zapewne skok rozwojowy, pominięcie porannej drzemki i zalążki lęku separacyjnego i mamy mieszankę wybuchową. Czy wspomniałam o zbliżającym się okresie? I zwariowanej pogodzie? No i jeszcze Klops na deser, który zaczął psocić się siostrze i popychać ją  (zawsze poprzedzając to słowami 'para buch!'wtf?).

Mieszkanie tonie w bałaganie. No dobra - tonęło, dziś udało mi się wreszcie posprzątać. Ciekawe na jak długo?  Do porannego raczkowania z bułką w ręce?

Macie na zbyciu bilety na karaiby? A wlasciwie to jeden. Na razie powrotny nie potrzebny ;-)

piątek, 11 listopada 2016

Aktualności plus podsumowanie 8 i 27 miesięcy plus bonus

Wieczór, 23. Dla mnie jest wcześnie - ostatnio chadzam spać w okolicach 1. A dzisjeszcze moje małe klony dały mi pospacć do 8. No święto jak nic. M zmienił kanał  bo on 'po raz setny sexu oglądał nie będzie'. Tego w wielkim mieście ;-). Po czym poszedł spać. Więc mogę wrócić do serialu i coś to skrobnąć.
Co u nas... zimno, ale to wszędzie. Miłe to zimno, przynajmniej nie leje. Grzeje się gorącą herbatą. Cały rok zresztą ją piję i to taką, że ledwo się zaparzy ja już próbuję pić  Dzieciaki herbaty nie potrzebują. Ciągle są w ruchu. Klops skacze i biega po całym domu, a buzia mu się przy tym nie zamyka. Najbardziej zadziwiają mnie jego opowieści o zdarzeniach sprzed kilku miesiecy czy tygodni. Pamięć jak u słonia. Wierszyki też recytuje fragmentami, to niesamowite jak jedno słowo prowadzi go do wiersza. Mówi na przykład, że coś jest duże, wielkie - i kontynuuje - 'oglomne i pot pływa tu-ta oliwa'. Albo ja mówię 'skandal' a on 'nie do wiary'.
A Wiercipięta? Pracuje na swoją ksywke. To, że raczkuje po calym domu już pisałam. Teraz wstaje w oparciu o cokolwiek. Stół, tapczan, noga mamy, łóżko brata, brodzik, you name it. Do tego smieje się i gaworzy. Mało spi w dzień - szkoda czasu. Dużo je. W ogóle nie przeszkadzają jej grudki (w odróżnieniu od brata gdy byl w jej wieku). W nocy śpi ładnie ale nad ranem domaga sie tulasków z rodzicami.
A jeśli ktoś się zastanawia dlaczego chodzę spać o 1 to może zajrzeć na szycie wieczorne na blogspocie. Celowo nie podaję linku a i ta część wpisu wkrotce zniknie, ale jakoś chcę się z Wami tym podzielić.
A teraz przyznajcie się ile rogali zjadlyscie? Bo ja ani jednego - ale leżą przede mną i na pewno im nie odpuszczę!

wtorek, 25 października 2016

Zmienić perspektywę

Czasem się uda.
Zobaczyć coś więcej niż asfalt pod butem. I zgnity liść. Nie pilnować hulajnogi czy roweru.
I to wszystko tuż pod nosem. W centrum miasta. Pięć minut od domu. Dziesięć - klopsikowym tempem.

Złota Polska jesień.





sobota, 8 października 2016

Przełomy

W poniedziałkowe popołudnie syn mój pierworodny zdjął po drzemce pieluche i od tej chwili załatwia swoje potrzeby na nocnik. Oczywiście tylko w dzień i tylko gdy jesteśmy w domu. Oczywiście zdarzają się awarie i dwójki w pieluche. Ale załapał! Udało się! Warto było wałkować temat całe lato, małymi kroczkami (i wcale nie specjalnie konsekwentnie). Puchne z dumy i radości, że temat pieluch i Klopsa zmierza w kierunku końca.

Córka moja za to wędruje po całym domu, namiętnie grzebie w doniczce, chętnie zajrzala by też do śmieci. Goni z piskiem kota babci. Siedzi tak prosto, że aż mi wstyd kiedy sama się grabie. Wszystko pakuje do buzi. Najlepiej swoje palce,konkretnie środkowy i serdeczny.
Za to je mniej chętnie, choć jest coraz lepiej. Nie lubi smoczka przy butelce, pije z niekapka. Nie lubi też silikonowych łyżeczek woli metalowe. Taka wybredna panienka.

A ja bez zmian - szyję. Teraz czapki i kominy. Mam też ucznia raz w tygodniu.

A z synem moim rozmawia się tak:

-Chciałem tam coś.
-Co chciałeś?
-Chciałem coś w kuchni.
-Ale co? Powiedz co?
-Co.

Kurtyna.

poniedziałek, 26 września 2016

To był dobry dzień

Choć zaczął się nerwowo.
Mama zbierała rzeczy i szykowała dzieci do wyjścia.
Frantically. 
Już była na miejscu i babcia. Bluza Dziewczynki gdzieś się zapodziała. W tym bałaganie w szafie nic się nie da znaleźć. Mama wszystko wyrzuciła na podłogę. I dobrze. Bluza się znalazła a porządek zrobić było trzeba, później, popołudniu. A złe emocje uciekły.
Wsiedliśmy do auta i pojechaliśmy.
Mama się wymoczyla.
Dzieci się wyszalaly.
Nikt nie płakał.
Nikt nie krzyczał.
Nikt nie był niezadowolony.
Wróciliśmy.
Dzieci zasnely.
Mama posprzatala.
Zaczęła obiad.
Nie mogła skończyć. Nie da się stłuc kotletów bez budzenia dzieci.
Chłopcu snila się gorąca woda w basenie.
Pomógł stłuc młotkiem w mięsko.
Zjadł dużo. Dziewczynka też. I mama nawet zjadła.
Nikt nie płakał.
Nikt nie krzyczał.
Nikt nie był niezadowolony.

Posprzatalismy te ubranka i poszliśmy na rower. To znaczy chłopiec na rower, dziewczynka w wózku, mama po nóżkach.

Wróciliśmy.
Chłopiec zjadł czekoladke. I kolację.
Tata ich wykapal. I poszedł po zakupy.
Mama uspila.
'dobranoc mamusiu.
Dobranoc Wiercipietko. Kocham Cię Wiercipietko. Moja Wiercipietka taka malutka'
Czułe słówka od Klopsika.
Siebie mama też na chwilę uspila.

To był na prawdę dobry dzień.
Nikt nie płakał.
Nikt nie krzyczał.
Nikt nie był niezadowolony.

niedziela, 11 września 2016

Luzuj + co u nas

Takie duże mi się te dzieci zrobiły. ..
Starszy zagadalby na śmierć każdego. Opowiada bez końca i tylko czasem muszę robić za tłumacza :-)
Młodsza dobija już do półrocza. (Już? !?!?)
Jest wszędzie. Wszystkie 'dywanowe ' zabawki Klopsa są do zdobycia. Siada sobie tak śmiesznie boczkiem a czasem i zdarzy się jak po prostu usiąść. Wydaje mi się to bardzo szybko, młody zaczął siadać jak miał 8 miesięcy! No ale ma od kogo odgapiac :-). Zaczęła też przygodę z jedzeniem - była już kaszka, marchewka, kalafior, szpinak z ziemniakiem i dynia - ta ostatnia jej wybitnie zasmakowala. Wszysto gotuje sama i wekuje w sloiczkach po mini przecierach 90g. na razie nie zjada nawet połowy, ale nie o to przecież chodzi ;-)
Do Klopsa zaczyna docierać, że z Małą można się bawić. Jest na etapie 'to jes moje!' więc zabiera jej zabawki, ale czasem zapomni i po prostu się z nią bawi. A mnie serce rośnie :-)

A ja mam z nimi luza. No odkurzaczem jechałam dziś dookoła nich a oni nic! Nawet Klops nie walczył ze mną o odkurzacz! (Trochę dlatego, że był winny pokruszonej bułki. ..). Młoda zasypia sama, w nocy dwa razy wola o cyca, bawić potrafi się sama (bądź z Klopsem). Klops jest kochany i mimo swego buntu - do rany przyloz. Zwłaszcza jak chodzi za mną powtarzając jak mantrę 'mamusia'. I ugotować zdążę i uszyc coś i paznokcie sobie zrobić.

A jednak jestem strasznie sfrustrowana. Okropnie. Wszystko i mnie drażni i jestem jak bomba z opóznionym zapłonem. I choć wiem co jest powodem tego mojego podminowania  (co tu dużo gadać - zbyt często okazuje się, że mam w domu troje dzieci, przy czym to najstarsze najbardziej uparte i nieogarniete ...) to muszę wyluzować. Bo odbija się to na maluchach - kto by chciał spędzać czas z wiecznie marudzaca starą?  :-(

Co do planów związanych z pracą to nadal nie mam pomysłu... za to postanowiłam zapisać dzieciaki na basen. To i dla mnie będzie relaks, a babcia obiecała pomoc.

piątek, 2 września 2016

Idzie jesień?

Od zawsze początek września był dla mnie początkiem pracy. Nic więc dziwnego, że w ostatnich dniach myślę bardzo intensywnie: co dalej?

Nie da się ukryć, że posiadając na stanie dwoje małych ludzi chce się im zapewnić byt na poziomie. A w tym celu warto mieć robotę. Zresztą przerwa mnie myśl, że mogłabym być na (czyimkolwiek) utrzymaniu, bez własnej kasy.

Ale jak to ugryźć? 
Wziąć parę godzin w tygodniu? Musiałabym znaleźć sjo bliżej domu, półtorej godziny dojazdu to długo. A nie wszyscy szukają lektora od drugiego semestru.
Rozkręcić tłumaczenia? Najchętniej ustne ale chyba bym musiała sama się rozreklamować, nie wiem jak wkręcić się w ten zamknięty krąg... 
Szyć? Można na tym też zarobić ale cholera choć pomysłów mi nie brak to... ja wiem? Boję się?

Tkwie gdzieś na rozdrożu i nie wiem w która stronę ruszyć. Z jednej strony brakuje mi odwagi i jestem na siebie o to wściekła bo z drugiej strony - nie chcę iść po najmniejszej linii oporu. Do marca jeszcze trochę czasu. Ale jeśli chcę rozkręcić coś własnego to powinnam działać już dziś. 

czwartek, 18 sierpnia 2016

Się nazbierało. ..

Miałam odezwać się jeszcze przed wyjazdem a tu już kolejny weekend po powrocie mija i cisza...

Wakacje uznaję za udane. Do morza faktycznie bliziutko i choć plaża dość kamienista to ładna i przynajmniej nie było tłumów. Nawet pogoda nas nie zawiodła, bo mimo, że trochę popadało to słoneczko nas też rozpieszczało i nie ufundowało tropikalnych upałów. Dzięki temu mogliśmy spokojnie przesiadywać z dzieciakami na plaży i cieszyć szumem fal. Raz nawet obie latorośle usnęły i zostawione pod czujnym okiem cioci pozwoliły starym poszaleć we wodzie. Morze było ciepłe ale dość wzburzone i na prawdę nie rozumiem jak można nie czuć przed nim respektu i być nieostrożnym.

Na wyjeździe dzieci spały w nocy pięknie, oboje. Dzięki temu mogłam prawie zaliczyć jeden zachód słońca (prawie bo jak dotarłyśmy z kumpelą na plażę to już było właściwie po) a drugi zachód zaliczyliśmy z młodym a malutka spała pod okiem taty i wujków.



Kalosze okazały się niezbędne. Padało głównie w nocy ale omijanie kałuży było męczące dla obu stron ;-) w jedyny całkowicie deszczowy dzień pojechaliśmy do pobliskiego Darłowa i nabylismy je. Pojezdzilismy też na karuzelach. Długo będę pamiętać przejażdżkę na karuzeli na którą mało kto chciał wsiąść i przez większość czasu blagalam o koniec a po wszystkim prawie zwróciłam gofra ale i tak było warto - lubię to cóż a jako że, jak mówi mój brat 'od 3lat chodzę w ciąży ' jakaś rozrywka mi się należy!

Cóż trzeba jednak było wrócić z nad morza. Dzieci zniosly długa podróż autem zaskakująco dobrze. A w następny weekend czekały nas drugie urodziny Klopsika! Postanowiliśmy olać wszystko i pojechać na dłuższą wycieczkę. Po krótkim namyśle wybraliśmy Skorzęcin
Dla mnie była to podróż sentymentalna - jako dziecko spędzałam tam po miesiąc wakacji co roku. Dużo się tam zmieniło ale też wiele pozostało nietknięte zębem czasu. Piękne jezioro polodowcowe, piaszczysta plaża i cała masa knajp i atrakcji dla małych i dużych :-)

Uważam, że to była bardzo dobra decyzja. Zwłaszcza, że następnego dnia co-po-niektórym nie chciało się nawet tyłka ruszyć i musieliśmy dygac z tortem do nich. Nowa tradycja jakaś - chodzenie z tortem po rodzinie jubilata. Masakra. Nie wspominając, że tort bezowy jest słaby do przekładania z talerza na talerz.

Anyway urodziny się udały a prezent absolutnie no1 to hulajnoga! Dziś miała debiut w parku i jeeedzieeee!!!

Malutka z kolei skończyła 5 miesięcy, przesiadla się na spacerowke i z każdym dniem nabywa nowych umiejętności. Turla się po całym dywanie, obraca na wszystkie strony i zbiera siły do raczkowania. Cały czas śpi na brzuszku. Zaczęła się 'bawić ' zabawkami, najchętniej w towarzystwie Klopsa, który jest w ogóle najbardziej atrakcyjny i najciekawszy w świecie. Uwielbiam patrzeć na nich jak leżą obok siebie i Klopsik chwyta małą łapkę Wiercipiętki i tak się trzymają patrząc sobie głęboko w oczy. Mała lubi ostatnio też odbijać się od naszych kolan jak mała sprezynka ćwicząc nóżki, a ostatnio prawie zrobiła mi awanturę bo ona też chciała do piaskownicy :-)

Doczekałam się też pogaduszek z Klopsem. Rozbraja więc się podzielę:

Promenada. Chcę ogarnąć dziecki loda bo zaraz pocieknie po ręce aż do łokci. Moj syn na cały głos 'Mama! Nie jedz! Nie jedz! '

Nagle się rozpadalo a my nie mogliśmy znaleźć miejsca gdzie nas godnie nakarmią. W końcu zmęczona noszeniem Klopsa (a jak) sadzam go na krześle jakiegoś fast fooda a sama kucam przed nim. Chwyta mnie za poliki i mówi 'misiu wstań! '

Bierze pod włos. Idziemy parkiem i mówi 'nie nie, loda. Dzisiaj nie' chcesz loda? 'Mhm! '.

Przekreca wiadomo ale czasem leżę i kwicze. Księżyc np jest 'na nebie' tyko zamienia N na J. Podobnie herbatka to hebatka z J na miejscu H. ;-) krótko mówiąc klnie jak szewc. Najfajniejsze jest to, że można z nim pogadać. I fajnie obserwować jak wszystko analizuje i opowiada nagle o wydarzeniach sprzed kilku dni. (Teraz np 'dzielić babafkami Emilem. Czecież Ci nie zje).

A ja? Dalej sobie szyję po nocach. Wychodzę z dziećmi na drugi spacer popołudniu spotkać się z koleżankami - mamami z którymi znam się z czasów kiedy żadna z nas mama nie była.

A i pozbylismy się smoczka!  Zupełnie bezboleśnie :-) za to nocnik ciągle parzy. No nie usiądzie gola pupa i już ani na nocniku ani na nakładkę ani na klapę. Masakra ale nie składam broni.

Uff to chyba wszystko. Powiedziałabym, że  będę pisać częściej ale nie jest to łatwe ;-)
Buziaki!

wtorek, 19 lipca 2016

Kilka słów skrobnąć :-)

Nie żeby się u nas nic ciekawego nie działo. Ani też nie mogę powiedzieć, że kompletnie nie mam czasu. Jakoś nie po drodze mi z pisaniem, chociaż czytam Was cały czas regularnie, nawet jak rzadko się odzywam.

Co u nas? Cuda cuda! Klops w ciągu ostatniego miesiąca zaczął gadać i wali wlasciwie całymi zdaniami. No 'dzisiaj nie babaw, okro' (plac zabaw, mokro). Albo 'buły nie ma. Tata kupi.' No szaleństwo jakieś. Od rana do wieczora nadaje (chyba, że  się bo poprosi żeby coś powiedział, wtedy zapomnij). Nocnik troszeczkę oswojony. Tzn nie ucieka na samą myśl. Ale gołą pupa nie usiądzie.
A młoda? Bardzo towarzyska. Obraca się z plecków na boki i z brzucha na plecy. Śpi na brzuchu ale i tak zaraz przesiada się na spacerowke bo jak już nie śpi to chce wszystko widzieć. A mnie ręce mdleją :-) oczu od młodego nie może oderwać i 'gada' do niego jak najeta.

Przesiadka na spacerowke w połączeniu z tym, ze jedziemy nad morze (już nie długo! bez teściowej i 250m od morza hurra) i będzie to spacerowka parasolka postanowiłam umilić małej podróże i nabyć wkładkę do wózka. Żeby było miękko, czysto i przytulnie. Sprawdziłam ceny i jakość tych dostępnych na ali-dżi i stwierdziłam że takie to ja mogę sama uszyć. Dawno myślałam nad kupnem maszyny, a że mama moja takową posiada pożyczyłam, pozamawialam mnóstwo materiałów (tyle innych rzeczy mi zaczęło przychodzić do głowy...) i zaczęłam szyć. Będzie dwa - trzy tygodnie? Mam w końcu plecak worek, poduszkę antywstrząsową (i jeszcze jedną i jeszcze dwie), poduszkę gwiazdkę, wkładkę do wózka i zaraz idę szyć dalej :-) i jeszcze parę chętnych na te moje dzieła, że może mi się materiał zwróci chociaż. I poczucie satysfakcji. Coś namacalnego tworzę, mogę tego dotknąć i pokazać innym to dla mnie nowość  (no może poza dobrze zadnymi egzaminami moich uczniów).

A kryzysy? Krążą jak odległa burza i czasem siapia mrzawka a czasem ulewa się rozpeta. Ale ogólnie jest lepiej. Dziękuję Wam za troskę i wsparcie. Chyba faktycznie takie szaleństwo jest normalne przy dwóch bączkach.

Uciekam do mojej maszyny. Postaram się napisać jeszcze przed wyjazdem (zostało półtorej tygodnia!).

Jeszcze namiastka naszych poranków:

środa, 15 czerwca 2016

O czasie płynącym znów

To już trzy miesiące jak Wiercipiętka postanowiła przyjść na świat. Była taka malutka... nadal jest ale różnica jest ogromna. Dalej śpi li tylko na brzuszku. Wysoko trzyma głowę w tej pozycji. Nawet w wózku tak jeździ - w związku z tym dostała 'książeczkę ' do wózka (w formie jakby ochraniacza). Na macie za to woli na pleckach. Przewraca się na boczki - najchętniej w stronę Klopsa. Uśmiecha się mało, jest zbyt skupiona na obserwowaniu wszystkiego do koła. Wystawia język i grucha jak gołąbek. Klopsik tak nie robił :-) Śpi nieco mniej w dzień i to jest ten głupi moment, że nie za dużo mogę zrobić w domu bo nie zostawię ich samych w pokoju, a bujaczek jest jeszcze be no i muszę się po prostu przeorganizować.

A Klopsik? 22 miesiące ukończone. Gada codziennie więcej. Buntuje się tak, że ożesztymatkozcórkąisynemjapitole. Ponadto skacze i biega a z wyprawy do zoo przywiózł pamiątkę w postaci ukruszonej jedynki :-(. Na nocnik robić nie chce i strasznie mu się ostatnio pupa odparza... co nie pomaga przy jego buntowniczym nastawieniu gdzie wszystko jest 'nie' albo 'ty' czyli 'ja sam'.

Tak więc ogólnie mamy wesoło. I gile w gratisie  (coś tu pyli). I powiedziałabym, że in the end of the day jest cudownie. Bo dzieciaki są cudowne. Ale między starymi się pierdzieli. Cóż wszyscy mają kryzysy. Zobaczymy.

piątek, 3 czerwca 2016

Ważny dziś dzień

Leniwe popołudnie.
Leniuchujemy z Klopsem na kanapie.
Wiercipiętka śpi przy piersi.
Czekamy na tatę aż wróci z pracy.
Odpoczywam.
Klopsik gada do siebie.

Mama
Tata
A-a-a
Kocha
Tata
Kocha
Mama
Kocha
Niania
Kocha
Kocha
Efy (samoloty - od f16)
Kocha
Kocham (kiwa głową ).

Nowe słowo do słownika. Tak ładnie i wyraźnie powiedziane.
Ja też Cię kocham Klopsiku i Wiercipiętkę też 😊.

sobota, 28 maja 2016

Tako rzecze Klops

Z masy zbitek, ktore Klops wymawia mozna wylowic slowa, ktore zazwyczaj znacza to samo. Ku pamieci:

Mama,Tata, nie, be, ała - wiadomo
Ty - Klops
Kakaki - kakao
Apul - jabłko
Kakaka - ptak
Baba - woda, babka z piasku, wiaderko
Babu - światło, lampa
Niania - babcia
A-a-a (na melodię kotki dwa) - Wiercipiętka
Daj - daj, Masz
Nyna - cytryna
Nanana - banan
Łuf - pies
Niał - kot
Tetada - przeszkadza, pielucha, przepraszam
Aua- kawa
Tytyc  - księżyc
Ziata - gwiazda
Ti, Ata - herbata
Anki - bańki
Amam - alarm
Asia - esemes
Wiat - wiatr
Wieje - wieje
Dysc - deszcz, śnieg
Krki - kredki

A jak jest niegrzeczny mowi 'nie!be!  Ty Ty Ty... '


niedziela, 22 maja 2016

Weekendowo

To był piękny majowy weekend. Prawie letni. Pełen pięknych obrazków.

Oba dni spędziliśmy na działce, na która jeżdżę odkąd byłam taka jak Kolps teraz. Kiedyś jeździliśmy na niąz tatą, teraz ja zabieram na nią swoją rodzinę.

W końcu mamy porządną wodę. Jak byłam mała na działce była studnia, później ojciec sam zrobił odwiert i zainstalował co tam trzeba. Niestety jako że 'oszczedny' jest z natury już od kilku lat wody było co kot naplakal. Wkurzylismy się w końcu i zrobiliśmy nowy, bo przecież każdą kupiona roslinke skazywalismy na uschniecie. No i teraz możemy sadzić i podlewać.

A najbardziej z tej wody cieszy się Klops. Podlewa jak prawdziwy ogrodnik. Pierwszego dnia zmoczyl wszystko w tym trampki. Przebrałam go, ale butów nie mieliśmy na zmianę. Więc chodził boso :-) Dziś wzięłam mu już pepco - croc'sy. Sam lał w nie sobie wodę :-)




Zasadzilismy hortensje i rozanecznik. I zasialam co nieco. Oczywiście wszystko w asyście małego pomocnika. Róże zasadzone rok temu niedługo zakwitną.

Malutka ładnie śpi na dworze. Ale dużo też obserwuje. Jest już coraz bystrzejsza. Grucha jak gołąbek. No i jest najpiękniejsza na świecie ;-)

Klopsik też ucial sobie dziś drzemkę na kocu. Wczoraj wytrzymał cały dzień a wieczorem nawet nie chciał, żebym położyła się obok niego. Przyłożył główkę do poduszki i już to nie było. Bajkę opowiadalam tylko malutkiej :-) ona tak szybko nie zasnęła, wyspala się w dzień. Ale i tak o 20 już oboje chrapali.

I nawet byłam sama w biedronce. Sama! Istne szaleństwo. Później musiałam zawieść kolegę do szpitala (wygłupy dużych dzieci...). Zabrałam ze sobą Klopsa, Wiercipieta została z tatą. I matka wariatka już w połowie drogi miała wyrzuty sumienia że ją tak łatwo zostawiłam i że jestem niedobra i takie tam. Po 15 minutach rozłąki. Echhh...

A teraz dzieci śpią  (cała trójka if u know what i mean) a matka je kolacje malując paznokcie. I pisze trochę bez ładu i składu. Powietrze pachnie latem, w oddali słychać pociągi, ulice są spokojne (a mieszkam prawie w centrum).

Jutro z malutką do szczepienia... No i ma być gorąco. Muszę się nauczyć ubierać takie maleństwo na tą pogodę :-)

Dobrego tygodnia!

niedziela, 15 maja 2016

Zmiana kodu na 3 z przodu

Co tu dużo mówić - postarzałam się o kolejny rok. Nie mam z tym jednak najmniejszego problemu - ba! nie specjalnie mam czas o tym myśleć! Podsumowania? Miłość znalazłam, za granicą pożyłam, magister jest, i prawo jazdy, ale najważniejsze i tu wiek nie ma znaczenia - moje dwa szczęścia! No uśmiechu od malutkiej się nie doczekałam jeszcze, ale to nie ważne. Ważne, że jest, że są.

Same urodziny minęły zaskakująco miło, ciasto upiekłam  (to tydzień temu było próbne) i cala moja rodzinka zawitała  (na raty co prawda i bez brata co zagranica siedzi), a wieczorem choć tego nie planowałam specjalnie przyszło więcej niż kilku znajomych i siedzieliśmy do późnej (dla mnie to 2) nocy.

I dostałam morze moich ukochanych konwalii. A dodatkowo imieniny zaraz po moich urodzinach obchodzi Wiercipiętka i teraz ja mam komu kupować te kwiatki :-). Razem z moimi urodzinami Klops skończył 21 miesięcy a dzień po soich imieninach mała kończy 2 miesiące. Obfituje w okazje ten piękny Maj.

A Klops obserwuje pająka na ścianie i woła 'daaaj'. Miłej niedzieli :-*

sobota, 7 maja 2016

Postępy

Jakoś tak się złożyło, ze u każdego coś nowego :-) to trzeba napisać!

Oprócz tego, że w końcu zrobiło się ciepło (i to tak bardzo bardzo) to:
Klopsik zaprzyjaźnił się z łyżeczką. Jak ładnie trafia do buzi i to rosołem! No dumna z niego. Spacery też mamy już przyjeniejsze, jakoś lepiej mu idzie chodzenie, a czasem nawet bieganie. No i deska czasem jest używana - okazuje się, że brakło mu stabilności i teraz kiedy wózek nie jest zakryty i można się solidnie oprzeć jest lepiej. No i siostrę można po piłce poklepać.

Tak, bo ona to najchętniej na brzuchu i w wózku też. A jej przełom to sen - ostatnio nie budzi się w nocy. Tak mi miło ;-) Za to w dzień woli obserwować i czas wyjąć matę. Nie doczekalam się za to jeszcze uśmiechu. .. lada dzień pewnie to zobaczę.

A mama? Cóż zaczynam myśleć o lecie i o wakacjach (mamy zabookowany wyjazd nad morze) i o moim cóż brzuszku. Chciałabym to rozcwiczyc ale jak na razieidzie mi to słabo. Zamiast tego popełniłam swoją pierwszą w życiu tartę i pierwszy w życiu budyń i bezę! Oto efekt:





wtorek, 26 kwietnia 2016

A to było tak - vbac

Będzie długo :-)

W poniedziałek miałam się z rana stawić w szpitalu. Od której są przyjęcia? Od siódmej, ale im wcześniej pani będzie tym szybciej panią przyjmą. E tam, przecież i tak już tam zostanę, to co za różnica czy w,poczekalni czy na łóżku. Lepiej zjeść spokojnie śniadanie, napić się kawy, wstawić pranie i spakować ostatnich kilka dupereli.

Niedziela wieczór (późny). Posprzątane, paznokcie wyschły, kolacja prysznic i spać... Nooooot. Podczas kremowania się po kąpieli czuje, że coś ze mnie leci. Czy to żart? Bure to to. Jedziemy do szpitala. Już. Tylko wuja szybko ściągnięty do Klopsa.
W szpitalu powiedzieli, że mogła się zacząć szyjka skracać i stąd to. strasznie długo czekam aż mnie przyjmą. Bardzo młody i zestresowany doktor mówi, że faktycznie zaczęła się skracać. Ale nic się nie dzieje, ktg ok i zatrzymają mnie tylko dlatego, że bez sensu mi iść do domu na 3 godziny (bo to się noc ciemna zrobiła).
Blok porodowy. Pani położna mnie przyjmuje. Miła. Bardzo. oczywiście papierologia isto pytań do. Śmieje się, że zbladłam na sam dźwięk słowa wenflon, ale nie olewa. Bierze na łóżko założyć. Zagaduje. Bawi. Bardzo ciepła dziewczyna, mogłabym się z nią zaprzyjaźnić. Zakłada ktg, każe wołać jak co, ale lepiej spać. Więc zasypiam do następnej zmiany.
Rano. Pani z lewej miła, ale chora, antybiotyk itd. Trochę strach. Pani z prawej młodziutka,  rozgadała się dopiero na końcu. Po obiedzie przenoszą mnie na mój oddział docelowy. Przez cały dzień nie robią nic. Ani ktg, ani usg, no nic. Położne psioczą na ukochanego, że z Klopsem przyszedł.  przyniósł rosół. Wpada mama. Dziewczyny na sali w porządku. Telewizja, krzyżówki. Na sali jest nas pięć, trochę duszno. Boli mnie głowa. Ktg na dobranoc, w porządku. Jakoś zleciał pierwszy dzień.

Wtorek. Ktg, są jakieś tam skurcze. Przepowiadające pewnie. Czy pani je czuje? Tak (to dla mnie nowość). Obchód. Cc najwcześniej w poniedziałek. Bardzo smaczne śniadanie, rzeczywiście dobrze tu karmią. Moja pani dr bierze mnie na usg. Nie widzi tej skracającej się szyjki, co ją na izbie przyjęć widzieli. Wszystko ok. Łożysko w dobrej formie. Cesarka poniedziałek lub wtorek.
Ktg przed obiadem. Znowu są jakieś skurcze, ale nie myślę o nich. Do momentu, gdy siadam z mamą na korytarzu. Pielęgniarka rozmawia przez telefon 'my w ogóle nie mamy miejsc. Jak pani (tu moje nazwisko) zacznie w nocy rodzić, to my jej nie mamy gdzie położyć.' Patrzymy na siebie z mamą i ja mówię,  że nic nie wiem. Przyjeżdża ukochany z Klopsem,  schodzę do nich na dół żeby nam nie truły. Proszę o zdjęcie z Klopsem i brzuchem. Coś tam czuje, ale się nad tym nie zastanawiam.
Wieczorem przed ktg idę wziąć prysznic, myję głowę. Wcześniej przyciska mnie nr dwa. Więc na ktg już jestem czysciutka i pachnąca. A, i najedzona. I leżę, jest mi niewygodnie. Myślę, że czuję skurcze mocniej, bo jakoś źle siedzę /leżę. A one mnie trzymają i trzymają pod tym urządzeniem. Myślę o tym, że poczytałabym sobie te gazety co mi matka przyniosła. Little do I know...

Pani od ktg chodzi w te i nazad. Ogląda ten wykres na wszystkie strony i pyta, czy ja to czuję. Ano czuję. W telewizji leci 'Agent', ale nie wiem kto odpadł. Pamiętam, że ten mięśniak podniecał sie, że znalazł jakieś klucze. Czekam na 'Kubę'. Pani zaprasza na badanie, mówię że muszę siku. Idę. Znów trafiam na miła kobitkę, ginekolog na dyżurze. Rozwarcie dwa centymetry. what? who, me? 
-Zaczęło się. Co pani ustalała z dr prowadzącym?
-Ano cesarkę, niestety.
-A chciałaby pani spróbować naturalnie?
-A mogę?
-Oczywiście, a jak coś się będzie działo nie tak od razu zrobimy cięcie i tak.
-No to chcę spróbować.
-Super, bardzo nas to cieszy.

Pani pielęgniarka prowadzi mnie jeszcze na salę. mówi, żeby zabrać ręcznik, kosmetyki pod prysznic i telefon. Koniecznie z ładowarką. I wodę i balsam do ust. Pakuje się grzecznie, nie do końca wiedząc, co się dzieje. Idę rodzić, mówię do dziewczyn z sali. Pielęgniarka (jakie miała włosy, jaaaa) sadza mnie na wózek. Przypomina mi się, jak mama opowiadała, że jak rodziła mnie w tym samym szpitalu, to nie chciała siadać na wózek, bo ona się świetnie czuje, ale się nie zgodzili. po chwili zalała wodami windę i zaczęła się jazda. Więc się nie kłócę i siadam. Jak tylko zajeżdżamy na blok porodowy dostaję za to zjebę od wyjątkowo niemiłej położnej 'Pani ma raptem 2 centymetry, pani może chodzić sama'. Taaaa, jakbym miała na to wpływ. No nic. Każe mnie zaprowadzić na najbliższą salę. Nie tą pierwszą najbliższą. I nie drugą najbliższą. Na moje oko czwartą. Położna szefowa jest widać niemiła dla wszystkich.
Sala, powiedzmy, ładna. Trochę tapety w kwiaty. Łóżko. Fotel. Mikro łazienka z prysznicem pod którym można by usiąść na kibelku.  Przebieram się w sexi koszulę szpitalną. Dobrze, nie zafajdam swojej. Chyba jeszcze do mnie nie dociera, co się dzieje. Znów sto pytań do. Kolejny raz opowiadam historię Klopsika i dlaczego miało być cc. Podpisuję zgodę na poród siłami natury. Zgodę! o ironio! Podpinają mnie pod ktg i opowiadają o piłkach, prysznicach, niemiła położna każe opowiedzieć o pozycji wertykalnej. Nie opowiadają. Po chwili okazuje się, że w ogóle mam mało opcji. Po pierwsze przez ktg. Stacjonarne. Na chyba 2 metrowych kabelkach. Nawet pochodzić nie mam jak. Chwilę leżę, zaraz wstaję. Zaczyna boleć. Nie wiem, o co chodzi z tymi wartościami na ktg, ale jak na sali miałam skurcze na poziomie 80, teraz zaczęły dochodzić do 150. To czuję. Jestem sama na sali. Położne szybko wybyły do innych porodów. Hmmm. Dzwonię do ukochanego, że rodzę i że mogę naturalnie. Jest w takim samym szoku, co ja. I nie ma opcji, żeby przyjechał, już dawno (bo przy Klopsie) to ustaliliśmy. Po pierwsze, on bardzo nie chce. Po drugie, ja nie wiem, czy chcę. obawiam się, że to byłby nasz koniec ;-) na zasadzie, że ja bym czuła, że muszę w prawo, a on by się darł, że mam w lewo do cholery. No i Klops nie może zostać sam. Dzwonię do mojej douli, ale telefon ma wyłączony. Nie podoba mi się to. Piszę z przyjaciółką. Jest gotowa przyjechać w każdej chwili, ale mówię, że ma spać bo to może potrwać. Kobita pracuje i sama ma dwójkę, nich śpi. Przecież ja tylko rodzę. Pisze, że będzie spała z telefonem pod ręką, w gotowości. Wysyłam jej selfie, a co.

Skurcze bolą coraz bardziej (wcale w porównaniu, ale jeszcze tego nie wiem). Marzę o tym, żeby zasnąć, ale na łóżku jest źle, na fotelu też. Stoi się źle, piłki nie sięgnę. Dzwonię. Boli. W swojej naiwności pytam, czy ktoś może tu ze mną zostać. Nie, nie, proszę pani (zapomnij). Jestem więc sama na łóżku, pod tym cholernym ktg i czuję się cholernie zagubiona. Nie wiem, która jest godzina. Nie wiem, jak oddychać. W głowie mam myśl jedną. W co ja się wjebałam??? Przypominam sobie, że położna mówiła coś o czymś przeciwbólowym. Dzwonię, proszę. Każe najpierw iść pod prysznic, bo jak dostanę kroplówkę to już będzie trzeba leżeć. Ok, super. Ale tylko na 15 minut! Bo trzeba wrócić pod ktg! A w dupę. Idę pod ten prysznic. Niby dobrze, ale ciasno. Znowu zostałam sama. A jakbym się tu przewróciła albo co? Nie ważne. Lubię prysznic, ale nadal nie mam pojęcia jak się zachować podczas skurczy. Cała się napinam, nie umiem ich przyjąć, bronie się przed nimi. Źle,źle, źle. Wychodzę. Dzwonię po kobitę. Podaje mi tą kroplówkę. Gdzieś w między czasie mówi mi, żebym się rozluźniła na skurczach i oddychała powoli, głęboko, pokazuje jak. No w końcu jakaś pomoc, bo nie wiem ile się już tak męczę. Rozluźnić się nie daje rady, trzymam się tego koja tak, że cud, że go nie rozwalam. Jedyne, co mam w głowie to 'spaaaać'. Przeciwbólowy działa, przysypiam między skurczami. Podejrzewam, że kroplówka spowolniła akcje ale mam to gdzieś. Odpoczywam. Zbieram siły? Mam wrażenie, że tracę kontakt z rzeczywistością. Nie wiem.

Trzeźwieję przy zmianie warty. Jakiś gość, chyba lekarz, każe nie oddychać tak siłowo, bo płuca stracę. Pochyla się nade mną nowa położna. Patrzę na nią i mrugam kilka razy, bo chyba źle widzę. 'Tak, tak, my się znamy' mówi. To ona, położna z pierwszego dnia! Mój anioł! I zostaje ze mną, zostaje do końca, przyjmuje mój poród! Ale po kolei.
Jest coś koło 5-6 rano. Wkurza mnie to, że ten pokój nie ma okien. Nie mam punktu odniesienia. Zerkam na telefon. Moja doula wlaczyla swój! Jest chwilę po 6 jak do niej dzwonię. Pytam, czy jej propozycja jest aktualna. Bo ja rodzę od kilku godzin. Powiedziała, że będzie jak najszybciej. Sprawdzono moje rozwarcie. 7 cm! To się dzieje na prawdę? Polożna proponuje gaz rozweselający. Biorę. Nie umiem oddychać z tym cholerstwem. Nie daje rady trzymać tego ustnika i łóżka jednocześnie przy skurczach. Za dużo naraz,świgam ustrojstwo w kąt. Każą leżeć na boku zeby mała dobrze weszła w kanał. Doula była krótko po 7. Co za ulga. Ktoś tylko dla mnie. Do pomocy. Wiedzaca jak pomóc. Nie zadawajaca pytań a proponująca rozwiązania. Masowała przy skurczach. Dawała pić po. Zagadywala pomiedzy.
I dopiero wtedy odchodzą mi wody i krótko po nich zaczynają się parte. Pelne rozwarcie i takie tam. Położna mówi jak chwycić nogi i pchać z całej siły. Nie mam pojęcia co robię, myślę, trzeba było jednak zaliczyć szkołę rodzenia. Dasz radę, słyszę, świetnie. Ale idzie opornie. Niby robie co trzeba,niby jeszcze jedno mocne pchnięcie i już. Nic z tego. Po 40 minutach położna prosi lekarke. Chwilę debatują. Pamiętam, że lekarka robi niemiłe komentarz, że niby kiepsko się staram. Żałuję że jej nie powiedziałam paru słów wtedy. Chcą podać oksytocyne, ale wyrywam przypadkiem wenflon. Nie mogę utrzymać nóg tak mi się poda ręce. Ciężko mi je nawet podciągnąć, dlaczego nie mam jakichś podpórek? Miała być oksytocyne i vacuum,na szczęście kończy się na nacięciu krocza. To co czuję to ulga. Jeszcze jedno parcie i rodzi się główka. Następne i mała jest! Jest na świecie! Dostaje ja taką zakrwawioną na siebie. Jest piękna jest moja jest! Nie pamiętam już skurczy, nie pamiętam bólu, nic. Jest tylko ona. Położna pyta douli czy chce przeciąć pępowinę. Kolejny piękny moment. lekarka mnie szyję. Gadamy sobie z doula jakbyśmy były na kawie. Małą w tym czasie ważą mierzą i badają. Doula robi zdjęcia cały czas. Zabrała ze sobą aparat kochana. Doktorka tłumaczy, że mam wysokie krocze i bez nacięcia bym nie urodziła  (tzn bym pękła). Mała ma obrzęk na główce przez to (czyli jednak Pawłem jak trzeba hmm?). Zejdzie jej za dzień - dwa. Lekarka się zmywa. Położna mnie myje,przedtem dostaje malutką do piersi. Od razu wie co ma robić.

Jesteśmy razem. Nie czuję zmęczenia. Ani bólu. Tylko spokój i szczęście. Jest przedpołudnie. Doula zostaje jeszcze ze mną. Zajmuje się małą gdy jem obiad. Podkarmia białą czekoladą. Udało się. Nikt ani przez chwilę nie pomyślał o cesarce. To mała zadecydowała jak przyjdzie na świat.


 A moja doktor? Nawet nie zajrzała zapytać jak się czuję.

niedziela, 17 kwietnia 2016

Mijają dni

Minął i miesiąc. Nawet nie wiem kiedy... Wszystko się zmieniło,a jakby zawsze tak było. Wiercipiętka jest kochana i tak różna od Klopsika. On - ostoja spokoju, ona - lubi krzyk. On szał co się da - smok, palec, u name it. Ona - cyc li tylko, smok jej tak ochydny, że po jak minie można pomyśleć że nie wiem co jej daję. Nie lubi kąpieli - on uwielbia od początku, nie cierpi przebierania - jemu było obojętne. Ale poza epizodami krzyki jest aniołkiem. I Klops też. Buziaki jak daje, głaszcze po główce, 'śpiewa' kołysanki, pilnuje niani...
Tylko te spacery... Ona płacze jak tylko się zatrzymamy. On nie chce jechać na dostawce choć nogi mdleją. Jest uparty. Ja wymiekam. Ale udało mi się odbyć pierwszy od miesiąca spokojny spacer. Ona w nosidełku,on za rękę. Druga ręka mamy wolna 😊 na plecach plecak. Ona śpi. Nad nim panuje. Można. Tylko ile mogę ją w nosidle?
Jest dobrze. Codzienność jest piękna. Ogarniam to lepiej niż gdy Klops był tak maly. Kryzysy się zdarzają, głównie z mojego niewyspania  (dlaczego teraz nie śpię? ). Bywa ciężko, ale ona taka mała będzie tak krótko... gdy tylko o tym pomyślę robi mi się mokro pod oczami i nic mi nie straszne.

Wpis o porodzie się pisze. Będzie. O połogu też bym mogła. Ale Wam oszczedze. Powiem tylko, że  ja się w ogóle kiepsko goje. Więc wciąż czuję że mnie nacieli. Ale przeszkadza, nie ogranicza jak po cc.

To tyle na razie. Życzę Wam i sobie słońca :-)

piątek, 25 marca 2016

Tyle miłości

A tak mało czasu... To np napisałam w środę, ale nie mogłam dodać zdjęcia i tak zostało:

Na początku chcę Wam wszystkim bardzo podziękować za ciepłe słowa i gratulacje pod poprzednim wpisem. Jesteście kochane i jesteście dla mnie ogromnym wsparciem, w tych dobrych chwilach też :-)

Już tydzień jesteśmy razem po drugiej stronie brzucha ( Melka, Wiercipięta urodziła się dzień przed Paddy's ;-)).
Jest na prawdę dobrze. Ładnie je, śpi spokojnie, a my z nią. Jestem u Was na bieżąco, ale powiem szczerze - żal mi czasu na komentarze, choć wiele mam do powiedzenia :-) ale chcę się wtopić w ten czas razem, zwłaszcza, że wszyscy mnie potrzebują - Mała, Klops, no i oczywiście Tata też. 
A jak Klops? Gdy wyszłyśmy ze szpitala pierwszy wieczór był ciężki. Na zasadzie 'fajnie,fajnie ale bierzcie ją już stąd'. Ale następnego dnia było już dużo lepiej. Są buziaki, przytulanki, pokazywanie gdzie nos, gdzie ucho, głaskanie i salwy śmiechu :-) a małej w to graj - im głośniej tym lepiej się śpi.

Do tego z każdym przytuleniem Klopsa, z każdym jego podskokiem cieszę się, że nie jestem pocięta, po cc. Zanudzam wszystkich tą radością. Trochę mnie ciągnie nacięcie ale to pikuś. Uroki połogu. (...)

Dziś już nic nie ciągnie. Wpadłam w,wir świątecznych porządków - haha, to właściwie żart, bo zetrzeć kurze i wyjechać odkurzaczem a,na koniec umyć podłogi to cotygodniowe minimum :-) na,więcej mnie nie stać między cycem dla małej a ujarzmianiem zaczątków buntu dwulatka u młodego.
Gdzieś tam szykuje się post o narodzinach Wiercipięty,ale to po świętach. Tymczasem życzę Wam wszystkim spokoju na,te święta, żeby życie zaskakiwało tylko pozytywnie, żebyście czuły się kochane i szczęśliwe i żeby wiosna była już tak na prawdę.

czwartek, 17 marca 2016

W telegraficznym skrócie

Wiercipiętka na świecie. Cała i zdrowa. Poród siłami natury!!! 11 godzin. Nieoceniona pomoc douli. Czuję się świetnie, uskrzydlona brakiem cc. Więcej jak ogarniemy nową rzeczywistość w domu.
Płaczę ze szczęścia.

sobota, 12 marca 2016

Na nieznanych wodach

Jesteśmy. Dopłynęłyśmy.
O tej 'porze' ciąży Klops był już na świecie.
A my dryfujemy. Pewnie jeszcze z tydzień.

W tym roku nie szykuje się na Wielkanoc. Wszystko już musi być gotowe wcześniej. Całe szczęście istnieje syndrom wicia gniazda. Można ogarnąć troszeczkę więcej niż na codzień. Tym bardziej mając za pomocnika Klopsa, który pała miłością wielką zarówno do odkurzacza jak i do ściereczki z mikrofibry. Czyścioszek. Okna pozostają tematem tabu. Mam malutką nadzieję, że Tata jakoś je ogarnie. Taką tyci tyci. Bo inaczej możemy nie zauważyć któregoś dnia, że świeci słońce.
Klopsik się buntuje. Polubił słowo 'nie' i często sprawdza, czy działa. Pokochał też literki, najbardziej 'u' i ' l'. Wypatrzy je wszędzie, tak jak kamery, lampy i alarmy. Gada jak najęty, głównie po swojemu, ale mama i tata (raczej) rozumieją.
A mama? 65kg, rosnę jak na drożdżach. Brzuch usiały drobne rozstępy. Paznokcie się sypią. Zgaga męczy. Bezsenność ustępuje :-). Jest coraz ciężej i zaczynam doceniać zbliżający się scenariusz... Krzyżówki zakupione, lektura wybrana.
Jeszcze tylko kilka prań do wstawienia
Nieco prasowania. Ubrać łóżeczko.

Dryfujemy do brzegu.
A dopiero co byliśmy na wakacjach.

wtorek, 8 marca 2016

Look on the bright side

Jutro wizyta, która przecież tylko potwierdzi to, o czym myślę nieprzerwanie od tygodnia. Czas pogodzić się z losem i poszukać dobrych stron.
No bo bez sensu tylko marudzić, że będzie cc, to nie pomaga.
Szukam więc dobrych stron cc.
...
...
...
...
Coś miałam na myśli zaczynając ten post...
...
...
...
Hmm, na pewno coś znajdę.
...
...
No dobra, jest mi już ciężko. Szybszy poród przez cc to i lżej szybciej będzie.
Pominę moje 'ale', bo je już dobrze znacie. Miały być pozytywy.

Jakieś jeszcze dobre strony!?
Bo mnie tylko Monty do głowy przychodzi.
:-) dam radę. Wiosna idzie.
Update : wizyta właściwie to dzisiaj. Nawet nie wiem kiedy zrobił się Dzień Kobiet. Wszystkiego, co najpiękniejsze Kobietki!

środa, 2 marca 2016

Na spokojnie

Dziewczyny dziękuję za wsparcie.
Na spokojnie spróbuję powiedzieć, o co cho.

Biorąc pod uwagę to, że Klopsik urodził się nagle ze względu na oddzielające się łożysko, a przede wszystkim to, że nie było wyraźnej przyczyny tegoż oddzielania się, moja pani dr uważa, że ryzyko powtórki jest duże. I wszyscy wiemy, jak mogła się zakończyć sytuacja z Klopsem gdybym trafiła do szpitala nieco później. A może się zdarzyć, że pójdzie to szybciej.
W związku z tym uważa, że najlepiej będzie od tego 37 tc obserwować nas 24h i wykonać cięcie w 38.
Gdyby oddzielanie było w wyniku urazu albo w trakcie akcji porodowej to nie miała by takich wątpliwości. Tu ma.
Skoro ona się obawia to co ja mam powiedzieć?
Do tego chce pani dr mieć mnie na oku osobiście i własnoręcznie mnie pokroić że tak powiem, więc musi się to odbywać w uniwersyteckim.

I teraz tak.
Mogę tupnąć nóżką i powiedzieć 'no way'. Ale wtedy będę czekać jak na szpilkach i sprawdzać stan majtek co 5minut.
Mogę upierać się nad moim szpitalem, ale tam nikogo nie mam (w sensie lekarzy).
Mogę chcieć być monitorowana do 40tc, ale boję się sn w uniwersyteckim. No i to by były 3 tygodnie w szpitalu + poród. Wieki bez Klopsa.
Mogę prosić o przesunięcie cc jak najdalej w czasie, coby posiedziała młoda w brzuchu do oporu.

Słaby wybór. Honestly.
Zaufać albo być kozą?
Ostatecznie najważniejsze jest bezpieczeństwo młodej. Ja przeżyję wszystko. Byle ona była cała i zdrowa. I skoro istnieje cień ryzyka... Obawiam się że mój vbac byłby tu kaprysem.

Bo faktem jest, że liczę dni do zrównania tej ciąży z tą z Klopsem.
Że sprawdzam papier przy każdej wizycie.

Ale miałam nadzieję, że uda mi się swobodnie podryfować po nieznanych wodach ostatnich tygodni ciąży. A tu każą zawijać do portu.

Pffffff

A pytałam, cholera jasna, jak widzi mój poród. Pytałam w styczniu. O moją konkretnie sytuację. Dlaczego od razu tego nie ustaliła? Nie chciała mnie stresować? Ale ja sama pytałam! Myślałam o tym! Przecież dzwoni mi wciąż w uszach 'ona nie czuje skurczy'...


wtorek, 1 marca 2016

Chcesz rozśmieszyć Pana B?

Znacie to powiedzenie?
No.
Ja też.

A więc #@%j bombki strzelił.
Brak mi słów.
Za dwa tygodnie patologia ciąży. Dobić do 38 tc i cc.
Nie w tym szpitalu, co chciałam.
W ogóle nie tak, jak chciałam.
Płakać mi się chce.
Jestem zła.
I boję się.
Bardzo. Choć do końca nie wiem czego?
Masakra jakaś.

Ale najważniejsze, że z małą wszystko ok.
Gorzej ze mną. Na niczym nie mogę się skupić. Przez moją nieuwagę Klops nabił sobie porządnego guza :-(

Nie spodziewałam się tego.
Nie widzę tego na razie.

piątek, 19 lutego 2016

Bo wieloryb jest przeogromny!

Największy na świecie chyba :-)

Po pierwsze - to niezmiennie ulubiona książeczka Klopsa. Śpi z nią normalnie!

Po drugie - tak się czuję... Jak wstaję, albo biorę prysznic. Tak na prawdę to nie jest tak źle i nikt i nic nie jest w stanie popsuć mi humoru jeśli chodzi o moje gabaryty bo uwielbiam je i już ;-) mieszczę się w M - kę i ważę jakieś 62kilo.

A dziś byliśmy na obiedzie urodzinowym z moim tatą, który skończył przed chwilą 70 lat! Aż się wierzyć nie chce. Nasza patchworkowa rodzina działa tak, że byliśmy my, tata i jego (starsza!) siostra. (a mam dwójkę rodzeństwa, no cóż). Bardzo było miło, zwłaszcza, że to oznaczało, że nie muszę dziś gotować :-)

czwartek, 18 lutego 2016

Update i poproszę o radę

Moja aplikacja ciążowa mówi mi, że to już 34 tydzień zaraz skończymy! Czas więc na mały update:
Rosnę. No, żadna rewelacja, ale brzuch już spory i jestem na etapie, że gdy coś spadnie na podłogę to p#@§lę, niech leży. Zdjęcia mam tylko takie w samych majtach, ale może jutro coś pstrykne i dorzucę.
Nie muszę brać żelaza. Ulga to dla moich jelit.
Kiepsko ze snem. Tzn owszem, spałabym ale wcale nie w nocy...  w nocy mam rls, adhd i jeszcze parę innych dolegliwośc..
Hormony... Panie tego, no... Czasem to bez kija nie podchodź.
No i stres. Nie tam przed porodem, sn czy cc, czy nacinaniem czy rozcinaniem czy przeciskaniem arbuza czy jak ja sobie dam radę z dwójką, nie (choć myślę o tym wszystkim).  moje główne zmartwienie to: w terminie, w terminie, w terminie! A więc się oszczędzam, Klops biedny dyga po schodach, zakupy dzielę na milion kawałków i/lub oddelegowuje Ukochanego. I nie, nie obchodzi mnie, że ktoś tam dźwiga a ktoś tam chodzi do pracy do końca ciąży. Robiłam to w poprzedniej dziękuję, teraz na siebie pochucham i podmucham.
I nawet torbę zaczęłam już pakować. I ciuszki poprasowane leżą w szafie.
A Klopsik gaduła powtarza ile może :-) i takie słodkie poprzekrecane słówka z tego wychodzą że nic tylko zjeść :-).

Mam za to dwie kwestie, w których potrzebuję pomocy.
Pierwsza: czy któraś z Was miała do czynienia z dynksem pt. Buggy board, czy jakakolwiek inna dostawka do wózka? Czy to się w ogóle sprawdza? I trzyma kupy? Znając mnie będę dużo łazić z dzieciakami i przydało by się coś, co ułatwiło by życie Klopsa, biednego, strąconego wkrótce z tronu - wózka.

A druga sprawa - zaprzepaściłam umiejętność Klopsa do jedzenia łyżeczką. No nie ogarnia. Widelec spoko, kubek gra, a łyżeczka jakby z kosmosu była dla niego. A kiedyś umiał :-( tylko mama i tata chyba z własnego lenistwa i głupoty coś zepsuli. Dałam mu do zabawy łyżeczki, żeby przekładał małe przedmioty i klepiemy babki z piasku ale kurcze nic. Pomocy!!!


niedziela, 7 lutego 2016

Pierwszy krok w 'dorosłość'

Już za tydzień Klopsik skończy półtora roku, a za około siedem zostanie starszym bratem. Nastała więc wiekopomna chwila pożegnania z łóżeczkiem.
No i śpi pierwszą noc w łóżku o takim

 
A matka słucha. Czy oddycha. Czy się za bardzo nie wierci. Bo może się odkryć. Albo uderzyć. Albo spaść! Nie, no gdzie tam. Śpi. Jak aniołek.
Śpi też noc drugą. Obudził się zadowolony (o której? nie wiem, obudziły mnie odgłosy zabawy o wpół do ósmej). I śpi trzecią noc. I zasypianie miłe i wygodne dla brzuchatej matki ;-) i książeczkę wygodniej poczytać. I 'pogadać' o świecie (a bo brum brum i hau hau no i tu ma mama nos, oko, a i buziaka dostanę). I przytulić.
Śpi.
Łóżeczko dziecięce stoi jak stało. Oprane. Trzeba tylko unieść materac. I od nowa :-)
Kolejny krok do przodu. Dla Klopsa -w dorosłość. Wszak łóżko o tych wymiarach to nie przelewki. Lubi je. To najważniejsze.

sobota, 30 stycznia 2016

Pomarudzę trochę

Coś w trawie piszczy.
Śnieg jest mglistym wspomnieniem.
Było go w tym roku tyle, że zdążyliśmy dwa razy się wybrać - raz na sanki, pożyczone, zrobiło się ciemno, Klopsik nie bawił się za dobrze,  drugi do parku, to o wiele bardziej udana wyprawa, owocna w zdjęcia. Nowe sanki obrastają w kurz.

A teraz jakby jakieś przedwiośnie. A z nim przesilenie. I mój nastrój na karuzeli.
Jeszcze wczoraj mogłabym pisać o tym jak wspaniałym facetem jest mój ukochany, jakie mam szczęście, bla bla bla... Dziś chce mi się wyć od rana. Ot bzdura, ale wystarczyło żeby mnie rozpieprzyć na cały dzień. I jeszcze dodatkowo jestem zła na siebie, bo Klopsik nie korzysta na takiej mamie - co mogłaby krzyczeć, płakać i tupać nogami ze złości jak mała dziewczynka.
Nie dość, że i tak sił mi brak, to jeszcze marnuje je na złość... Ale czy na prawdę tak trudno zrozumieć, że jest mi ciężko i nie mogę dźwigać Klopsa góra dół góra dół na 4 piętro + zakupy?

Mam wyrzuty sumienia co do Klopsika. Nie mogę mu dawać tyle, ile bym chciała. Wszystkie nasze zajęcia są ograniczone... Jednocześnie cieszę się, że mogę być z nim w domu, nie muszę chodzić do pracy...

Ciche dni. Ciche mieszkanie. Deszcz stuka o parapet. Klopsik cicho posapuje w łóżeczku. Padam ze zmęczenia. Nie mogę zasnąć. Witajcie na karuzeli.

środa, 20 stycznia 2016

Co tam pani po 30-stce

Ale nie, nie tej mojej, na tą poczekamy aż wiosna się na dobre rozgości. To 30-stka Wiercipiętki!

No i jak mam napisać, co u nas słychać, to muszę to zrobić teraz
Dlaczego? Ano dlatego, że zaczyna być coraz ciężej, a nie chcę marudzić, bo ostatnie tygodnie były całkiem miłe i spokojne. Na plusie dwa tygodnie temu 10 kilo, cera się poprawiła, sił nie brakło, apetyt dopisywał. Miód malina. Dziewuszka zdrowa, rośnie jak na drożdżach, w niecały miesiąc podwoiła wagę z 700g do 1400 prawie! Zuch dziewczyna :-)
No, ale żeby nie było tak kolorowo, to przed świętami wyszła słaba morfologia i muszę więcej łykać witaminek. No i żelazo, które chyba już osiągnęło odpowiedni poziom, bo zaczyna mi bokiem wychodzić... Ale każą to biorę. Przynajmniej odzyskałam siły, bo już się zastanawiałam czy coś nie jest ze mną nie tak, bo przysypiałam non stop. A tak polepszyło mi się na same święta i udało mi się nawet i trochę posprzątać i coś upichcić. No. To teraz senność wraca,ale nie jakoś tragicznie. Po prostu zostaje z Klopsem na drzemce (a jak nam miło tak razem poleżeć :-)).
I tak jak teraz przestaję się lubić ze spodniami (moich rozważań na temat rozmiaru spodni ciążowych i pasa na brzuchu, które są totalnie niekompatybilne z moją figurą Wam oszczędze) i jakoś tylko jedne dresy są godne noszenia, to dotąd czułam się świetnie we wszystkim :-) to faktycznie byłby najlepszy moment na sesję ciążową (marzenie moje...). Niestety na sesję się nie zanosi, ale mogę Wam pokazać to:
Zgrabna piłeczka, co nie?
Doszedł też mi kaczy, a raczej pingwini chód (czy wiecie, że jest to bardzo wydajne? Ponoć pingwiny tak chodząc praktycznie nie używają mięśni!). Poznaje swoje ciało od środka, już młoda mi dokładnie pokazuje gdzie mam pęcherz, gdzie żołądek, a gdzie żebra :-). Robi się wesoło,  staram się przypomnieć sobie jak to było z Klopsikiem, ale wiecie, że nie jest to wcale takie proste? Dlatego staram się jeszcze bardziej i więcej czerpać z tej ciąży, cieszyć się nią, bo jakoś więcej nie planujemy... Choć z tego, co zauważyłam to wciąga... ;-)

Z przygotowań tak na prawdę brakuje tylko nowego łóżeczka dla Klopsa i pościeli, a także kosmetyków dla maleństwa, takich od 1dnia (mam jedynie bepanthen, pewnie znów zaopatrzę się w emolium, przy Klopsiku się sprawdziło a i było na tyle wydajne, że płyn kupowałam w sumie dwa razy, a balsam raz, następne już nie musiały być aż tak delikatne :-)), miniaturowych pieluszek i ultra delikatnych chusteczek do pupy ;-). Nawet smoczki już mam - dostałam od położnej u mojej gin. Karton ciuchów w odcieniach fioletu stoi i czeka na wypranie, siostra też pakuje zapasy po dziewczynach, a i tak w pierwszej kolejności pójdą ubranka po Klopsiku, bo nie jestem fanką różu. A i kupiłam sobie wielorazowe wkładki laktacyjne, bo przy Klopsie długo nosiłam te jednorazowe (do lata, bo moje staniki do karmienia nie były mi dość 'ciepłe').

A co u nas tak poza tym? Zimno, niezbyt śnieżnie (coś tam przysypało ten lód, ale szału nie ma), ponoć jutro ma sypać. Dobrze, że ta wilgoć poszła sobie, bo tego nie lubię najbardziej, takiego zgnilego +3.
A parę tygodni temu Klops zmasakrował moje okulary i w końcu,  po pięciu latach zrobiłam sobie nowe! I nie dość, że w ramach promocji dostałam drugie gratis, to jeszcze okazało się, że wadę mam o 1 dioptrie słabszą! A to na prawdę dużo :-) głównie i tak noszę szkła kontaktowe, ale może uda mi się choć trochę ponosić okularki.

I co, miało być krótko, a wyszło jak zwykle. Taki ciążowy słowotok. Mała przyjdzie na świat to pewnie ucichnę ;-) tymczasem mam ochotę na lody. I gorącą czekoladę.

czwartek, 14 stycznia 2016

Drugi raz, pierwszy raz

Pamiętam jak dziś powtarzające się w kółko pytanie przed powitaniem Klopsika na świecie 'boisz się porodu?'. Nie wiem, czy moje trzecie oko widziało przyszłość, czy też mam odruch obronny w postaci włącznika automatycznego 'ignore' na bardziej stresogenne sytuacje, ale moja odpowiedź brzmiała 'nie, nie myślę o tym'. I nie myślałam. Na prawdę!
Ale dziś myślę.
Dziś wiem więcej.
Dziś jest coś, o co się obawiam. Coś, czego się na serio boję.
A jest to ból. Po prostu ból. Tylko, że ja nie boję się bólów porodu. O nie,  ich nie znam, o nich nie myślę (znów? jeszcze?).
Ja się boję tego bólu, który towarzyszył mi po cesarce. Przez dwa tygodnie równo
Następne mniej. A prócz bólu pamiętam ograniczenie ruchów. Lęk i strach. Pamiętam, jak w drugiej dobie po cc nie poszłam siusiu od razu. Pamiętam prysznic. Ten pierwszy, drugi i ten piąty też. Pamiętam spanie w pozycji półsiedzącej. Przez trzy długie miesiące. Pamiętam, jak źle się podniosłam w piątej dobie po cc i pomyślałam 'znów trzy kroki w tył'. Pamiętam, jakim wyzwaniem była podróż autem. I jak wysiadam z niego by nie musieć być w środku podczas parkowania (skręt, krawężnik, hamulec). Pamiętam, jak chciałam udusić za zdanie 'nie wiesz, co to poród ', ale nie mogłam, bo skupiałam się na tym, żeby iść. Pamiętam każdy pokonany stopień, każde krzesło, z którego nie mogłam wstać. A wcześniej nie mogłam na nim usiąść. Minutę wcześniej.
I wreszcie pamiętam, jak nie mogłam wstać do mojego synka na cito. Jak wdzięczna mu byłam za spokój i cierpliwość.
Wiem, że nie każda tak to przechodzi. I zawsze miałam siebie za odporną na ból. No tak, przetrwałam, bez wielkich jęków i narzekań. Ale pamiętam.

I dlatego zapytałam moją gin: jak pani to widzi? I gdy usłyszałam, że mam wybór, nie ma przeciwwskazań do sn, wiedziałam, że chcę spróbować. Czy to dobra decyzja? Mam nadzieję... Vbac nie jest zbyt popularny. Ale zamierzam się do niego przygotować. I przejść przez to. Nie sama. Będzie ze mną doula. Nigdy nie przypuszczałam, że skorzystam z tej opcji. Ale mam dużo szczęścia i mogę - do tego bardzo zaprzyjaźniona i bliska mi osoba jest tą doulą. Już uspokoiła nieco jednego demona. To nieźle jak na początek.

Wiem, co powiecie. Że plany to jedno. Nie odrzucam cc jako jakiegoś zła, a w życiu. Nie twierdzę, że będzie jak chcę. Wiem, wszystko wiem. Ale spróbować muszę. I będę grzecznie słuchać lekarzy dbających o zdrowie Wiercipętki. Bo to ona będzie w tym najważniejsza. Ale chcę spróbować też dla niej i dla Klopsika.
Jeszcze dużo przede mną. Ale zaczęłam.

niedziela, 3 stycznia 2016

O Klopsiku

Dawno nie było o tym, co słychać u Klopsa. A to już jest taki duży chłopiec! 16 miesiąc za pasem w końcu!
Jakie jest życie z takim 16 miesięcznym Klopsem? Niesamowite. Codziennie nowe, choć powtarzalne.

Budzi mnie rano, ale już wcale nie raniutko, bo koło ósmej. Biorę go do naszego łóżka, a on tuli się do nas jeszcze przez jakiś czas. Krócej gdy pieluszka pełna, albo gdy brzuszek pusty. Albo kiedy suszy w usteczkach. Przewijanie nadal bywa trudne, zwłaszcza to poranne.
Gdy już się wytulimy, wyłaskoczemy (on nas też!) to wstajemy i robię głodomorkowi kaszkę, obowiązkowo z owocem. Nie zawsze wszystko zje, ale zazwyczaj tak. Po kaszce przychodzi czas na kawę! Najważniejsza pora dnia - dla mamy, ale i Klops wciągnął się w ten rytuał. Siadamy więc na kanapie, ja z kawą, on z herbatka z miodem, najlepiej malinową. I pijemy tak sobie, raz po raz trykając się 'na zdrowie'.

A co dalej? Dalej bywa różnie. Czasem uciekamy szybko na dwór. Tam Klops biega jak szalony. No, chyba że jest z nami Tata, Tata się boi, że Klops się przewróci. Mama też się boi, ale wiem, że czasem trzeba się przywrócić. Chodzimy na zakupy. Obowiązkowo Klops dostaje bułkę z nasionami i wyjada nasionka. Czasem gdzieś pojedziemy. Czasem pójdziemy do Babci. Tam jest fajnie, dużo 'zabawek' no i kot!
Są też dni, kiedy trzeba posprzątać. Wtedy Klops biega za mną ze szmatką i pomaga ścierać kurze, albo prowadzi odkurzacz, albo pucuje lustra. Albo koniecznie chce popluskać się w wodzie do mycia podłogi. Wstawiamy razem pranie, otwiera mi szufladkę żebym mogła nasypać proszku czy nalać płynu. Czeka, aż ustawię program i blokadę. Wtedy można pomajstrować przy guziczkach.

Mnóstwo rzeczy robi sam. Sam je - widelcem albo rączką, myje ząbki, właściwie ubiera bluzeczki, przyniesie, zaniesie, nawet drzwi za sobą przymknie :-) wytrze nosek, buźkę (nie tylko sobie!) umyje rączki... Wszystko chyba rozumie (jak nie rozumie, to nie wiem, czy rzeczywiście nie rozumie, czy też nie chce rozumieć :-)). Gada. Oj gada. Głównie po swojemu. I onomatopeje. Mama, tata, ta, nie, da, am, bab (to pierwsze słowo które coś znaczy jakie wymówił - a oznacza lampę i słychać je wciąż). Chce, żeby wszystko nazywać i słucha.

Co jeszcze? Muszę częściej zapisywać, o tylu rzeczach na pewno zapomniałam... Ach tak, sam zasypia w łóżeczku, a na drzemkę idzie gdy na pytanie 'jesteś śpiący?' kładzie się tam, gdzie stoi. Wtedy przewijanie i wybiera - jego łóżko czy nasze. I zasypia sam :-). Raczej nie jojczy, choć jak tata jest więcej w domu to jest z tym gorzej. Mimo moich wykładów na temat nie wzmacniania niechcianego zachowania, czyli nie przytulania złośnika i nie dawania mu tego,, co chce (zwłaszcza, że później trzeba mu to coś zabrać, bo przecież nie miał tego dostać nie bez powodu in the first place). Generalnie jak Klopsowi wytłumaczyć o co cho to nie fochuje, a jak już to ignorowanie działa najskuteczniej. Tylko ten Tata... Nie zawsze umie ;-)

Odkryłam też dziś, że robienie zdjęć z lampą skutkuje uśmiechem od ucha do ucha i pozą modela :-D