Będzie banalnie. O strachu o dziecko. Oczywiście. Boimy się wszystkie. To natura wyposażyła nas w ten strach. Ale to, co dziś przeżyłam... nie sądziłam, że można bać sie tak bardzo...
Pojechaliśmy na festyn. Ja, dzieciaki, mój ojciec. Festyn w domu opieki w którym przebywa siostra taty. Zaskakująco miła atmosfera. Muzyczka, grill, rodzinki. Dzieci czuły się swobodnie, czarowały tamtejsze opiekunki. Piękna pogoda. Duży park. No ale w końcu nadszedł czas, kiedy młodsza zaczęła pokazywać, że jest zmęczona. Postanowiłam, że wracamy do naszego stolika, dojemy, dopijemy i jedziemy do domu. Klops próbował utrzymać równowagę na krawężniku, ja wsadzam młodą do wózka. Podnoszę wzrok. Nie ma go. NIE MA GO! Biegnę, wołam. Nie ma! Przed chwilą tu był - mówi moj tata. Wiem. Był. Ale nie ma!
Nie jestem w stanie opisać, co czułam biegnąc wzdłuż i wszerz tego parku. Zaglądając facetowi do auta, bo dlaczego akurat teraz wyjeżdża? Pytając pań, czy go nie widziały. Zastanawiając się czy tam nie ma strumyka? A tam skarpy? A tam jest ulica? Serce waliło jak szalone, gdy wolałam jego imię myśląc a co jeśli już nigdy...
Znalazł się. Poszedł tym krawężnikiem dokoła budynku i nagle zorientował, że jest sam i płakał schowany za dostawczym autem. Nie wiedziałam, że tam jest przejście, a byłam tam sprawdzać zaraz obok. Nie widziałam go, a on mnie nie słyszał. Znalazły go panie. Anioły. Pocieszały i jego, i mnie.
Mówił, że miałam iść z nim, pytał, dlaczego go zgubiłam? Przepraszam Cię, synku! Jak mogłam do tego dopuścić. .. Nie puszczał już mojej ręki. ..
Nadal się trzęse... Nigdy się tak nie bałam.