chyba każda dziewczyna, która kiedykolwiek robiła test ciążowy, niezależnie od wyniku jakiego oczekiwała, zgodzi się ze mną, że jest to najdłużej ciągnące się 5 minut na świecie. i moja czasoprzestrzeń w związku z tym jest już tak rozciągnięta, że niedługo pęknie...
ile testów już zrobiłam nie zliczę, nie ma sensu. jednak dwa z nich sprawiły, że moja wiara w to, że kiedykolwiek się uda zamiast się wzmocnić - osłabła. dziś opowiem o tym pierwszym...
to było wiosną, zaczęło się w końcu robić ciepło, zbliżały się moje urodziny. małpa spóźniała się dłużej niż zwykle, minął weekend postanowiłam osikać testa! po kilku długich minutach ukazało mi się co miało być cudem - druga blada kreska! nie mogłam w to uwierzyć, On też, nasza wspólna radość, byłam przeszczęśliwa, zbyt szczęśliwa jak miało się wkrótce okazać...
zanim zderzyłam się z tym, co miało nadejść, musiałam zmierzyć się ze służbą zdrowia. chciałam zapisać się do mojego lekarza, ale pani powiedziała, ze dopiero za trzy-cztery tygodnie ma wony termin. wkurzyłam się, bo na moje słowa o podejrzeniu ciąży powiedziała, że i tak mnie nie poprowadzi bo ma już 'komplet ciężarnych' na nfz. wtf??? wyszłam stamtąd zła jak osa, nie zapisawszy się wcale, czego później miałam żałować... ale nic, wróciłam do domu, popłakałam się z wściekłości i bezsilności - bo tak naprawdę to bezsilność jest tym, co doprowadza mnie do łez... więc ostatnio częściej płacze...
nie minęło dużo czasu, parę godzin tak naprawdę i w trzy dni po wykonaniu testu rozbolało mnie podbrzusze i dostałam okres. do dziś nie wiem, co się wtedy stało. później powiedziano mi, że powinnam była się zgłosić do szpitala. może? ale przecież to absurd w sumie bo co - mam iść do szpitala i powiedzieć że mam okres? czy tak? nie wiem, skąd te dwie kreski, test długo leżał na półce nim zebrałam się, żeby go wyrzucić... płakałam długo w nocy, samotnie czy w Jego ramię... poczucie bezsilności, beznadziei, oraz to, że jestem do niczego. nie nadaje się widocznie do zajścia w ciąże - tak myślałam. zresztą, do dziś nie wiem co myśleć. dokoła dziewczyny zachodzą w ciążę jedna po drugiej, koleżanka za koleżanką ...a ja? w czym ja jestem gorsza?
historia jakich zapewne milion... moja różni się tym, że nigdy wcześniej jej nie opowiadałam. nikt nie wie, tylko ja i On, o tamtej drugiej kresce. dlaczego? dlaczego nie powiedziałam przyjaciółce, że prawdopodobnie jestem w ciąży? przecież cieszyłaby się tak jak ja? dlaczego uznaliśmy, że lepiej nikomu nie mówić 'w razie w', w razie czego? a moje poczucie straty czegoś, kogoś kogo może w ogóle nie było? czy powinnam była zrobić drugi test, potwierdzić tą bladą kreskę?
gdybym wtedy wiedziała, że to dopiero początek...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz