pierwsze pojawienie się drugiej bladej kreski mocno się na mnie odbiło. najgorsze było to, że właściwie nic się nie stało. teoretycznie.
można sobie to tłumaczyć na wiele sposobów. błąd testu. ciąża biochemiczna. puste jajeczko. myślałam już nawet, że mam urojenia po prostu. żadne wytłumaczenie dobre, żadne nie załagodzi uczucia straty i zawiedzionych nadziei... ale cóż, ponoć jestem realistką i racjonalistką więc trza po prostu żyć dalej... i być dobrej myśli...?
a więc żyliśmy dalej, starałam się wyluzować, nie myśleć o tym - aha jasne. nic z tego myślałam bez przerwy, zastanawiałam się czy jestem już? czy nie?
nie wiem, co mam myśleć o tym, że kolejny okres też się spóźniał. spóźniał się tydzień. test negatywny. spóźniał się dwa. test negatywny. cholera, co się dzieje? gdzie mój okres? nic, czekam dalej. po trzech tygodniach postanowiłam zapisać się do lekarza, i to do takiego na 'już'. nie łatwo takiego znaleźć, na szczęście z odsieczą przyszła S. dając numer do przychodni, w której co prawda nie była, ale koleżanka S. była kiedyś i nie było źle. 'nie było źle' nie jest dobrą recenzją gabinetu, przekonałam się o tym parę dni później, ale zapisałam się bez problemu. do pani doktor, bo ponoć u niej była koleżanka S. ja osobiście dobrych doświadczeń z paniami ginekolog nie mam, bo ta na która trafiłam jako nastolatka na pierwszą wizytę w życiu założyła z góry, że dziewicą nie jestem i wielce ją zdziwiło, że boli mnie jak wyjechała do mnie z ciężkim sprzętem. cóż jednak było robić, termin na za trzy dni więc idealnie!
wieczór przed byłam tak zdenerwowana, że głowa mała. zwolnienie z pracy na czas wizyty załatwione. test na rano gotowy. wstałam następnego dnia i pierwsze siusiu zrobiłam na testa. cholera co to? znów baaardzo blada druga kreska? nic, idziemy z tym fantem do pani doktor, profesjonalistka to w końcu może coś zaradzi... 'może' okazało się być słowem kluczowym.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz