poniedziałek, 11 sierpnia 2014

mama zla?

'A polozna macie?' zapytala mnie zaaferowana sis. noo, tak trzeba miec. 'ale nie srodowiskowa, wlasna' a po co mnie obca baba jeszcze jedna na sali?

i tak zasiana zostala we mnie watpliwosc czy na pewno wszystko jest ok z moim podejsciem do calego porodu i wogole wogole...

po pierwsze:
nie panikuje. nie, nie boje sie porodu. a przynajmniej nie ogarnia mnie blady strach na sama mysl o nim. nie roztrzasam co to bedzie i co moze sie stac choc pewnie i tak sie nie stanie. i nie zastanawiam sie czy bedzie dlugo trwal i czy bedzie bardzo bolalo. ja chce tylko, zeby efektem tego galimatiasu byl zdrowy, maly, slodki klopsik. bardziej sie stresuje tym, zeby wykarmic go piersia niz samym porodem.

po drugie:
nie mamy prywatnej poloznej. ani douli. ani doradcy laktacyjnego ani pani od chustowania, przewijania, noszenia pierwszej pomocy, p-poz i bhp czy co tam jeszcze mozna miec. nie mamy i tyle. dzielace sie doswiadczeniami i 'dobrymi' radami kolezanki w zupelnosci wystarcza, nie wspominajac o tych wszystkich zyczliwych kompletnie obcych ludziach ktorzy zawsze maja cos do powiedzenia. wieksza czesc z tych osob zreszta baaardzo lubi skrytykowac te wybory, ktorych akurat jestem pewna, i ma w zanadrzu ze 150 paskudnych, mrozacych krew w zylach historii... moje wlasne watpliwosci rozwiewa madra ksiazka i lektura paru zaufanych blogow.

po trzecie:
zadnych szkol rodzenia i innych dziwnych treningow. no nie i juz.

po czwarte:
jeszcze od tej ciazy nie umarlam. serio nieraz mam wrazenie ze powinnam. te wszystkie wspolczujace 'jak sie trzymasz? dajesz rade?' brzmia jakby ciaza byla najgorszym co moze sie kobiecie przytafic. i ja wiem, ze nie raz jest ciezko (jak teraz gdy mlody masakruje mi zebra i pozycje do pisana mam komiczna) ale nawet jak boli i zagaga i duszno i ciezko to i tak czuje sie swietnie bo jestem w ciazy! i ciesze sie kazda sekunda!

i taka sobie jestem. niedobra, nieopowiedzialna i nieprzygotowana mama zla?

poniedziałek, 28 lipca 2014

lato, lato...

opowieści z cyklu dobre rady i inne mądrości zna każda ciężarówka. ja najbardziej lubię jak mi wszyscy dokoła współczują lata w ciąży. oh, będziesz cierpieć,  jej jak ci będzie ciężko  i najlepsze będzie ci gorąco!
no nie, nie do wiary.
czyli jak się nie jest w ciąży to cię 33stopnie w cieniu nie ruszają? hmmmmm
a ja tam lubię jak jest gorąco.
i jak się kulamy na zakupy przed południem
i jak popołudniu wędrujemy
i na wieczornych spacerach, bo chodzenie idzie nam lepiej niż siedzenie
i jak nie możemy zasnąć
i jak śpimy do 9 - co zaczynam uznawać za dłuuuugo przy zwyczajowych pobudkach o 7 rano nie ważne, o której się poszło spać

za to nie chciała bym być ciąży zimą, z tymi wszystkimi warstwami ubrań... w chłodne dni wiosną już mi guma na spodniach ciążowych przeszkadzała i wcale nie dlatego, że ciasna...

i tak na dobry początek - bo tak traktuje to, że dawno nie pisałam i teraz chcę zacząć na serio - taki drobiazg, mały wpis. kilka większych tematów roi mi się w głowie, tylko cholerka pozycje do pisania muszę dobrą znaleźć bo źle się nam siedzi... ale to jedyny mankament, poza tym strasznie mi jest dobrze w tej ciąży i staram się cieszyć każdym jej dniem :-) i powtarzam naszemu maleństwu, że jeszcze miesiąc musi posiedzieć :-) później niech się dzieje

piątek, 18 lipca 2014

to prawda, co mówią

ciężko uwierzyć jak mówią: nie myśl, zajmij się czymś innym, nie spinaj się tak.

w grudniu przyszły zmiany. przede wszystkim - w pracy. rezygnowałam z jednego - tego stresującego, tego, które tak kiedyś kochałam, a w listopadzie już niemal nienawidziłam - zrezygnowałam z tego miejsca pracy, bo udało się więcej robić gdzie indziej. zmiana, nowe obowiązki, mniej stresu, mniej czasu! przede wszystkim mniej czasu!
przyszły też problemy innych... problemy ciążowe zupełnie innej barwy niż te moje, moje - o których nikt nie wiedział. S. wpadła z drugim. no i później okazało się, że kiedy latałam jej po test, po którym płakała, że sobie z drugim nie poradzi, kiedy jeździłam z nią po szpitalach bo podejrzewali u niej pozamaciczną i kiedy zaraz potem przyszło Boże Narodzenie - w moim brzuszku już gniazdko wił sobie mały mieszkaniec.

tak po cichutku to zrobił, nic nie podejrzewałam. ani kiedy rybka w occie tak strasznie pyszna była, ani kiedy sukienka przyciasna w biuście jakoś bardziej niż na okres, ani kiedy po świętach ten jeden jedyny gripex takie mdłości wywołał i przespać trzeba było całe popołudnie. i tylko wizja ostrej - w końcu odstresować miała! - imprezy sylwestrowej pchnęła mnie do wyciągnięcia z szafy leżącego tam już jakiś czas testa i olania go.

'tak sobie ostatnio właśnie myślałem - czy ty nie jesteś w ciąży' - powiedział mój drugi połówek i tak się zaczęło to, co teraz tak wierzga gdzieś między pęcherzem a żołądkiem. tylko czasu nie było, by to wszystko opisać...

piątek, 8 listopada 2013

zdumiewająco optymistycznie



parę dni temu przypętał się do mnie ogrooomny optymizm. nie wiem skąd, patrząc przez okno w pracy, którą znielubiłam (choć lubiłam kiedyś bardzo), za którym to oknem leją się szare strugiu deszczu (na który raz na jakiś czas muszę wyjść...) i mimo pewnego przedmiotu który czeka na właściciela i który miesiąc temu wprowadziłby mnie w stan... no cóż prawie depresyjny. mimo tego wszystkiego moje myśli są różowe. 

i zamierzam się ich trzymać i nie myśleć o tym, że mogę spaść z tej chmurki, choć w tyle głowy wiem, że upadek będzie bolesny... ale przecież optymistycznie wmawiam sobie, że go nie będzie!

dostałam wczoraj zaskakujący prezent - bardzo kolorowy. zaskakujący prezent, autor prezentu również a motywy kompletnie nieznane... tym bardziej cudny choć bardzo prosty: kredki! zwykłe kredki bambino. od 5ciolatka. :-) 

made my day.

week even! 

piątek, 25 października 2013

on and on and on...

podglądam ostatnio inne blogi
aż mi głupio, pewnie będziecie się ze mnie śmiały, jak już przypadkiem któraś tu zajrzy...

czuje, że to co robie jest głupie, żałosne...
czego ja tu szukam? nawet ze statystyk nie wypadłam żeby się martwić o to, co będzie

ale może po dwóch fałszywie (?) pozytywnych testach w tym roku mam takie maleńkie prawo się martwić? nie wiem co o tym myśleć

chyba powinnam sie cieszyć, że zaczynam mieć w miarę regularne cykle...
ale nie mogę przestac myśleć, nie mogę przestać się martwić

czy ja jestem normalna?

środa, 28 sierpnia 2013

more 'downs' than 'ups'

w sobotę przyszła @.
bolało. nie tylko fizycznie, choć i to bardzo. byliśmy ze znajomymi, powinnam się trzymać ale nie dałam rady. popłakałam się. trzy razy się popłakałam. płakałam Mu w rękaw i wiem, że nie umiał sobie z tym poradzić. ale oprócz tego, że wiem, że On nie umie się mną obsługiwać, kiedy pękam, zrozumiałam, że nie tylko mnie to boli i że nie tylko ja mam lęki i obawy co do swojej osoby i swoich możliwości, ale On też. i zastanawiam się po co nam ta cholerna presja? skąd ona się wzięła?
to idiotyczne, że oboje tak bardzo chcemy i tak bardzo się boimy jednocześnie. przecież jesteśmy super i bez dziecka. ono nas nie może definiować jako ludzi jako związek. nie może. to nie ma sensu. jesteśmy my. i może będzie dziecko. a jak nie będzie, to kupimy sobie kota. mamy siebie to powinno być, NIE! to jest najważniejsze. kropka.
a w sobotę się upiłam. i dobrze. należało mi się.
w tym miesiącu nie będzie dupka, bo nie zdążę po receptę do gina. wyczytałam, że olej z wiesiołka pomaga, nie tylko na zaciążenie, ale na całego PMSa. a ja mam ostrego - cycki bolą tuż po owu, pryszcze wyskakują jak głupie i poziom nerwowości sięga zenitu. więc wypróbuje, od dziś. zobaczymy jakie będą efekty.

chciałabym jeden dzień nie myśleć o tym ani przez chwilę...