czwartek, 30 kwietnia 2015

reset


Gdy kilka dni temu pogoda się skiepściła, postanowiliśmy z Klopsikiem wybrać się na długo planowane zakupy. Umówiliśmy się z kumpela i jej córeczką i ruszyliśmy w miasto.

Podróż tramwajem nie była najprzyjemniejsza - niskopodłogowe nie jeżdżą,choć mają, cóż... Jakoś dotarliśmy. Dzieci nasze śpią na zmianę, więc Mała spała, a Klops obserwował. Cel - wspólny. Żakiet i buty na zbliżające się komunie oraz piżamki dla dzieci. Spędziłyśmy w galerii mnóstwo czasu, Klopsik zasnął modelowo po nakarmieniu i przewinięciu, dosłownie w pięć sekund. Przymierzyłyśmy mnóstwo żakietów i udało nam się wybrać te idealne. Gorzej z butami, niestety, będzie trzeba jeszcze poszperać. Piżamy dla Klopsika też nie kupiłam, za to wydałam kupę siana na książeczki z serii Mr Men, na każdy dzień tygodnia, pięknie wydane, no zakochałam się. O takie

Udało mi się zresetować. Niby nic. Ale humor lepszy.
Tylko teraz Klopsik ma katar... Niefajnie. Ściągam mu fridą babole jak śpi.

poniedziałek, 27 kwietnia 2015

dlaczego jestem taką suką.

Nie będę się tu użalać nad sobą. Nikt mi nic przykrego nie powiedział. Nic właściwie się nie stało. Po prostu moje myśli zawędrowały w takie miejsce i zachciało mi się rozwinąć temat.

No cóż, spójrzmy prawdzie w oczy - jestem wredna. A raczej: potrafię być. Cięte riposty cisną mi się na usta i muszę mocno przygryzać język, żeby nie wyskoczyły. Potrafię dowalić tak, że odbiorcy pójdzie w pięty. Niestety tymi odbiorcami są zazwyczaj osoby mi bliskie. Rodzina, przyjaciele, znajomi. Nie-mąż. A jedyną osobą, która wie, o co w tym wszystkim chodzi jest mój brat. Reszcie nie jestem w stanie wytłumaczyć, nawet Tacie Klopsika. No bo mogę mówić i mówić, tłumaczyć i tłumaczyć, a i tak jak przyjdzie co do czego to jest im przykro. I jestem w d...

A chodzi po prostu o to, że ja nie mówię wtedy wcale tego, co myślę. To się nazywa ironia, niestety coraz mniej osób ją potrafi wyczuć, a ci, którzy kiedyś umieli bardzo dobrze, nagle tracą tą umiejętność na rzecz 'obrazy majestatu'. Najgorsze jest to, że czasem już, już wydaje mi się, że ktoś doskonale czuje klimat i co? Dwa słowa za dużo i jest kwas. Nic nie da powiedzenie 'żart', 'to nie miało tak zabrzmieć' czy nawet 'przepraszam'. Urażona osobistość łypie nieprzychylnie, a Nie-eM jest cały zestresowany, że ktoś coś, zamiast potwierdzić, że to joke, czy coś. Z bratem natomiast mogę rzucać cięte te
teksty do woli w dwóch językach i wiem, że on to lubi. I ja też. Wychodzi na to, że tęsknię za bratem...

Ale potrafię też być prawdziwą wredną suką. Taką, która wszystko wytknie, co tylko się da, zauważy każdy najmniejszy błąd i niewybrednie skomentuje. Nie w twarz, co gorsza, ale przed Nie-eM. I później leżę w łóżku i zastanawiam się, po co? Nic mi to nie daje, tylko sącze jad. Dlaczego tak lubimy obgadywać, nawet jeśli nasze własne życie daje nam dużo wrażeń i pozostawia mało czasu na życie innych. Mimo to znajdę czas. Obgadam. Skomentuje. Wetkne szpile.

Jak byłam w lo, moim głównym problemem było to, że chciała,  żeby wszyscy mnie lubili. Bardzo przeżywałam każdą porażkę w tej kwestii. Siadałam wtedy przy kawie i papierosie z moim przyjacielem i 'robiliśmy "be" na cały świat'. Tak na to mówiliśmy. I pomagało. Ale teraz nie jestem już w lo. Muszę nad sobą popracować. Inaczej stanę się zrzędą, a to nie wróży dobrze na stare lata. Tym bardziej, że uszczypliwych uwag nie szczędze Tacie Klopsika. A tak nie chce. Więc mówię to tu, żeby mieć większą motywację. Koniec z tym.

Update:
Okazuje się, że wywołałam wilka z lasu. Usłyszałam, że jestem wredna. Bo powiedziałam, że ja sobie jakoś sama radzę na to, że oczekuje ode mnie, że oczywiście, że jak Tata przewija to mama musi mu wydłubać chusteczki z paczki. Ale tu idź sama, to zrób sama, z tamtym sobie poradź sama - wciąż to słyszę. Jestem wredna, bo chcę iść zrobić coś innego. Bo proszę o coś od świąt. Bożego Narodzenia. Bo jestem zmęczona a jeszcze muszę zrobić milion rzeczy i wkurza mnie pytanie w kółko 'idziemy spać?'. No i mamy focha. I nie odzywamy się. I znów nie zrobił czegoś, o co go wczoraj poprosiłam. A jak to wytknę, bo utrudni mi to dzień, to usłysze,  że się czepiam? Nie wiem. I give up.

sobota, 25 kwietnia 2015

co tam, panie

Ten czas tak szybko leci i tak mało go zostaje, że znów kolejny miesiąc do nadgonienia i nie wiem, czy dam radę za jednym zamachem, a raczej wiem, że nie dam.

Za nami święta, imprezy rodzinne, przemiła spotkanie z cudownymi czarownicami, działkowe wypady Klopsika, wzloty, upadki... Od czego zacząć?

Wszystkiego opisać nie zdołam, zacznę, oczywiście no bo jak by inaczej, od Klopsa.
A on rośnie, jak na drożdżach! Nie ogarniam ile waży, bo ostatnio 7600 było w lutym, więc to bardzo nieaktualne ważenie. A w domu wagi brak. Anyway, jest ciężki i chyba jemu też ciężko przerzucać girki na różne strony. Ale siedzi solidnie i uparcie kombinuje jak tu się przemieścić. Idzie mu nieźle, choć do raczkowania trochę brakuje - może to i dobrze, bo zasięg ma ograniczony to i łatwiej go upilnować.
Drzemki ma bardzo. Potrafi drzemnac od 7 do 10 po pobudce przed 6 (ostatnio nawet na brzuszku), potrafi też obudzić się i 5:45 i do wieczora zaliczyć tylko dwie 20-minutówki... Na szczęście nie odbija się to jakoś tragicznie na jego samopoczuciu.

...przerwa techniczna... Z przedpołudnia zrobiła się noc...

Co jeszcze? Spisać, nie zapomnieć, nie stracić... Ach tak, jeśli chodzi o gadulstwo, to przeważają samogłoski, nowością jest 'bu', w związku z czym mówię na niego 'Bubu' (bosz, jaka ja wyszukana).
Nie muszę już mielić jedzenia na
kompletną ciapaję, ogarnia coraz to większe grudki, ładuje łapki do miseczki, ale nie ogarnia żeby je wpakować do ust. Chyba, że mu włożę do nich coś większego (chrupa, chleb, pyrka, itp) albo chwyci łyżeczkę.

Co mnie bardzo cieszy, to to, że potrafi się sam bawić. Nie muszę zawsze mu podtykać zabawek pod nos i tańczyć i śpiewać (choć i tak bywa, hehe). Ale to nie znaczy, że nie zmagamy się z lękiem separacyjnym. Klopsik już nie czeka w pokoju gdy mama jest w toalecie. Siedzi w przedpokoju (tam jest wykładzina na drewnie, nie to, co płytki w łazience)  i obserwuje. Cóż, taki los. Karmienia około - północy okraszone są tuleniem się do mamy w pionie, kilka razy zasnął leżąc na mnie,  bo już nie dałam rady siedzieć. Raz spał ze mną w wyniku takiego usypiania. Well...

Z dzidziusia robi mi się chłopiec, to piękne i strasznie smutne zarazem. I codziennie przepełnia mnie taka miłość do tego małego człowieczka, że aż zapiera dech.
I dlatego dziś będzie tylko o nim. Bo o sobie mam mniej optymistyczne przemyślenia. Ale o tym później.

czwartek, 2 kwietnia 2015

Biszkopty Kopsika

Nie są to biszkopty bezglutenowe, bezcukrowe ani bezjajeczne. Nie piekę ich z mąki bio czy cukru eko. Są za to domowe i nie zawierają witaminy E. A oto przepis:

2 białka
4 żółtka
3 łyżki cukru
3 łyżki mąki pszennej
3 łyżki mąki ziemniaczanej

Białka ubijamy na sztywno (najlepiej w szklanej lub metalowej misce), dodajemy cukier po łyżce, ubijając aż się rozpuści. Dodajemy żółtka - po jednym ubijamy. Dodajemy przesianą mąkę, ja daje po łyżce i bardzo delikatnie mieszam.

Nakładamy na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Kształt dowolny, rozmiar w sumie też, ja po prostu robię kleksy. Wstawiamy do piekarnika rozgrzanego do 175 stopni. Ja włączam termoobieg, ale chyba nie trzeba. Piec około 10-15 minut, aż zrobią się ładne i rumiane.

Jeśli całe ciasto nie zmieści się na blaszce, to albo wstawiamy dwie na raz do piekarnika, albo (jeśli tak jak ja nie mamy drugiej blachy) wstawiamy resztę ciasta do lodówki, żeby się siadło czekając na swoją kolej.
Tyle. Nam smakują bardzo. Trzymamy w pudełku takim plastikowym. Są dobre około tygodnia.
Przepis znalazłam w komentarzach tu.
Smacznego!!!
Tyle ich wychodzi :-)