czwartek, 22 sierpnia 2013

cisza...

kolejny dzień i kolejny raz... to samo. im bardziej na coś czekasz, tym bardziej się zawiedziesz, im bardziej myślisz tym bardziej to się nie stanie. wszystko jest w twojej głowie i nie zawsze możesz to z niej wyrzucić. czasem nie możesz. wtedy problem rośnie, rośnie, rośnie ale nie chce wybuchnąć...
ale od początku. będzie o dzieciach, a raczej ich braku.
to nie jest tak, że zawsze chciałam być mamą, albo że zawsze kochałam dzieci. nie, kiedyś nawet się ich bałam. normalna dziewczyna, młoda, zdrowa, rozsądna. pigułki brałam  ponad rok, później rok przerwy, i znów ponad dwa lata. kiedy postanowiłam zrobić kolejną przerwę nawet pomyślałam, że może to już czas na dziecko. w końcu tyle lat jesteśmy razem, nie robimy się coraz młodsi, a ja nie chcę być 'starą'mamą. ale na tej jednej myśli się skończyło. tabletki odstawione, za parę miesięcy miałam do nich wrócić.
kiedy rzuciłam fajki też nie robiłam tego z myślą o ciąży. to On nagle zaskoczył mnie tym pomysłem. przyszedł do niego we śnie. to już czas, jest gotowy zostać tatą. zrobiło mi się gorąco, wiedziałam, że też tego chcę. nie stosujemy żadnych kalendarzyków, termometrów, testów na owulacje, po prostu dajemy się ponosić chwili.
przynajmniej tak się wydaje.
prawda jest taka, że ja od samego początku czuję ogromną presję. najintensywniejsza myśl jaką od samego początku miałam w głowie to ta, że może nie mogę...? skąd ta myśl się u mnie wzięła, nie wiem. moja przyjaciółka L. ma pcos, nie mogli zajść w ciąże, walczyli jak oszalali, terapia hormonalna, inseminacje, nie udane próby... to moja najbliższa wiedza o ciąży, inne przyjaciółki nie dzieliły się swoimi doświadczeniami w staraniach. nie mówi się o tym, wszyscy cierpią na chroniczny brak gotówki, to byłoby nieodpowiedzialne starać się o maleństwo w takich czasach. zresztą, to prywatna sprawa, o tym się nie opowiada, bo przecież nie zapeszaj, bo będą się dopytywać, bo: a co jak się nie uda? i to dziwne przeświadczenie, że w ciąże się nie zachodzi, że one wszystkie wpadły. oprócz L., której historię znam aż nazbyt dokładnie. i choć jej mała ma już prawie dwa lata, to nadal to widmo wisi gdzieś. nade mną. od samego początku mój organizm jakby robił mi na złość. już w pierwszym miesiącu mój przychodzący jak w zegarku @ spóźnił się o trzy dni. trzy dłuuuugie dni. codziennie przeliczane, kalendarzyk zainstalowany w komórce kusił co chwila. kiedy była owu? czy się wtedy kochaliśmy? jak długo mam czekać na @? test zrobiony, negatywny. NIC, przecież pewnie nawet nie minęło paręnaście dni od kiedy On wpadł an ten pomysł, nie było to fizycznie możliwe, racjonalizm w mojej głowie bił się z emocjami. pękłam, popłakałam się później tego wieczoru, kiedy przyszła kumpela ze zdjęciem usg. 3 miesiąc.
głupia jestem, wiem, ale od tego czasu nie poznaję swojego ciała. @ zaczął się spóźniać notorycznie, nie czuję owulacji, choć przedtem doskonale wiedziałam kiedy była, wszystkie objawy przed@ mogą być ciążowe... internet, fora, stek bzdur czy prawda? dr google mami opowieściami o @ w ciąży nie zaznaję spokoju. ile ja już kupiłam testów, nie wiem... przyszła wiosna po tej długiej zimie, myślałam, że przyszła nadzieja i bocian z wiosna zapuka do naszego okna... to co się zaczęło dziać przerasta mnie, choć wiem, że dziewczyny mają większe i dłużej trwające problemy z 'zaskoczeniem'... zaczynam z perspektywy czasu myśleć, czy to wszystko nie jest w mojej głowie? czy to moja podświadomość nie przeszkadza mi spełnić tego marzenia? dlatego piszę tu, bez ładu i składu. moja terapia.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz